Kraj

Dziaders, libek i boomer, czyli lewicowa agresja na miarę polskich możliwości

Fot. facebook.com/wojciech.maziarski, NBP/Flickr.com, Edycja KP.

Na czym polega ta niesłychana przemoc lewicy, o której tyle się ostatnio mówi? Ano zazwyczaj na tym, że toczyła się dyskusja na Twitterze albo Facebooku i zaczęły tam padać pod adresem prawicy i liberałów tak obelżywe sformułowania jak „dziaders”, „libek” bądź „boomer”. Tekst Tomasza Markiewki.

Wybaczcie, zacznę od banału. Polska jest krajem zdominowanym przez prawicę. Od kilkunastu lat rządzą nami na zmianę dwie prawicowe partie. Kościół katolicki ma ogromne wpływy polityczno-towarzyskie, które utrzymują się, pomimo że wycieka coraz więcej informacji o tym, że część jego przedstawicieli latami gwałciła i molestowała dzieci, a ludzie stojący na czele kościelnej hierarchii to ukrywali.

Policja leje kobiety walczące na ulicach o swoje prawa. Wypadamy fatalnie w rankingach dotyczących praw mniejszości. Mamy regresywny system podatkowy. Ochrona zdrowia jest od lat niedofinansowana. Umowy śmieciowe i nieprzestrzeganie kodeksu pracy pozostają nierozwiązanymi problemami mimo setek debat na ten temat. W telewizji łatwiej spotkać Łukasza Warzechę bredzącego na temat spisku klimatologów niż „radykalną lewaczkę” dopuszczoną do rozmowy na temat swoich praw.

Mimo to – a może właśnie dlatego – część komentatorów i komentatorek politycznych regularnie przestrzega przed „agresywną lewicą”, która przypomina im maoistowską młodzieżówkę albo bolszewików w przededniu rewolucji październikowej.

Na czym polega ta słynna maoistowska agresja lewicy, o której tyle się mówi?

Czy lewica wysyła wojska na konserwatystów i wsadza do więzienia za neoliberalne poglądy? Nie. Czy lewicowe bojówki latają po ulicy i dają po pysku każdemu, kogo uznają za zbyt mało postępowego? Nie. To może lewica przejęła już prawie wszystkie media w Polsce, tak że liberalni i prawicowi komentatorzy nie mają się gdzie podziać? Nie bardzo. No to może lewicowe parlamentarzystki i parlamentarzyści są wyjątkowo chamscy na tle polskiej klasy politycznej i wyzywają przeciwników od pinochetystów? Cholera, też nie.

No to nie wiem, może lewicowi publicyści przyrównują nieustannie swoich polemistów do dyktatorskich zbrodniarzy? Nie, to akurat domena niektórych prawicowych i liberalnych komentatorów, takich jak Wojciech Maziarski czy Cezary Michalski, którzy nie potrafią napisać tekstu o lewicy, żeby nie wcisnąć tam uwag na temat Mao, Stalina czy Castro. No więc na czym polega ta niesłychana przemoc lewicy? Ano zazwyczaj na tym, że toczyła się dyskusja na Twitterze albo Facebooku i zaczęły tam padać pod adresem prawicy i liberałów tak obelżywe sformułowania jak „dziaders”, „libek” bądź „boomer”.

Oto maoizm na miarę polskich możliwości.

Julki kontra kuce i piwniczaki. Ale generalnie to ***** ***

Zostań maoistą w czterech krokach

Maoistyczny proceder odbywa się zazwyczaj w czterech aktach.

Akt pierwszy. Jakaś osoba o konserwatywnych poglądach – we własnym mniemaniu liberalnych, postępowych i europejskich – napisze coś wyjątkowo głupiego i obraźliwego dla sporej części ludzi. Na przykład Waldemar Kuczyński weźmie się za analizę „dziecinnych głosów” zapraszanych do radia kobiet, Witold Gadomski będzie naśmiewał się z młodzieży biorącej udział w strajkach klimatycznych lub tłumaczył kobietom, że nie mają problemu z dostępem do antykoncepcji, bo przecież kapitalizm zapełnia sklepowe półki prezerwatywami, ewentualnie Agata Bielik-Robson zrówna ludzi walczących o prawa człowieka ze skrajną prawicą.

Akt drugi. Ponieważ teksty takie ranią wiele osób, to i prowokują głosy krytyczne w internecie. I tak, ta krytyka bywa ostra, bo taka jest właśnie logika social mediów, które nakręcają emocje. Dotyczy to wszystkich, nie tylko lewicy. Jeśli ktoś nie wierzy, to niech sobie sprawdzi, jak fani PO reagowali w internecie na propozycję wprowadzenia bezpłatnych środków higienicznych dla kobiet.

Akt trzeci. Komentatorzy poddawani krytyce zaczynają krzyczeć: „maoiści mnie prześladują, maoiści mnie prześladują, ratunku, zaraz mnie rozstrzelają. Cancel culture, cancel culture, cancel culture!”.

Akt czwarty. Zaczyna się debata o niesłychanej agresji i radykalizmie lewicowych środowisk, w którą chętnie włącza się część tego środowiska.

Drodzy dziadersi, „wypierdalać” jest również do was

Nie kasujcie mnie!

To jeden z powodów, dla których nie lubię pojęcia cancel culture. To nie jest tak, że nie dotyka ono żadnych realnych problemów. Rzecz w tym, że jego użycie szybko sprowadzono do absurdu.

Na początku cancel culture oznaczało wycofywanie poparcia dla jakiejś osoby lub organizacji z powodu ich zachowania czy wypowiedzi, potem formę ostracyzmu, ale szybko stało się z nim to samo co z pojęciem poprawności politycznej – ludzie o konserwatywnych poglądach zaczęli się nim posługiwać zawsze wtedy, gdy coś się toczy nie po ich myśli.

Prawica ma dar brania zjawisk starych jak świat i przedstawiania ich w kategoriach niesłychanej agresji, która zagraża podstawom całej naszej cywilizacji, gdy tylko te zjawiska zaczynają grać na niekorzyść prawicy.

Sztuka była polityczna od zawsze – w doborze tematów, w treści, w recepcji. Polityczne były dzieła Homera, polityczne były średniowieczne obrazy religijne, polityczne były stare amerykańskie sitcomy promujące tradycyjny model rodziny. Wystarczyło jednak, że w ostatnich kilkudziesięciu latach sztuka, szczególnie sztuka masowa, stała się otwarta na rzeczy, których prawica nie lubi – jak np. mniejszości – i konserwatyści rozpętali ogromną burzę wokół „poprawności politycznej”, która „niszczy sztukę i kulturę”.

Podobnie jest z cancel culture. Ludzie od wieków byli krytykowani, a nawet poddawani ostracyzmowi z powodu swoich opinii, a także z powodu płci, preferencji seksualnych czy klasy społecznej. W ostatnich latach jest pod tym względem o wiele lepiej, bo nie dość, że coraz rzadziej mamy do czynienia z całkowitym wyeliminowaniem kogoś z debaty publicznej, co najwyżej ze zmasowaną krytyką, to takie kategorie jak płeć czy wiejskie pochodzenie stygmatyzują mniej niż kiedyś.

Zmieniła się też lista rzeczy, za które można oberwać – jest to zmiana na niekorzyść ludzi o konserwatywnych poglądach. I właśnie to ostatnie tak bardzo nie podoba się niektórym komentatorom. Ci sami ludzie, którzy od lat chętnie sięgają po ostry język w polemikach, wpadają w panikę, gdy tylko ktoś wypowie się mocniej na ich temat.

Dobrym przykładem tego zjawiska jest krótka polemika między Bielik-Robson a Adrianą Rozwadowską na łamach „Gazety Wyborczej”. Bielik-Robson bez skrupułów jechała w swoich tekstach po lewicy, ale wystarczyło, że Rozwadowska skrytykowała jej stanowisko, żeby polska filozofka zaczęła rozpaczać, iż lewica chce ją scancelować. Oczywiście po tym, jak już została scancelowana przez Rozwadowską, dalej spokojnie publikowała kolejne teksty w „Gazecie Wyborczej”, w których tydzień po tygodniu rozpaczała nad lewicową przemocą.

Rozwadowska: Wszyscy jesteśmy frajerami, póki prezes korporacji płaci 19% podatku

Immunitet na krytykę

Tak naprawdę konserwatywni komentatorzy domagają się immunitetu na krytykę. My możemy napisać na wasz temat wszystko, bo „wolność słowa”, ale wy nie macie prawa nas krytykować, bo to byłaby cancel culture. Wystarczy, że ktoś z kontem na Twitterze i 150 obserwującymi powie coś ostrzej, i już zostaje to uogólnione do rangi „wielkiego problemu lewicy”, a nawet „wielkiego problemu kultury zachodniej”, ale kiedy jedna z największych gazet w Polsce publikuje teksty o lewicy jako maoistach − jest to „lekko kontrowersyjna wypowiedź”, „utrzymana w poetyce felietonu”, „zaproszenie do głębszej dyskusji” i „próba niuansowania rzeczywistości”, a tak poza tym są „ważniejsze rzeczy” i przecież „nikt nie traktuje tego na poważnie”.

To absurd, który trzeba nazywać po imieniu, zamiast rozpoczynać niedorzeczną dyskusję, czy lewica jest może nazbyt maoistyczna. Krytykowanie słabszych – a lewica jest w Polsce słaba – za agresywny język jest zazwyczaj sposobem na odwracanie uwagi od tego, kto naprawdę dysponuje w kraju aparatem przemocy i dominacji.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Tomasz S. Markiewka
Tomasz S. Markiewka
Filozof, tłumacz, publicysta
Filozof, absolwent Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, tłumacz, publicysta. Autor książek „Język neoliberalizmu. Filozofia, polityka i media” (2017), „Gniew” (2020) i „Zmienić świat raz jeszcze. Jak wygrać walkę o klimat” (2021). Przełożył na polski między innymi „Społeczeństwo, w którym zwycięzca bierze wszystko” (2017) Roberta H. Franka i Philipa J. Cooka.
Zamknij