Kraj

Nie, Hołownia nie jest pożytecznym idiotą Dudy (ani agentem PiS)

Fot. Monika Bryk

Jest nawet coś gorszego niż szantaż zakładający, że obowiązkiem reszty kandydatów jest nie tyle nawet poprzeć drugiego, ile wprost prowadzić kampanię na jego rzecz. Co? Na to pytanie odpowiada Michał Sutowski.


Szymon Hołownia budzi we mnie mocno ambiwalentne uczucia. Trochę coach, trochę narcystyczny kaznodzieja. Jego szloch nad konstytucją wydał mi się teatralny i niepoważny; jego miganie się w tematach praw osób LGBT i dawnych, fundamentalistycznych wypowiedzi – nieszczere i kunktatorskie. Z drugiej strony lewica hejtowała go mocno nieproporcjonalnie, o czym słusznie pisała w Krytyce Politycznej Kinga Dunin. Teraz jednak grozi mu odium zupełnie niesprawiedliwe – szkodliwego debila, którego narcyzm zapewnił zwycięstwo kandydatowi PiS. Co gorsza, taka interpretacja przyczyn porażki to polityczny strzał w kolano liberalnej opozycji, nawet jeśli jej działaczom i części zwolenników poprawi samopoczucie.

Ewolucyjna lewica Hołowni

Kto tak twierdzi? „Kosiniak-Kamysz, Biedroń, Hołownia… mogli stanąć przy Trzaskowskim i wezwać całą opozycję do jedności. Woleli się obrazić, stać z boku lub hamletyzować. Hańba im! Przez takich *********** upadała kiedyś Polska. To dramatyczna lekcja historii na żywo…”, twittuje zasłużony skądinąd dziennikarz śledczy „Gazety Wyborczej” Wojciech Czuchnowski.

Wprost atakuje Hanna Lis: „Gratulacje @szymon_holownia, twój interes partyjny wygrał z racją stanu zanim nawet zdążyłeś stworzyć partię. Raczej już jej nie stworzysz. Na @KosiniakKamysz nawet szkoda klawiatury. Scenariusz węgierski niczego was nie nauczył”.

Profesor Wojciech Sadurski, też zasłużony, tyle że filozof prawa, spieszy ze wsparciem: „Hołownia: «Ja, który tyle zrobiłem dla Trzaskowskiego…». Proszę się nie pogrążać; Pana niedojrzałość i narcyzm pokazują, że nie nadaje się Pan do demokratycznej polityki. @hanna_lisowa ma rację”.

Sam Grzegorz Schetyna, dużo bardziej dyplomatycznie i oględnie, stwierdza, że poparcia Kosiniaka-Kamysza, Biedronia, a zwłaszcza Hołowni w kampanii „często nie było”, a gdyby się zaangażowali jak w swoje kampanie, szansa na pokonanie Dudy byłaby większa.

Inny komentator słusznie opiniotwórczej „Polityki Insight” też dzieli się diagnozą: „Z exit polla wynika, że w II turze nie zagłosowało 240 tys. wyborców Szymona Hołowni. I 140 tys. WKK. I tylko 100 tys. wyborców Krzysztofa Bosaka. Wynikałoby z tego, że to absencja Polski 2050 i PSL dała prezydenturę PAD. Oczywiście – jeśli te wyniki się utrzymają”.

No więc po kolei. Wyniki się nie utrzymały, bo różnica wzrosła – na ten moment – do 2,42 proc. głosów, co przy blisko 30 mln uprawnionych daje ponad 490 tysięcy głosów różnicy. Gdyby zatem wszyscy ci nieidący głosować wyborcy poparli Rafała Trzaskowskiego, nie dowieźliby mu sukcesu. Pomijając drobiazg, że spośród 100 tysięcy niegłosujących zwolenników Konfederacji jakaś część (pewnie połowa) równie dobrze mogłoby oddać głos na kandydata PiS.

Ale nie te detale arytmetyczne są tu największym problemem. I nawet nie moralny szantaż zakładający, że obowiązkiem reszty kandydatów jest nie tyle nawet poprzeć drugiego, ile wprost prowadzić kampanię na jego rzecz. Błędne i szkodliwe jest za to założenie, że elektoraty polityczne to wierni wyznawcy podążający za swym guru, gdziekolwiek on im wskaże. A zatem to jego zachowanie w stu procentach determinuje zachowanie wyborców. I że obecność byłych konkurentów na wiecach zawsze pomaga, a nigdy nie przeszkadza.

Patrząc po kolei: abstrahując od słabego w tych wyborach wyniku (ergo: małego elektoratu) wyborca PSL nie zawsze za Kosiniakiem-Kamyszem nadąża. Nie ta estetyka i, dodajmy, nie zawsze te same poglądy. Prof. Michał Bilewicz komentujący antysemickie wątki w kampanii prezydenckiej wskazywał niedawno na łamach Krytyki Politycznej, że „w «spiskowy» komponent antysemityzmu, jak również ten «wtórny», widoczny przy temacie odszkodowań, wierzą przede wszystkim wyborcy partii Krzysztofa Bosaka, a zaraz po nich PiS i PSL. Są oni dużo podatniejsi na te teorie niż osoby niegłosujące czy wyborcy pozostałych partii politycznych. I w tym stawie zapewne PiS ma nadzieję sporo ludzi złowić.

Bilewicz: Nagonka na osoby LGBT ma zasłonić szemrane interesy ministra Szumowskiego

Ciekawy szczególnie jest tu przypadek ludowców, bo ich wyborcy wyraźnie rozjeżdżają się pod tym względem z Kosiniakiem-Kamyszem i nawet samą partią, która nie eksploatowała tego wątku”. Kandydat sprawny jako polityk kampanijny i ciekawy lider na przyszłość niekoniecznie cieszy się autorytetem tej masy wyborczej, na której Trzaskowskiemu mogło zależeć. Ci ludzie „swoje wiedzą” i głosować na Andrzeja Dudę mieli dobre powody, od społecznych transferów aż po bliskość Kościoła i konserwatywnej wizji rodziny.

Dalej jest Robert Biedroń, który akurat Trzaskowskiego – w zgodzie z poglądami przytłaczającej większości swych wyborców – poparł. Ale czy nie powinien zaangażować się w kampanię? Być może mógłby, ale znając stosunek akolitów PO do praw mniejszości seksualnych, po ewentualnej przegranej z pewnością byśmy przeczytali, że niepotrzebnie eksponowano kontrowersyjną postać z jej radykalnymi poglądami. I że nie przypadkiem PiS „grzał” temat ideologii LGBT po to, by Trzaskowskiego z tym problemem wizerunkowo skleić – a obecność Biedronia tylko by w tym sztabowcom Dudy pomogła.

Wreszcie – Hołownia ze swymi 2 mln 600 tysiącami wyborców, z których ci głosujący aż w 84 procentach poparli Trzaskowskiego. Jego kluczenie w sprawie poparcia nie wyglądało bardzo poważnie, podobnie jak żale na temat zmarnowanych kilku miesięcy życia. A jednak forma debaty online, prowadzonej w bardzo dobrej atmosferze, w której Rafał Trzaskowski przyjął węzłowe postulaty Hołowni – mogła być właśnie optymalną formą perswazji. Nie wszyscy głosujący na niego w pierwszej turze wybierali po prostu lepszy wariant Platformy Obywatelskiej; wielu liczyło na prawdziwą odnowę polityki, wejście do gry człowieka spoza partyjnego układu, wyprowadzenie naszej sfery publicznej z rytualnego sporu dwóch gigantów.

Nawet jeśli nie są to emocje w społeczeństwie dominujące, to akurat zwolennicy Hołowni odnajdywali w tym przekazie swoje pragnienia i intuicje. Także potrzebę nowego stylu dyskusji – i sieciowe spotkanie ich kandydata z Trzaskowskim w tym właśnie stylu się odbyło. Nazbyt nachalna agitacja Hołowni na jego rzecz mogłaby równie dobrze wywołać skutek odwrotny – stworzyć w podejrzliwym wyborcy przekonanie, że cały ten projekt był tylko ustawką, liftingiem dawnej partii establishmentu, przedsięwzięciem wizerunkowym służącym łowieniu naiwnych leszczy. Względnie przetasowaniem sił w obozie Platformy, z demonicznym Tuskiem pociągającym za sznurki w tle.

Młotkowanie polityków, by przekazali innym swych wyborców, zniechęca tych ostatnich – czują się traktowani jak przechodni towar. Najbardziej wśród nich ci, których do kandydatów przyciągały akcenty antypartyjne, przekaz antyestabilshmentowy, wrogi partiom.

Głosy wyrzutu i żale wobec konkurentów, że nie pomogli, a już tym bardziej wyborców, że zawiedli – nie budzą szacunku i nie wróżą powodzenia, gdy trzeba będzie zdobyć kolejne miliony głosów. Wyborcy ani nie są własnością swych kandydatów, ani tym bardziej nie należą się nikomu mocą historycznej konieczności czy moralnego imperatywu. 2,6 miliona ludzi zdecydowało się poprzeć człowieka, którego program Trzaskowski potem gotów był uznać za swój; przytłaczająca większość z nich oddała mu potem swoje głosy. Ruch partyjny Hołowni wciąż jest palcem na wodzie pisany; to dla Platformy (może też dla Lewicy) świetna okazja, by ich do siebie przekonać – bez nich bowiem skuteczna walka z PiS nie będzie możliwa. Obwinianie ich kandydata o wyborczą klęskę, a ich samych o bierność to nie najlepszy początek romansu.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.