Gospodarka

W gospodarce nie chodzi o pieniądze. Chodzi o to, żeby było co jeść

Fot. billow 926/Unsplash

Nie ma jednej ekonomii. Jest ich pięć i zawsze tyle było. Sednem każdej z nich było podtrzymywanie życia, a żadna nie dotyczyła gromadzenia jak największej ilości pieniędzy. Komu to przeszkadzało?


Politycy i komentatorzy ekonomiczni ogłosili, że w kryzysie wywołanym przez koronawirusa trzeba znaleźć równowagę między „życiem ludzi” (z jednej strony) a „gospodarką” (z drugiej). Żeby ratować ludzi, „gospodarka” musi się coraz bardziej kurczyć, aż sama będzie potrzebowała ratunku – a wtedy być może trzeba będzie poświęcić ludzi.

Ale czym jest ta wielka, niepodzielna „gospodarka”?

Ekonomiści tworzą modele „gospodarki”, posługując się mechanizmem kształtowania się cen, a jej stan oceniają za pomocą wskaźników takich jak produkt krajowy brutto (PKB). Jednak nawet wśród nich wielu znawców tematu zaczęło już ostrzegać na przykład, że miara PKB jest myląca i warto zastąpić ją niefinansowymi wskaźnikami „dobrobytu”.

PKB: wygodny i zawodny [wyjaśniamy]

Ale ten fałsz ma drugie, głębsze dno. W uproszczeniu: „jedna wielka gospodarka”, o której teraz rozmawiamy, jest systemem, który oddaje stery pieniądzom. Pod osłoną starego leseferyzmu, nowszej „wolnej przedsiębiorczości” i ostatnio neoliberalnego hasła „chciwość jest dobra” pieniądze sfinansowały własny awans w hierarchii wagi i wartości. Narodziła się w ten sposób ideologia, która oddała ogromną władzę ludziom zarządzającym przedsięwzięciami finansowymi i biznesowymi, a także rządom – często występującym w imieniu pieniędzy.

Jak pokazuję w książce Meals Matter: A Radical Economics through Gastronomy, współcześni ekonomiści zawłaszczyli oświeceniowe idee, tak by służyły pieniądzom. Ich zdeformowana w ten sposób „gospodarka” może i podniosła wydajność, ale pogłębiła także nierówności, odarła demokrację z jej istoty i popchnęła ku upadkowi świat przyrody. Nie da się ukryć, że czasy business as usual właśnie się skończyły.

Czym jest więc gospodarka – tak naprawdę? Przywódcy polityczni, którzy nie spędzają aż tyle czasu na lunchach z prezesami firm, od razu odpowiedzieliby na to pytanie, że sednem każdej ekonomii jest dystrybucja żywności. Realna gospodarka sprawia, że na stołach pojawia się jedzenie. Jest życiodajna – i właśnie dlatego pracownicy zajmujący się opieką nad innymi, leczeniem i dostarczaniem żywności ani na chwilę nie przestali być niezbędni w obecnym kryzysie.

W 1776 roku, kiedy Adam Smith wydawał Bogactwo narodów, kładąc podwaliny pod współczesną ekonomię, wielu autorów doskonale rozumiało gastronomiczną podstawę gospodarek. Sam Smith przekonywał, że „możemy spodziewać się obiadu” dzięki „współpracy i pomocy bardzo wielu ludzi”, wśród nich rzeźników, piekarzy i gorzelników.

Co ciekawe, filozofowie oświeceniowi rozróżniali pięć wzajemnie powiązanych gospodarek. Każdy rodzaj gospodarki zapewniał potrzebne do życia produkty w inny, właściwy dla siebie sposób, a pieniądze były w tym wszystkim zaskakująco nieistotne. Chociaż ekonomiści odsuwają to na drugi plan, owe pięć gospodarek pełni ważną rolę w codziennej rzeczywistości ludzi, którzy muszą coś jeść. Dopiero wprowadzenie kwarantanny i samoizolacji w czasach koronawirusa sprawiło, że znów zaczęliśmy zwracać na nie uwagę. Uwypukliło też dramatyczną potrzebę ich ponownego zrównoważenia.

Po pierwsze mamy gospodarkę domową. Jako „cegiełka”, z której zbudowane jest społeczeństwo, była przedmiotem zainteresowania pierwotnej oikonomii. Ksenofont i inni greccy autorzy radzili, jak zarządzać domem lub majątkiem rodzinnym (gr. oikos). Ekonomia udzielała wskazówek pomocnych w pracach domowych, pod dachem i na dworze. Socjolog Max Weber już sto lat temu określił sposób podziału żywności i pracy wśród członków rodziny mianem komunizmu. Biorąc pod uwagę historię paternalizmu, Weber odnosił się raczej do tego, co nazywał „typem idealnym” rodziny (Idealtypus), ale jedno jest pewne: pieniędzy w takiej gospodarce nie potrzeba.

Epidemia, która urodziła kapitalizm

Za sprawą koronawirusa gospodarka domowa wróciła w wielkim stylu. Mamy do czynienia z rozwojem domowego biura, nauczania domowego i gotowania w domu – z renesansem sztuki pieczenia chleba na zakwasie włącznie. Wielu komentatorów przewiduje, że raz odkryta na nowo gospodarka domowa nie połączy się już na powrót z „wielką gospodarką”. Dla 51 procent uczestników sondażu przeprowadzonego w USA pod koniec maja tego roku „nowa normalność” oznacza częstsze gotowanie we własnej kuchni. Ponieważ więcej osób będzie ponadto decydować się na pracę z domu, losy domowej kuchni mogą potoczyć się inną ścieżką niż sztuki szycia, która kiedyś była powszechna, a dziś stanowi tylko hobby uprawiane przez nielicznych.

W czasach Adama Smitha myśliciele oświeceniowi byli pochłonięci badaniem ekonomii politycznej (od starogreckiego słowa polis oznaczającego miasto). W takiej gospodarce miasto, państwo lub podobny twór rozumiany jest jako wielkie gospodarstwo domowe, gdzie pewien centralny ośrodek władzy bierze odpowiedzialność za dystrybucję pokarmu wytworzonego dzięki podziałowi pracy, w którym uczestniczy cała społeczność. Proces ten nosi nazwę redystrybucji (chociaż obecnie to określenie dotyczy innych zjawisk, a mianowicie transferu zasobów od bogatych do biednych lub odwrotnie).

Narodziny klasy domowej

czytaj także

Narodziny klasy domowej

Bartosz Migas

Od najdawniejszych czasów świątynie i dwory koordynowały szeroko podejmowaną pracę gromadzenia i serwowania żywności. Często koncentrowały się na sprawiających wrażenie ostentacji ofiarach i ucztach. W miarę jak rosła złożoność mechanizmów redystrybucji, zdawała się ona coraz mniej związana bezpośrednio z dostarczaniem pokarmu. Decydujące znaczenie miało tu wprowadzenie przez władze pośredniego etapu – zbierania podatków i wydatkowania. Jak zauważył w 1651 roku filozof Thomas Hobbes, pieniądze stały się łatwiejszym do przewożenia i trwalszym zamiennikiem żywności. Zaczęły krążyć jak krew w „ciele wspólnotowym” (body politic), by w razie potrzeby z powrotem przemienić się w pokarm.

W rewolucji francuskiej, której symbolem stał się szturm Bastylii 14 lipca 1789 roku, chodziło o demokratyzację roli monarchy z jego wersalskimi bankietami jako „pierwszego piekarza królestwa”. W pierwszą rocznicę wybuchu rewolucji generał Lafayette nadzorował rozstawienie w cieniu paryskich drzew „niekończących się stołów” dla 22 tysięcy przedstawicieli różnych prowincji oraz 5 tysięcy ubogich. Jednak próby dosłownego ucztowania na ulicach pokazały, jaki poziom zaawansowania osiągnęły już wtedy łańcuchy dostaw.

Sednem ekonomii jest dystrybucja żywności. Realna gospodarka sprawia, że na stołach pojawia się jedzenie.

Współczesny bankiet to misterne przedsięwzięcie, niemal zupełnie skryte przed wzrokiem postronnych. Ale koronawirus wydobył tak rozumianą ekonomię polityczną na pierwszy plan. Rządy zarządzają dystansowaniem społecznym, przekierowują zasoby dla służby zdrowia, wzmacniają kryzysową dystrybucję żywności, uzupełniają domowy budżet obywateli niezbędny do przeżycia, a także wydają środki na ratowanie „gospodarki”.

Kiedy Hobbes snuł wizję ekonomii politycznej jako wielkiego Lewiatana z koronowaną głową kierującą rolniczym państwem, myślał o „ciele wspólnotowym”, organizmie analogicznym do ciała ludzkiego. Określenia „fizjologia” i „ekonomia” były w tamtych czasach nieomal wymienne – na przykład francuscy économistes zyskali przydomek „fizjokratów”. Ponadto oświeceniowi intelektualiści mówili o człowieku jako o gospodarce zwierzęcej. Na każdego z nas można spojrzeć jako na pewną gospodarkę zorganizowaną wokół przepływu składników odżywczych.

Myśl liberalna narodziła się, kiedy Hobbes, John Locke, Jean-Jacques Rousseau i Thomas Jefferson zaczęli przekonywać, że każdy człowiek ma równą, wymuszoną przez naturę potrzebę przetrwania – a więc przede wszystkim odżywiania się – i że najlepiej można ją zaspokoić przez wzajemne wsparcie w obrębie wspólnoty. Ustanowili oni nieomal święte prawo do życia, wolności i dążenia do szczęścia. Dziś, w reakcji na pandemię, liberałowie podkreślają, że opieka nad jednostką jest wpisana w umowę społeczną. Przywódcy bardziej autorytarni postępują zgoła przeciwnie: lekceważą potrzebę zdrowia jednostek na rzecz „gospodarki”. Obecnie, gdy słabnie „wolnościowa” nuta dyskursu neoliberalnego, prawicowi przywódcy są bardziej niż dotąd skłonni stawiać znak równości między „gospodarką” i „narodem”.

Mamy w Polsce długą historię elit, które na kryzys reagowały zaciskaniem cudzego pasa

François Quesnay w sposób typowy dla oświeceniowych ekonomistów zajmował się zawodowo medycyną – był lekarzem markizy de Pompadour. Już w 1747 roku, pisząc o gospodarce zwierzęcej, wpadł na trop podobieństw między funkcjonowaniem organizmu a dystrybucją produktów pierwszego sektora gospodarki, zwłaszcza kupowaniem i sprzedawaniem zboża. Quesnay uznał, że gospodarkę rynkową, tak jak ciało, najlepiej pozostawić samą sobie i pozwolić jej działać „naturalnie”. Zamiast pokładać nadzieję w tym, że ceny będzie kontrolował „król-piekarz”, dopatrywał się korzyści w wymianie rynkowej. Francuscy économistes wywarli duży wpływ na Adama Smitha, gdy mieszkając w Paryżu w okresie pierwszych eksperymentów z wolnym rynkiem, obracał się w ich kręgach towarzyskich.

Odkąd w XIX wieku zaczął rodzić się kapitalizm typu korporacyjnego, pierwsi zwolennicy Smitha zachwalali „niewidzialną rękę rynku” jako lepsze rozwiązanie od wszelkich innych sposobów koordynowania gospodarki – a w szczególności jako narzędzie bardziej efektywne od demokracji. Wspierali wolność dla pieniędzy, a jednocześnie ignorowali potrzebę równości, życia i szczęścia. Odrzucili przymiotnik „polityczny” i władczo ogłosili się po prostu „ekonomistami”.

Ekonomia to magia białego człowieka

Później, w XIX wieku, ekonomiści z nurtu „marginalistycznego” używali matematycznych zasad rachunku różniczkowego do opisu zachowań cen rynkowych. Tak hipnotyczne były ich wyliczenia, że uwierzyli, że studiują samą „gospodarkę”. Symbolem oporu wobec takiego stanowiska w szeregach ekonomistów stał się John Maynard Keynes. Jednak w epoce Ronalda Reagana i Margaret Thatcher neoliberalni liderzy dawali już posłuch nakazom ekonomicznej analizy na temat fundamentów gospodarki, by przywrócić pełną wolność pieniądzom.

Pandemia, co istotne, odsłoniła, jak puste są żądania, by ograniczyć rolę władzy centralnej. Teraz, kiedy państwo w oczywisty sposób wspiera „gospodarkę”, a obawy o deficyt zeszły na dalszy plan, wielu obywateli ma nadzieję, że demokratyczna władza mocniej wesprze piątą sferę ekonomii, która jest najważniejsza z nich wszystkich.

Malinowski: Wali się gospodarka, kończą możliwości wyżywienia ludzi, nadchodzą kolejne pandemie

Koronawirus przypomniał dobitnie, że wszystkie gospodarki zależą od zawiłej sieci przepływów składników odżywczych w gospodarce naturalnej. Jeszcze w 1859 roku, w dziele O pochodzeniu gatunków, właśnie takim terminem posługiwał się Karol Darwin, a dopiero 10 lat później niemiecki zoolog Ernst Haeckel wprowadził określenie „ekologia”. Nie da się zaprzeczyć, że nieustające parcie pieniędzy na „wzrost” zahamowało prawdziwy wzrost przyrody.

Jednym słowem, obecne turbulencje związane z ponownym wyważaniem roli poszczególnych gospodarek pokazują, że gospodarka rynkowa nie ma dobrych narzędzi, by odpierać ataki wirusowe na gospodarkę zwierzęcą. Z tego powodu trzeba się znów mocniej oprzeć na gospodarce domowej, a władze na poziomie lokalnym, krajowym i globalnym podkreśliły potrzebę ekonomii politycznej. Wreszcie wszyscy gracze na wszystkich poziomach muszą wkrótce z pewnością zaakceptować, że na pierwszy plan powinna się wysunąć gospodarka naturalna – jeśli tak się nie stanie, to trzeba będzie zamknąć cały interes na cztery spusty.

 

**
Dr Michael Symons jest restauratorem, który zajął się pracą akademicką. Jego najnowsza książka nosi tytuł Meals Matter: A Radical Economics through Gastronomy i właśnie ukazała się nakładem Columbia University Press.

Artykuł ukazał się w magazynie openDemocracy na licencji Creative Commons – Uznanie autorstwa – Użycie niekomercyjne. Z angielskiego przełożył Maciej Domagała.

 

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać