Gospodarka

Narodziny klasy domowej

Fot. Heather Miller/Flickr.com, visuals/Unsplash. Edycja KP

Jeśli umasowiona nagle praca zdalna zostanie z nami na stałe, zarysuje się nowy podział klasowy. Wyłoni się „klasa domowa”, która będzie przebywać głównie u siebie, pracować w sieci, a z domu w celach wychodzić rekreacyjnych, oraz „klasa outdoorowa”, pracująca w coraz bardziej uciążliwych warunkach. Te klasy będą żyć w dwóch zupełnie różnych światach.

Wiemy już dziś, że niektóre z ograniczeń wprowadzonych w celu zwalczania rozprzestrzeniania się koronawirusa zostaną z nami na dłużej. Niewykluczone też, że niespodziewana, przymusowa izolacja społeczna odciśnie na nas piętno i wkradnie się w praktykę dnia codziennego po wygaśnięciu pandemii.

Jednym ze zjawisk, które szczególnie mocno wypłynęły w czasie tego przymusowego lockdownu jest praca z domu. Dawniej dostępna wyłącznie w niektórych zawodach i często w ograniczonym zakresie, teraz upowszechniona i rozciągnięta nie tylko na kadrę menadżerską i programistów, ale także na korporacje, urzędy i szkoły. Kto tylko może wykonywać pracę z domu, jest na nią kierowany.

 

Za szybko zmieniającą się rzeczywistością podążają decyzje biznesowe. Rozkładane na wiele lat programy modernizacyjne korporacji są przyspieszane i realizowane w przeciągu tygodni na żywym organizmie firm, które muszą się dostosować, żeby przetrwać. Rozbudowuje się infrastrukturę zdalnego dostępu do danych przechowywanych w chmurze, zaopatruje się w narzędzia do telekonferencji, zarządzania rozproszonym zespołem, uruchamia się nowe kanały komunikacji do wykonywania bieżących zadań, a także nowe metody ewidencji czasu pracy czy zdalnej kontroli wydajności pracowników. Praca zdalna pochłania milionowe inwestycje. Na całym świecie. Na niespotykaną dotąd skalę.

Epidemia nędzy

Można by zapytać, o co tyle szumu. Wyjątkowa sytuacja wymaga wyjątkowych rozwiązań, ale gdy pandemia minie, wszystko wróci przecież do normy. Autobusy i tramwaje znów zaroją się od szeregowych pracownic i pracowników biur administracji publicznej i korporacji, ulice w godzinach szczytu zakorkują się od samochodów, w których samotni kierowcy wożą powietrze na trasie dom – praca –dom. Rzecz w tym, że nie musi tak być. Są powody, by sądzić, że praca zdalna zadomowi się w świecie pracy na stałe.

Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że praca zdalna nie jest niczym nowym. Istnieje od lat i nie jest jakimś wynalazkiem, który może się przyjąć albo nie, a dobrze znanym mechanizmem, który teraz został przymusowo upowszechniony. Po drugie, biznes dokonał już w tym okresie wielu kosztownych ruchów: zainwestował w infrastrukturę sieciową, opracował procedury zdalnego realizowania procesów biznesowych, opracował metody zarządzania projektami w rozproszonym zespole czy ewidencją i kontrolą pracy zdalnej. Te inwestycje i metody działania nie znikną wraz z ogłoszeniem końca pandemii.

Po trzecie, tendencja do przechodzenia na pracę zdalną nie jest kierunkiem nowym, a tylko naturalną konsekwencją procesów gospodarczych w coraz bardziej ucyfrowionym świecie. To droga, po której biznes już kroczy, więc nie mówimy o żadnym ryzykownym zwrocie, a co najwyżej o przyspieszeniu na obranym już wcześniej kursie.

Po czwarte, pandemia koronawirusa to nie jedyny powód, który sprawia, że bezpieczniej jest ograniczyć wychodzenie z domu. Żyjemy przecież w świecie, w którym głośno mówi się o tym, że podobne pandemie wirusów czy bakterii mogą się powtarzać, a zmiany klimatyczne dają o sobie coraz mocniej znać. Susze, upały, niekontrolowane pożary czy inne katastrofy naturalne stają się powoli normą, a więc wpływają też na biznes. Przeniesienie dużej części procesów w całości do sieci pracowników rozproszonych po całym kraju czy nawet świecie może znacząco zmniejszyć ryzyko wpływu ekstremalnej pogody lub kolejnej pandemii na ciągłość biznesową firm, które dotychczas działały w modelu ogromnych biurowców skupiających w jednym miejscu całe działy czy departamenty.

Koronawirus a złożoność: trzy lekcje z ekonomii

Po piąte wreszcie, argument często niedoceniany, a mianowicie fakt, że lockdown to ogromny test i materiał do rozmyślań nad pracą zdalną i wszystkim, co się z nią wiąże. Już teraz trwają liczne analizy sytuacji, liczone są koszty i oszczędności, mierzona jest wydajność, oceniane są modele zdalnego zarządzania projektami, a oprogramowanie niezbędne do zdalnej pracy przechodzi testy na masową skalę. Te wszystkie raporty, analizy, badania, wykresy i prezentacje trafią w końcu na odpowiednie biurka i wpłyną na plany działania kryzysowego firm, na struktury organizacyjne, infrastrukturę techniczną, na dobór pracownic i pracowników, selekcję kadry zarządzającej z uwzględnieniem kompetencji potrzebnych do utrzymania wydajności w rozproszonych zespołach. Wymuszona praca zdalna w czasie pandemii to eksperyment o niespotykanej dotąd skali na żywym organizmie rynku, jakiego żadna z organizacji nie mogłaby zasymulować dla oceny swoich strategii rozwojowych.

Podsumowując wszystkie argumenty, można uznać, że zarysowany scenariusz może się z dużym prawdopodobieństwem spełnić, a praca zdalna upowszechni się na tyle, że dokona istotnej zmiany w układzie społeczno-gospodarczym. Być może nawet narodzi się z tych przemian nowa klasa – klasa domowa.

Klasa domowa i klasa outdoorowa

Oczywiście, praca zdalna nie obejmuje wszystkich i jeszcze długo nie obejmie. Dopóki nie da się zdalnie położyć gładzi na ścianie, a pizzy nie pieką roboty i nie wysyłają jej do klienta dronem, dopóty ludzie będą wstawać codziennie rano, wychodzić do pracy i wracać do domu wieczorem. Zmieni się to, że o ile wcześniej pracować z domu mogła garstka osób, o tyle teraz będzie ich znacznie, znacznie więcej.

Praca zdalna w czasie pandemii to eksperyment o niespotykanej dotąd skali na żywym organizmie rynku.

Praca i dojazd do niej pochłaniają większość czasu naszej dziennej aktywności. Zmiany w miejscu i sposobie wykonywania pracy, jeśli zajdą na masową skalę, pociągną więc za sobą zmiany całości stosunków społeczno-gospodarczych. Oto bowiem za chwilę będziemy mieć klasę ludzi, którzy pracują w ogromnej mierze zdalnie, zazwyczaj z domu, przed ekranem laptopa, ze słuchawkami na uszach, krążąc w gronie domowników z pokoju, do kuchni, z kuchni do łazienki, z łazienki do sypialni. Ludzie z tej klasy  nie muszą wychodzić, nie tracą więc czasu na dojazdy, zawsze są w stanie wstać na chwilę od komputera i zrobić coś w domu, mogą załatwiać sprawy urzędowe i zakupy przez internet, nie muszą wychodzić do sklepów i stać w kolejce do kas, tylko zaznaczają produkty w internetowych katalogach, a kurierzy dowożą im je pod drzwi. Praktycznie nie muszą chodzić po ulicach i mimochodem brać udziału w przypadkowych interakcjach z innymi – w szczególności z ludźmi z klas niższych. Ludzie ci mogą funkcjonować w niemal wszystkich aspektach życia, nie opuszczając swojej domowej, towarzyskiej i informacyjnej bańki.

Bińczyk: Na naszych oczach zatrzymała się hiperkonsumpcyjna gospodarka wzrostu

Po drugiej stronie znajdą się te wszystkie osoby, które nadal będą musiały wychodzić, żeby pracować. To „klasa outdoorowa”, zatrudniona w usługach komunalnych, handlu, transporcie i produkcji, która będzie dbać o to, aby dostarczyć do mieszkań klasy domowej wszystkie zbędne i niezbędne dobra. Różnice między klasami zawsze były i nadal są bardzo mocno zarysowane, teraz jednak mogą się jeszcze pogłębić. Wraz z nastaniem nowej odsłony klasowego podziału zaczniemy je dostrzegać gołym okiem.

Przede wszystkim powstanie znacząca różnica w czasie pracy. Załóżmy, że przed pandemią pracownik musiał wstać minimum godzinę i piętnaście minut przed rozpoczęciem pracy (np. o 6:45 żeby być w pracy na ósmą). Miał czas na szybką toaletę, ubranie się i dojazd. W obie strony daje to około dwóch i pół godziny. Dziś wystarczy mu rano piętnaście minut przed otworzeniem laptopa. Powrót z pracy trwa tyle co wyłączenie systemu i odłożenie komputera do szafki. Klasa domowa zyskuje więc dziennie około dwóch godzin dodatkowego czasu w stosunku do klasy outdoorowej – to dziesięć godzin w ciągu tygodnia roboczego, i 45 godzin w skali miesiąca. W niektórych wypadkach te różnice na korzyść klasy domowej mogą być jeszcze większe.

Ikonowicz: Ten system zmutuje

Warto też przyjrzeć się zmianom w kosztach, jakie ponosi pracownik w związku z pracą. Eliminacja codziennych dojazdów do pracy to ograniczenie kosztów – mniejsze wydatki na bilety komunikacji publicznej lub na paliwo i niższe koszty eksploatacji pojazdu (rzadziej używany będzie się niszczył wolniej), powolniejsze zużycie ubrań i obuwia itd. Przez brak codziennych kursów na trasie dom – praca – dom zapewne zmniejszy się liczba zakupów „przy okazji” czy wizyt w sklepach „po drodze”. Zakupy, zwłaszcza żywności, klasa domowa będzie robić rzadziej i na zapas, a więc w sposób bardziej zaplanowany. Spadek wydatków na jedzenie, które stanowią znaczną część skromnych budżetów domowych, będzie odczuwalny.

Co wreszcie najważniejsze, wypiętrzą się ogromne różnice w szeroko rozumianej sferze społecznej. Klasa domowa będzie spędzać większość dnia w wygodnym domu, wśród domowników, co do zasady w przyjaznej dla siebie i bezpiecznej przestrzeni, z dziećmi, rodzicami czy rodzeństwem. Oczywiście będzie to prowadzić do napięć, zwłaszcza w początkach przymusowej pracy zdalnej, ale stopniowo stanie się normą. Na dłuższą metę stała praca zdalna może wzmocnić więzi rodzinne klasy domowej, a osłabić jej powiązania ze społeczeństwem, z innymi pracownicami i pracownikami, a nawet z lokalną czy sąsiedzką społecznością. Znacznie rzadsze wychodzenie z domu to mniej szans na spotkania, także te przypadkowe, z ludźmi spoza najbliższego kręgu rodziny i znajomych.

Z jednej strony będziemy więc mieć pokaźną klasę domową, która będzie przebywać głównie u siebie, pracować w sieci, a ewentualnie wychodzić z domu w celach rozrywkowych i rekreacyjnych, oraz klasę outdoorową, której warunki będą niemal doskonale odwrotne. Klasa outdoorowa będzie spędzać większość dnia poza domem, pracować głównie w świecie „realnym”, w coraz bardziej uciążliwych warunkach (ze względu na skutki zmian klimatycznych), a tylko odpoczynku i rozrywki będzie szukać w sieci.

Te dwa światy będą żyć obok siebie, jednak w sensie społecznym będą to dwie zupełnie różne rzeczywistości, o znaczących odmiennościach widocznych gołym okiem, a przede wszystkim z bardzo wąskimi przestrzeniami na wzajemne przenikanie się i wymianę doświadczeń. To właśnie ta różnica w doświadczaniu świata będzie fundamentem barier oddzielających te klasy, prowadzących do wzajemnego niezrozumienia, niechęci i konfliktu. Świat pracy pęknie na pół, a to spowoduje głęboki społeczny rozłam – choćby w sferze poglądów politycznych i percepcji świata.

Domowe biuro, domowy kierat

Praca zdalna wydaje się być na tym tle szczególnie atrakcyjna. We własnym domu, bez natrętnego spojrzenia pryncypała, który sprawdza, czy aby nie przeglądasz w pracy Facebooka. Praca w której rozlicza się bardziej z zadań niż z dupogodzin przed monitorem, gdzie zawsze można wstać i się przejść, albo nawet zabrać ze sobą laptopa i przysiąść w ogrodzie, w parku czy w ulubionej kawiarni i tam odpisywać na maile, racząc się chłodnymi napojami.

Te dwa światy będą żyć obok siebie, jednak będą to dwie zupełnie różne rzeczywistości.

Rzecz w tym, że praca zdalna, jaką znamy, jest skrojona pod wąską grupę uprzywilejowanych osób piastujących specjalistyczne lub zarządcze stanowiska, którym pewna swoboda wykonywania zadań jest przypisana niemal z definicji. Większość pozytywnych aspektów, takich jak mniejsza kontrola każdej minuty spędzanej za biurkiem, pewna dowolność wyboru godzin pracy czy bardziej zadaniowa jej forma nie musi wiązać się z bezpośrednio z pracą zdalną, ale może wynikać z uprzywilejowania konkretnej grupy pracowników. Oznacza to, że rozszerzenie i upowszechnienie pracy zdalnej wcale nie musi oznaczać przeniesienia na masową skalę modelu znanego obecnie. Home office szeregowych przedstawicieli klasy domowej może się różnić od dzisiejszej pracy zdalnej specjalistów IT tak jak ciasny kąt w zatłoczonym open spejsie różni się od klimatyzowanego gabinetu szefa departamentu.

Dla szeregowej pracownicy nowej klasy domowej praca może odbywać się w ciasnym mieszkanku, bez kawałka biurka, z laptopem rozłożonym na stole pośród kredek i puzzli dzieci lub tuż obok popielniczki wiecznie popalającego ojca lub teścia. Każdy ruch w sieci, każda minuta pracy mogą być monitorowane za pomocą kamerki czy wgranego oprogramowania, które zbada liczbę odczytanych maili, szybkość klepania znaków na klawiaturze, czas przebywania na stronach niezwiązanych z pracą, liczbę i czas przerw między jednym zadaniem a drugim. Wprowadzenie wszystkich tych mechanizmów kontroli będzie rzecz jasna uzasadnione koniecznością ochrony danych firmy stanowiących tajemnicę handlową czy monitorowaniem aktywności w bazach danych w celu ochrony danych osobowych klientów. Laptop dla jednych będzie mobilnym biurem, które można wziąć pod pachę i wyjść na balkon czy do ogrodu, a dla innych będzie tylko przedłużeniem kierownika w domu, wiecznie odczytującym, liczącym i podsłuchującym narzędziem, który śledzi już nie w budynku korporacji, ale we własnym mieszkaniu, niczym niezaproszony gość szperający po kuchni.

Doktryna szoku po polsku

Zakres kontroli i inwigilacji będzie rósł wraz z postępem technologicznym. Praca raz wpuszczona do domu będzie coraz bardziej zagarniać dla siebie kolejne darmowe minuty, ten jeden mail na szybko w sobotę, ten krótki call w środę już po pracy albo ta nagła potrzeba, w drodze wyjątku, żeby coś w niedzielę przygotować na poniedziałkowy briefing. Nie minie wiele czasu, gdy czas pracy zleje się z czasem wolnym w stan pośredni – ani w pracy, ani w domu – który trudno będzie zaliczyć do którejkolwiek z kategorii. I jeśli w XIX-wiecznych zakładach fabryczny zegar wyznaczał koniec zmiany przynosząc upragnioną wolność i przerwę w harówce, tak w XXI wiecznych domach nikt nie zagwiżdże na fajrant.

Późny kapitalizm, społeczna atomizacja

Masowe przejście na pracę zdalną pociągnie za sobą dalsze konsekwencje, zwiastujące nową formę kapitalizmu opartego na społecznej atomizacji.

Zakres kontroli i inwigilacji będzie rósł wraz z postępem technologicznym.

Ofiarą raz na zawsze padnie kodeks pracy i wszelkie ograniczenia wywalczone przez pracowniczy opór na przestrzeni dziejów. Sztywne regulacje czasu pracy i ochrony zatrudnienia nie będą przystawać do pracy zdalnej i rozproszonej, prowadzonej w różnych strefach czasowych i w różnych porządkach prawnych. Ścisły rygor czasu spędzonego na stanowisku pracy będzie się miał nijak do pracy w domu, stanie się przepisem martwym, będą go łamać zarówno pracownicy, jak i pracodawcy. Ustawowe regulacje będą stopniowo luzowane, aż przestaną mieć realne znaczenie lub przetrwają zaledwie w jakiejś szczątkowej formie.

Prawo pracy nie uchowa się także dla klasy outdoorowej. Siłą regulacji zasad pracy jest ich masowość i powszechność – a kurczenie się grupy, której te regulacje dotyczą, będzie zmniejszać nacisk na ich stosowanie, aż kodeks pracy ustąpi na dobre regulacjom cywilnoprawnym opartym na swobodzie zawierania umów. Nie będzie też oporu związków zawodowych i organizacji pracowniczych, bo im bardziej zatomizowane społeczeństwo, ze słabszymi więziami międzyludzkimi, tym trudniej o zaufanie i solidarność, co przypieczętuje koniec zorganizowanych form działania świata pracy.

W kryzysie należy ograniczać zdeprawowanych władzą pracodawców

Niewykluczone, że nastąpi też posunięta do granic społecznej wytrzymałości uberyzacja pracy, która polegać będzie z jednej strony na przerzuceniu na pracownika kosztów organizowania sobie stanowiska pracy, a z drugiej będzie wiązać konkretną osobę z pracodawcą/zleceniodawcą tylko na czas wykonania zadania. To z kolei może spowodować rozszerzenie się zjawiska ekspertów na telefon, pracowników na godziny, samozatrudnionych, którzy muszą realizować zlecenia dla kilku podmiotów na raz, żeby się utrzymać. Sprzyjać temu będzie praca zdalna: samozatrudniony jest w niej samodzielnym stanowiskiem pracy, z własnym sprzętem komputerowym i samodzielnie nabytymi umiejętnościami. Wynajmuje się do konkretnych działań, jest łączony w różne relacje służbowe i organizacyjne dla potrzeb większych zadań, czasem pracując w kilku projektach jednocześnie – pracownik-lego, którego można podpiąć na czas wykonania pracy i odłączyć po jej zakończeniu, przenieść do innej struktury, wpleść do większego projektu, ale też wyrzucić i zastąpić innym, kiedy nadarzy się taka potrzeba.

Nastąpi posunięta do granic społecznej wytrzymałości uberyzacja pracy.

Zmieni się cały model przedsiębiorstw, zwłaszcza międzynarodowych korporacji, które będą stopniowo odchodzić od wielkich centrów i biurowców na rzecz rozproszonych specjalistów łączonych w zadaniowe zespoły. Miejsce pracy będzie tracić na znaczeniu, więc nic nie stanie na przeszkodzie, żeby bez utrzymywania biura regionalnego rozszerzyć działalność na nowy obszar czy rynek na świecie przez zatrudnienie kilku osób na drugim końcu świata. Rozproszony model działania międzynarodowych korporacji może doprowadzić do upowszechnienia świadczenia lokalnych usług przez globalne podmioty, które będą miały ogromną łatwość w organizowaniu niewielkich struktur swoich organizacji na całym świecie poprzez zatrudnianie punktowo małej liczby osób, co w modelu biurowym było często nieopłacalne. To z kolei przełoży się na jeszcze większe skupienie rynków w rękach wąskiej grupy największych podmiotów, które będą mogły łatwiej penetrować lokalne rynki.

Coś się kończy, coś się zaczyna

Przewidywane skutki upowszechnienia pracy zdalnej można mnożyć w nieskończoność. Praktycznie do każdej dziedziny życia da się postawić pytanie „a co jeśli masa ludzi będzie przez większość dnia siedzieć w domu przy komputerze?” i przeprowadzić prostą symulację skutków. Jak umasowienie home office wpłynie na transport publiczny, kiedy skurczy się liczba pasażerów, a co za tym idzie wyborców zainteresowanych jakością komunikacji miejskiej? Jak zmieni się model rozwojowy miast, w których biurowce opustoszeją, bo nikomu już nie będą do niczego potrzebne, a korporacje nie będą musiały czerpać siły roboczej z konkretnych miejsc, tylko będą prowadzić permanentną, ogólnoświatową rekrutację na stanowiska pracy zdalnej? W powietrzu wisi wiele takich pytań, na które stopniowo będą przychodzić odpowiedzi.

Świat po koronawirusie? Taki jak teraz, tylko bardziej

Upowszechnienie pracy zdalnej prawdopodobnie wyznaczy w XXI wieku nowe osie podziałów klasowych. Różnice między światem realnym a wirtualnym, między pracą zdalną rozproszoną w sieci a pracą w przemyśle czy handlu wymagającym skupienia pracowników na pewnej ograniczonej przestrzeni, między klasą domową a outdoorową i podziały wewnątrz samej klasy domowej będą definiować podziały polityczne. W ramach nowych klas powstaną nowe odruchy, zapatrywania społeczno-polityczne, z czasem wielkie polityczne przesunięcia wyniosą do władzy nieznane dotąd siły. Różnica między bogatymi a biednymi, wychodzącymi a siedzącymi w domu, między uprzywilejowanymi i dyskryminowanymi – te różnice pozostaną, a nawet mogą się jeszcze ostrzej zarysować.

Koronawirus zamyka nas w domach, prawica otwiera szampana

Oczywiście niektórzy powiedzą, że praca zdalna się nie przyjmie, bo ludzie tego nie będą chcieli. Zmęczeni długotrwałym przebywaniem w skromnych pomieszczeniach z gromadką dzieci czy innymi członkami rodziny, po pandemii będą chcieli po prostu wyjść z domu, wrócić do pracy, jeździć codziennie do biura tak jak dawniej. Rzecz w tym, że to nie oni podejmą tę decyzję. Podejmie ją biznes na podstawie analiz i ocen działania w pandemii. Jeśli z raportów będzie wynikać, że jest to sposób na zmniejszenie kosztów, zwiększenie zysków czy ograniczenie ryzyka biznesowego, to takie rozwiązanie po prostu zostanie wprowadzone bez względu na to, czy się to komuś podoba, czy nie.

**
Bartosz Migas jest łodzianinem, prawnikiem, działaczem Partii Razem.

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Bartosz Migas
Bartosz Migas
Prawnik, członek partii Razem
Jest łodzianinem, prawnikiem, członkiem partii Razem i asystentem społecznym posłanki Pauliny Matysiak.
Zamknij