Unia Europejska

Im więcej sprzedamy broni, tym więcej uchodźców stanie pod naszą granicą

Europa sprzedaje broń do krajów, skąd pochodzi najwięcej uchodźców, przed którymi Unia zbroi swe granice. Błędne koło? Tak, ale też czysty biznes.

Raport Smoking Guns autorstwa badaczy z Transnational Institute pokazuje ponury paradoks. Najwięcej europejskiej broni płynie w świat z Francji, Niemiec, Włoch, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii – czyli państw będących celem współczesnej wędrówki ludów. Jednak w ostatnich latach rosną zyski eksporterów z krajów byłego Układu Warszawskiego i krajów bałkańskich, jak Bułgaria, Chorwacja czy Rumunia – czyli państw, przez które przebiegają współczesne szlaki migracyjne.

Wojny były i są bardzo opłacalne – to stara prawda, którą przypominają autorzy raportu, ale by nie poprzestawać na wyświechtanych truizmach, dodają, że coraz bardziej opłacalne stają się także wojny z migracją. Tę zaś Unia Europejska toczy od wielu lat, dziś także na terytorium Polski.

Wielki biznes i wielkie liczby

Według danych zebranych w raporcie wartość rynku ochrony granicznej rośnie, a do roku 2025 ma sięgnąć 65–68 mld dolarów. Jednocześnie badacze wskazują, że świat w 2020 roku wydał na wojskowość niemal 2 bln dolarów, z czego większość pochłonęły wydatki na broń. Z samej Europy w świat płynie 26 proc. eksportu broni – najwięcej zaraz po USA.

Prowadzenie wojny jest dziś całkiem tanie

W gąszczu tych trudnych do wyobrażenia sobie liczb pojawia się jeszcze jedna, niebezpiecznie rosnąca – to 82,4 mln ludzi wypędzonych ze swoich domów w wyniku konfliktów zbrojnych i niepokojów społecznych. Olbrzymią rolę w tych konfliktach odgrywa broń kupowana od świata, który przed wypędzonymi zamyka swoje granice.

Autorzy raportu wywodzą, że to nie przypadek, ale celowe działanie – i łączą kropki między handlem bronią, migracją i ochroną granic.

Od Herzlich Willkommen do Usnarza Górnego

Unia Europejska w roku 2015 roku stanęła przed wyzwaniem masowej migracji z krajów Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, wywołanej latami zbrojnych interwencji nazywanych dla niepoznaki misjami pokojowymi, a także następstwami Arabskiej Wiosny.

Apogeum kryzysu znalazło swe ucieleśnienie w wojnie w Syrii, a także w narodzinach Państwa Islamskiego. Z jednej strony mieliśmy do czynienia z krwawo tłumioną rewolucją przeciw biedzie, korupcji i dyktaturze Asada, z drugiej z zupełnie nowym tworem militarno-politycznym zrodzonym na ciele rozkładającego się Iraku, państwa, od zbrojnej interwencji przeciw Husajnowi i po wycofaniu wojsk Zachodu, w zasadzie upadłego.

Od inwazji do państwa upadłego: demokracja nie przysłużyła się Irakowi

Splot tylko tych dwóch okoliczności zmusił do porzucenia domu miliony ludzi. Samych uchodźców syryjskich poza granicami kraju zarejestrowanych jest 5,6 mln – koczują w Libanie, Turcji, Jordanii, Egipcie czy Iraku. Do tego należy doliczyć uchodźców wewnętrznych (ponad 6 mln osób na terenie Syrii, niemal 1,5 mln w Iraku) oraz uchodźców niezarejestrowanych. Dla przykładu wedle oficjalnych statystyk na uchodźstwie w Libanie mieszka ponad 865 tys. osób, choć szacuje się, że może być ich nawet 1,5 mln.

W 2015 roku do granic Europy przybyło 1,3 mln ludzi – ten moment nazwano kryzysem migracyjnym i uchodźczym. Podkreślano, że to najwyższa liczba wniosków o azyl od czasów drugiej wojny światowej. Bezprecedensowa była też reakcja Niemiec – w sierpniu zaczęto rozpatrywać wnioski o azyl od osób, które były już rejestrowane w innych krajach, czyli wbrew obowiązującym do tej pory procedurom, a w sierpniu Niemcy wraz z Austrią oficjalnie ogłosiły, że każdy wniosek o azyl zostanie rozpatrzony.

To z tamtych miesięcy pochodzi hasło „Herzlich Willkommen”, którym przez lata opisywano politykę migracyjną Angeli Merkel. Używali go również jej krytycy, którzy zarzucali kanclerce Niemiec zapraszanie uchodźców i migrantów, a następnie forsowanie polityki relokacji. Rządy wielu państw, w tym Polski, odebrały niemieckie apele o europejską solidarność jako zagrożenie dla bezpieczeństwa wewnętrznego, a oliwy do ognia debat dolewały zamachy terrorystyczne na terenie Europy, do których przyznawało się Państwo Islamskie. „Dokąd zmierzasz, Europo? Powstań z kolan i obudź się z letargu, bo w przeciwnym razie codziennie będziesz opłakiwała swoje dzieci” – grzmiała ówczesna premierka Beata Szydło w spontanicznym wystąpieniu w sejmie po zamachu terrorystycznym na koncercie Ariany Grande w Manchesterze.

Unia tu nie pomoże. Na granicy z Białorusią PiS realizuje jej politykę

Jednak to nie potrząsanie szabelką doprowadziło do zmiany w polityce migracyjnej wspólnoty, choć gdy PiS twierdzi, że Europa w kwestii migracji mówi dziś polskim głosem – to ma rację. W kontrze do niemieckiej otwartości granic pojawiły się zasieki i druty kolczaste, a forsowany system relokacji nigdy nie został przyjęty – zgodziło się na niego zaledwie siedem z 27 państw Unii.

Ograniczenie migracji było możliwe dzięki tak zwanemu outsourcingowi kontroli granicznej, czyli umowom z państwami ościennymi, jak Turcja, czy dofinansowywaniu służb i infrastruktury w Libii albo Maroku oraz jednoczesnym odwracaniu wzroku od oczywistego łamania praw człowieka za unijne pieniądze.

O tym, że to rozwiązania przeciwskuteczne, Unia Europejska przekonała się już kilkukrotnie, zmuszona do ulegania szantażom lub pertraktacji z dyktatorami. Tak było dwa lata temu z Erdoğanem, tak jest obecnie z Łukaszenką.

Równie przeciwskuteczne wydają się argumenty o pomaganiu na miejscu, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę rolę, jaką Europa odgrywa w destabilizowaniu regionów, z których pochodzą migranci i uchodźcy.

Unia ugięła się pod ciężarem cynizmu Kaczyńskiego, Babiša i Orbána

W raporcie Smoking Guns czytamy: Unia Europejska nieustannie podkreśla swoje zaangażowanie w walkę o prawa człowieka i praworządność, ale w rzeczywistości wiele z jej działań przynosi skutek odwrotny – utrwala autorytarne reżimy, napędza konflikty zbrojne i przyczynia się do cierpienia całych społeczeństw. Gdyby Unia Europejska chciała zarządzać migracją i redukować ją w sposób humanitarny, tak jak często deklaruje, jednym z jej głównych priorytetów powinno być ograniczanie sprzedaży broni, która wywołuje masowe wysiedlenia. Tymczasem polityka migracyjna Unii Europejskiej dziś to push-backi i militaryzacja granic, co wyraźnie widzimy na własnym podwórku.

Militaryzacja granic i militaryzacja świata

Autorzy raportu zwracają uwagę, że wraz z dyskusją o uszczelnianiu granic na poziomie indywidualnych państw UE – na poziomie instytucjonalnym ustalała w zaciszu gabinetów budżety wspierające militaryzację granic państw członkowskich oraz państw trzecich.

Wskazano tu na Internal Security Fund (3,8 mld euro na lata 2014–2020, między innymi na zarządzanie zewnętrznymi granicami UE), a także EU Trust Fund for Africa (5 mld euro na „pomaganie na miejscu”, czyli likwidowanie przyczyn migracji, ale także – może przede wszystkim – umacnianie granic w tak zwanych państwach tranzytowych, czyli leżących na migracyjnych szlakach od Afryki Subsaharyjskiej po Afrykę Północną). Do tego dochodzi nieustanny rozwój Frontexu – czyli unijnej straży granicznej, działającej bez przeszkód mimo oskarżeń o łamanie praw człowieka, a także prawa morskiego na Morzu Śródziemnym.

Świat się wali? Spokojnie, na tym też da się zarobić

Autorzy raportu zwracają także uwagę na bezprecedensowy rozwój polityki obronności w latach 2015–2020, czyli za czasów szefowania Komisji Europejskiej przez Jean-Claude’a Junckera. Wskazano na trzy programy: Europejski Fundusz Obronny, opiewający na wiele miliardów euro program koordynujący i zwiększający krajowe inwestycje na badania i rozwój obronności, Europejski Instrument na rzecz Pokoju, pozabudżetowy fundusz wart 5 mld euro finansowany z wkładów państw członkowskich, a przeznaczany na zapobieganie konfliktom oraz rozwój sił zbrojnych krajów partnerskich, a także PESCO, czyli stała współpraca strukturalna, pogłębiająca działania w zakresie wspólnej polityki bezpieczeństwa i obrony.

Jednocześnie, choć Unia pompuje miliardy euro w rozwój i produkcję broni, to sam handel bronią, podobnie jak decyzje dotyczące obronności, leży w gestii państw narodowych i poza zakresem kompetencji Wspólnoty.

Podstawowym celem raportu jest jednak nakreślenie związku przyczynowo-skutkowego między handlem bronią a przymusowymi wysiedleniami. By dowieść, że taki związek istnieje, autorzy przeprowadzili pięć studiów przypadku, śledząc, jak europejska broń trafia na pola walk w krajach, skąd pochodzą migranci i uchodźcy docierający do Europy. Co ważne, badacze korzystali z ogólnodostępnych raportów.

Europejska broń na frontach świata

W 2018 i 2019 roku Turcja przypuściła ataki na kurdyjskie enklawy w północnej Syrii, czyli Rożawie. Celem operacji Gałązka Oliwna oraz Źródło Pokoju były kurdyjskie siły powiązane z działającą na terenie Turcji separatystyczną Partią Pracujących Kurdystanu (PKK) i jednocześnie zasłużone w rozbiciu Państwa Islamskiego. Turcja uderzyła na Afrin, a później na pas przygraniczny, celem stworzenia tak zwanej strefy bezpieczeństwa sięgającej na 30 km w głąb kurdyjskiej autonomii. Obie operacje wojskowe doprowadziły do wysiedleń: w 2018 roku swoje domy musiało opuścić 98 tys. ludzi, a w 2019 – 180 tys.

Jak wykazują autorzy raportu, w obu operacjach Turcja używała śmigłowców T-129 ATAK, rozwijanych od pierwszej dekady XXI wieku we współpracy włosko-tureckiej. Co prawda włoska firma Leonardo przekazała już większość swej wiedzy stronie tureckiej, nadal jednak dostarcza komponenty wykorzystywane w silnikach, radarach czy systemach hydraulicznych, co zostało udokumentowane w raportach przedłożonych we włoskim parlamencie.

Erdoğan atakuje Rożawę. Europa jest bezradna

Turcja pojawia się w raporcie Smoking Guns także jako łącznik – między technologią produkowaną we Francji, Niemczech i Wielkiej Brytanii a wykorzystaniem dronów w konflikcie zbrojnym o Górski Karabach. Autorzy przypomnieli, że Azerbejdżan w konflikcie z Armenią polegał w sporej mierze na flocie dronów, wśród których dominował model Bayraktar TB2 – produkcji tureckiej, ale na zachodnioeuropejskich komponentach.

Wskazano też na wyrzutniki bomb produkcji brytyjskiej, francuskie baterie termiczne i głowice przebijające pancerze produkowane w Niemczech we współpracy z francusko-niemieckim Airbusem, włoskim Leonardo oraz brytyjskim BAE Systems. W wyniku działań wojennych w Górskim Karabachu dom straciło 90 tys. ludzi.

Autorzy Smoking Guns powołują się także na raport opublikowany w 2017 roku przez Conflict Armament Research. Wykazał on, że broń z Europy Środkowej oraz Wschodniej, nim trafiła w ręce tak zwanego Państwa Islamskiego, była sprzedawana do USA i Arabii Saudyjskiej. CAR stwierdziło naruszenie certyfikatów użytkownika końcowego (EUC) wystawionych przez USA, które zobowiązywały nabywców do nieprzekazywania broni kolejnym podmiotom bez zgody rządów, którym podlegał dostawca.

Tymczasem broń nabywana przez USA w Bułgarii trafiała do Syrii i Iraku w ramach wartego 500 mln programu dozbrajania i szkolenia oddziałów walczących na miejscu z tak zwanym Państwem Islamskim. Z programu ostatecznie się wycofano, ale konsekwencje były poważne, włącznie z przejęciem broni przez ISIS. CAR wykazało też, że 28 proc. broni udokumentowanej w Iraku i 48 proc. w Syrii pochodziło z Bułgarii oraz Rumunii.

Z kolei dochodzenie prowadzone przez bałkańską sieć dziennikarzy śledczych (BIRN) wykazało, że Bośnia i Hercegowina, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Słowacja, Serbia i Rumunia zawarły umowy opiewające łącznie na 1,2 mld dolarów z krajami wspierającymi siły opozycyjne wobec Asada. Zdaniem cytowanych ekspertów BIRN to broń tania i masowo produkowana oraz dobrze znana na Bliskim Wschodzie, bo pochodząca z krajów byłego Układu Warszawskiego. Ekspert uważa też, że nie sposób ustalić dokładnej liczby sprzedanego sprzętu, nie ma jednak wątpliwości, że sprzedaż broni z Europy Środkowej i Wschodniej wzrosła, napędzając nie tylko konflikty w Syrii i Iraku, ale i gospodarki państw eksportujących broń.

Gebert: W Syrii trwa pięć wojen naraz

Autorzy raportu skupiają uwagę na modelu bułgarskiej wyrzutni rakiet produkowanej przez VMZ-Sopot i eksportowanej do USA, a znalezionej w irackim Ramadi w 2016 (ponad 85 tys. wysiedlonych osób) i Mosulu w 2017 roku (300 tys. wysiedlonych).

Innym bałkańskim tropem, na który raport rzuca światło, jest eksport bułgarskiej broni do Demokratycznej Republiki Konga – bezpośredni w 2013 i 2015 roku oraz pośredni w 2017 roku przez Serbię, już po nałożeniu unijnych sankcji na 14 wysokich urzędników odpowiadających za kongijskie siły zbrojne i policyjne. W tym czasie w wyniku niepokojów społecznych, przemocy i walk w DRC doszło do wysiedlenia ponad pół miliona ludzi.

Ostatnim studium przypadku jest przekazanie w maju 2017 roku czterech łodzi patrolowych włoskiej firmy Intermarine libijskiej straży przybrzeżnej lub, jak podkreślają organizacje pozarządowe operujące na Morzu Śródziemnym: „tak zwanej” straży przybrzeżnej. Ze śledztwa przeprowadzonego przez Forensic Architecture i materiału wideo zebranego przez Sea Watch wynika, że podczas działań Libijczyków używających jednej z przekazanych im włoskich łodzi zatonęło 20 migrantów. Nagrania pokazują, że libijska straż reaguje zbyt późno na wołanie o pomoc, a następnie utrudnia działania ratunkowe. Wobec ludzi wciągniętych na pokład jest stosowana przemoc, a część z nich ucieka, skacząc z powrotem do morza. Jak zauważają autorzy raportu, to jeden z wielu przykładów brutalnych i nielegalnych działań Libijczyków posługujących się włoskim sprzętem.

Po ludziach zostały rzeczy [reportaż z granicy]

czytaj także

Jednocześnie desperacja ludzi pokazuje to, co stwierdzają raporty UNHCR – Libia nie jest bezpiecznym państwem, a zawracanie migrantów i uchodźców to bezpośrednie narażanie ich zdrowia i życia. Według danych zgromadzonych przez IOM w Libii przebywa ponad pół miliona migrantów i uchodźców z 41 różnych krajów. Wielu z nich pada ofiarą przemocy i wyzysku.

Zdaniem autorów raportu zebrane przykłady jasno pokazują, że istniejące mechanizmy kontroli i monitorowania obrotu bronią nie spełniają swojej funkcji. Państwa europejskie luźno interpretują istniejące przepisy oraz obchodzą je zgodnie z bieżącymi potrzebami. To z kolei prowadzi do wniosku, że handel bronią jest kwestią polityczną. Dopóki nie będzie woli politycznej ze strony Unii Europejskiej oraz państw członkowskich, nie może też być mowy o eliminowaniu przyczyn migracji i uchodźstwa.

**
Bartosz Rumieńczyk – dziennikarz zajmujący się prawami człowieka, migracjami i uchodźstwem, autor reportaży z Libanu, Somalii, Ugandy czy irackiego Kurdystanu. Przez pięć lat związany z Onetem, obecnie niezależny. Pisuje do „Tygodnika Powszechnego”, OKO.press, Wirtualnej Polski i „Przeglądu”.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij