UE

Unia Europejska po cichu odpycha uchodźców od granicy

Czasem do pontonu pełnego uchodźców podpływają łodziami, czasem grupy mężczyzn czekają na brzegu. Ale nie po to, by pomóc wyjść z pontonu słabszym, podać koc albo termos z herbatą. Czekają po to, żeby przybyłych ograbić i wypchnąć z powrotem na morze. To są właśnie push backi. Pisze Marta Burza.


Na początku września minęło pięć lat od śmierci chłopca, który stał się symbolem tragedii uchodźców na morzu. Alan Kurdi, trzyletni Syryjczyk kurdyjskiego pochodzenia, utonął wraz z matką i bratem, w czasie przeprawy z Turcji do Grecji. Jego ciało znaleziono na wybrzeżu Bodrum.

Wizerunek Alana ubranego w czerwoną koszulkę i granatowe spodenki, leżącego twarzą na piasku, obiegł media na całym świecie. Pojawiał się na muralach, australijska piosenkarka Missy Higgins napisała o nim piosenkę, imię chłopca nosi statek ratowniczy niemieckiej organizacji pozarządowej Sea-Eye, wszystko, by jego śmierć nie poszła na marne, by zadziałała jak wake-up call dla świata. Jako ostateczny znak, że czas już na zmianę polityki migracyjnej. Nagle, 2 września 2015 roku, kryzys uchodźczy nabrał kształtu. Przestano mówić o jakichś anonimowych łodziach z migrantami, które znów próbowały dopłynąć do Grecji – zaczęto mówić, że zginał ten konkretny trzyletni syryjski chłopiec i że tak dłużej być nie może.

Minęło pięć lat. Alan obchodziłby w tym roku ósme urodziny. Słowo „uchodźca” w niewyedukowanym społeczeństwie budzi grozę, a niedopracowane procedury azylowe w połączeniu z niewydolnym systemem migracyjnym UE prowadzą do przeludnienia w obozach dla uchodźców. Ludzie, w tym dzieci, wciąż toną podczas przeprawy do Europy.

Europe, promised land

Wczesny ranek, jest jeszcze ciemno. Ponton niesiony na falach zbliża się do europejskiego brzegu. Ponad 30 pełnych nadziei osób – dorosłych i dzieci – widzi już szansę na normalne życie. Za sobą zostawili wojnę, strach i cierpienie.

Nie dobijają jednak na stałe do brzegu, który mieli na wyciągnięcie ręki. Niektórzy z nich nie dobiją też do żadnego innego. Nigdy. Staną się ofiarami nieludzkiej, nielegalnej polityki, tzw. push backów – odpychania łodzi z uchodźcami z powrotem na morze. Grecja zaprzecza, ale ci, którzy tego doświadczyli i to przeżyli – dają świadectwo, że push backi nie tylko mają miejsce, ale stają się coraz bardziej brutalne.

– Dobrze to pamiętam. Zawsze chciałem mieć rodzinę, ale w tamtym momencie cieszyłem się, że jestem sam. Nie wyobrażam sobie, że miałbym patrzeć, jak moja żona i dzieci cierpią, przechodząc przez to wszystko… – opowiada Serkan, który obecnie mieszka w prowadzonym przez wojsko obozie dla uchodźców Diavata, położonym 10 km od Salonik. – Trzy razy odepchnęli mnie od brzegu. Dopiero za czwartym udało się nam dostać na ląd. Czy oni naprawdę myślą, że człowiek przy zdrowych zmysłach kilkukrotnie wsiadałby na niepewną łódkę bez kamizelek ratunkowych, tak sobie, bez powodu albo nawet dla pieniędzy? Największy cwaniak by się nie odważył. Żeby wpakować na ten cholerny ponton swoją rodzinę, trzeba nie mieć już innego wyjścia. W ojczyźnie mnie prześladowali, bo byłem Kurdem, nie mogłem normalnie żyć, więc uciekałem – dodaje.

Zawróceni 10 kilometrów od Europy

czytaj także

Na brzegu pojawili się mężczyźni bez mundurów, wyszarpali ich na ląd, zabrali wszystko, co się dało, i na innym pontonie wypchnęli ich z powrotem na morze.

– Zabrali nam telefony i pieniądze, nikt nie miał siły im się oprzeć. Pogoda była kiepska, bałem się, że nie damy rady, ktoś wypadł z pontonu, było nas dużo – wspomina Serkan.

Po dopłynięciu do Turcji kilka dni chował się przed tamtejszą strażą przybrzeżną i… znowu wsiadł na ponton. Za kolejne pieniądze. Ucieczka albo śmierć.

Śmierć przez utopienie

Człowiek, który się topi, raczej nie wzywa pomocy. Całą energię wykorzystuje na oddychanie i próby utrzymania się nad wodą. Wachholz i Horoszkiewicz – lekarze medycyny sądowej – opisali kilka etapów tonięcia.

Najpierw jest panika, człowiek raz po raz się zanurza, jeszcze wstrzymuje oddech, broni się. Niedługo później zakończenia nerwowe reagują na zimną wodę – pojawiają się szybkie i krótkie niekontrolowane oddechy. To potrwa kilkanaście sekund.

Później tonący świadomie będzie opierać się wodzie, wstrzymując oddech tak długo, jak tylko może. Czyli przez około sześćdziesiąt sekund. Dalej już nie da rady. Organizm domaga się wydalenia dwutlenku węgla i nabrania powietrza. Człowiek walczy sam ze sobą. Zaciska szczęki, zatyka nos, ale jest jak za mocno napompowany balon. Musi pęknąć. Zgromadzony dwutlenek węgla – przyczyna pobudzenia ośrodka oddechowego – wznawia oddychanie.

To, co się dzieje dziś w Grecji, jest pośrednio konsekwencją braku działań polskiego rządu

Tonący, aby nie wpuścić wody do płuc – zaczyna ją połykać. Więcej i więcej, aż w żołądku nie ma już miejsca i dochodzi do wymiotów. Organizm jest niedotleniony. Człowiek traci świadomość, jego mięśnie wiotczeją, a woda zalewa płuca.

Minęły trzy minuty. Ustają czynności oddechowe. Ciałem rzucają jeszcze przez chwilę drgawki toniczne.

Misja wypełniona – chodzi w końcu, jak twierdzi premier Grecji, o ochronę granic. Na morskiej granicy stworzono więc mur z martwych ciał.

Turecki terror

Grecko-turecka granica – i tym samym zewnętrzna granica UE – ma długość około 200 km, w większości przebiega wzdłuż rzeki Ewros. Uchodźcy są tam niczym piłeczki pingpongowe – odbijani przez tę rzekę od greckiego do tureckiego brzegu. To na tym drugim, w kraju rządzonym przez Erdoğana, należałoby zacząć opowieść o push backach.

27 lutego 2020 roku władze w Ankarze poinformowały, że nie będą już zatrzymywać uchodźców próbujących się przedostać do Europy. Erdoğan spełnił swoje groźby, a tysiące ludzi zabrało pieniądze, najważniejsze rzeczy i wyruszyło w drogę, w stronę otwartej granicy.

– Tamtejsza policja wręcz wywoziła ludzi na wybrzeże Ewrosu, radząc im, aby zapłacili za łodzie i próbowali dostać się do Grecji – mówi Natalie Gruber z Josoor.

Chrońmy ludzi, nie granice

czytaj także

Chrońmy ludzi, nie granice

Marta Górczyńska

‍Josoor to samorządowa organizacja non profit, która zapewnia pomoc doraźną osobom cierpiącym z powodu obecnego reżimu granicznego UE. Monitoruje łamanie praw człowieka, jednocześnie opowiadając się za humanitarnym systemem azylowo-migracyjnym oraz międzynarodową solidarnością transgraniczną. Słowo „josoor” po arabsku znaczy „most”.

– Zapłaciłem szmuglerom dwa tysiące euro. Cała moja rodzina się złożyła, żebym mógł uciec i zacząć normalnie żyć, nie chcieli, żebym kiedykolwiek wracał do domu. Ci mężczyźni obiecali, że zabiorą mnie na drugi brzeg, do Europy – opowiada 18-letni Ferit, który obecnie mieszka w obozie Diavata pod Salonikami. – Ale wiesz co? Zamiast tego zawieźli mnie w miejsce, gdzie byłem zamknięty przez 15 dni. Spałem na betonowej podłodze. Żądali większej sumy. Bili mnie, kopali po twarzy, nie dawali jedzenia, czasem tylko wodę. W końcu chyba zrozumieli, że naprawdę nie mam nic więcej. Któregoś razu po prostu mnie zawołali i zabrali nad rzekę. Tam czekał ponton pełen ludzi różnej narodowości. Byłem wyczerpany, obolały i samotny. Myślałem, że to się już skończy, szukałem wzrokiem drugiego brzegu. Ale zostaliśmy od tego brzegu odepchnięci i wszystko zaczęło się od nowa – na lądzie czekali na nas mężczyźni w ciemnych ubraniach, z zakrytymi twarzami. Zabrali nam wszystko, wypchnęli nas z powrotem i kazali wracać do Turcji – dodaje. – Nie miałem już żadnych pieniędzy, stawałem na głowie, żeby coś zaoszczędzić i znów spróbować. W Afganistanie czekała na mnie wojna, a w Turcji nie dostałem papierów. Została mi tylko ucieczka do Europy.

Feritowi w końcu się udało. Na razie mieszka w Diavacie i nie wie, co dalej.

Przyzwoitość Kidawy, czyli jak skutecznie topić pontony z uchodźcami i pomóc PiS

Ludzie, zachęcani do przeprawiania się na grecką stronę, dostawali do podpisu pod przymusem papiery zawierające zapis o tym, że konsekwencją próby nielegalnego przekroczenia granicy i opuszczenia kraju będzie deportacja. Niestety główni zainteresowani nie wiedzieli, co podpisują – zabrakło luksusu w postaci tłumaczenia na język, który znają. Turcja doradza więc przeprawę na grecką stronę, z której uchodźcy są odpychani z powrotem nad Bosfor, a stamtąd deportowani. Ponad setkę Syryjczyków Turcy zmusili do „dobrowolnego” podpisania dokumentów deportacyjnych i odesłali do Idlib.

Wraz z początkiem czerwca aresztowano również wielu Afgańczyków – część pewnie jest już z powrotem w Afganistanie. – Nie ma z nimi kontaktu, nie ma danych, nie ma informacji. Zniknęli – mówi Natalie Gruber.

Obóz Diavata. Fot. Jana Cavojska

Grecka strona medalu

W odpowiedzi na działania tureckie Grecja zwiększyła kontrole na rzece Ewros. Przeprawa stała się trudniejsza, wzrosły więc stawki u szmuglerów. Z tego powodu od czerwca uchodźcy zamiast przez rzekę próbują przeprawiać się przez Morze Egejskie.

Grecja odpycha praktycznie wszystkich, stara się za wszelką cenę pozbyć się uchodźców. „Grecja”, czyli kto? Nie wiadomo. Uchodźcy zeznają o mężczyznach w kominiarkach, raczej nie policjantach i nie członkach straży przybrzeżnej, którzy notabene też są w push backi zamieszani.

Uchodźcy są zastraszeni i upokorzeni. Przed odesłaniem z powrotem do Turcji wprowadza się ich na ląd, zabiera wszystko, co mają – pieniądze, dokumenty, telefony, czasem nawet ubrania i buty – i dopiero wpuszcza na pontony. Straszy strzałami oddawanymi w wodę, co zostało udokumentowane. Wszystko po to, aby zniechęcić ludzi do ponownej próby przekroczenia granicy.

– Push backi miały miejsce już wcześniej, to nie jest nowa praktyka – mówi Natalie Gruber – ale zmieniły się dwie rzeczy. Po pierwsze – częstotliwość. Teraz robi się to tak często, jak tylko się da. Po drugie – skala przemocy, która drastycznie wzrosła – dodaje. – Jakiś czas temu całej grupie ludzi związano ręce za plecami i kazano przepłynąć rzekę wpław. Czasem nie używa się już nawet łodzi, i to jest akurat nowy trend – relacjonuje Natalie. Ci, którzy umieją pływać – płyną z powrotem do Turcji. Ci, którzy nie umieją – toną.

Wysoki komisarz Narodów Zjednoczonych do spraw uchodźców, Filippo Grandi, powiedział 5 października podczas 71. sesji Komitetu Wykonawczego, że rozwiązaniem nie może być polityka zamkniętych drzwi. Mówił, że nie możemy pozwolić na to, aby ksenofobiczne reakcje ukształtowały odpowiedzi na złożone, ale możliwe do opanowania wyzwania. Grandi podkreślał, że ludzie będą uciekać dopóty, dopóki nie zostaną usunięte podstawowe przyczyny ich ucieczki w krajach, z których pochodzą. Wyobrażam sobie, że uczestniczący w spotkaniu pokiwali głowami, przytaknęli i… rozeszli się. Polityka górnolotnych stwierdzeń niepopartych działaniem.

Premier Grecji a fakty

Organizacje takie jak Human Rights Watch, Josoor i Aegean Boat Report, działające na Morzu Egejskim, regularnie ujawniają filmy, zdjęcia i wywiady potwierdzające nielegalną i nieludzką praktykę push backów. Jednak premier Grecji Kyriakos Mitsotakis twierdzi, że oskarżenia o „odpychanie” migrantów z powrotem do Turcji są fałszywe i pochodzą z niewiarygodnych źródeł. – Mamy historie, zdjęcia, filmy, oglądamy to na własne oczy, a mimo to politycy zaprzeczają – mówi Natalie Gruber.

Kaja Puto: Przestańmy udawać, że pytanie o migrantów zaczyna się od „czy”

Na rzece wciąż odpycha się pontony z uchodźcami nocą, w ciemnościach, ale na Morzu Egejskim można to zobaczyć w biały dzień. A sprawcy odepchnięć są bezwzględni. Świadectwa mówią same za siebie. Niewidomy chłopak wpadł do lodowatej wody, bo nie widział, gdzie postawić stopę, żeby wejść na ponton. Młoda matka została popchnięta i upuściła do wody dziecko, ktoś w ostatniej chwili złapał je i wciągnął na pokład. Nie ma taryfy ulgowej.

Obóz Diavata. Fot. Marta Burza

Wbrew wszystkiemu

Organizacja Human Rights Watch przesłuchała 13 ofiar i świadków, którzy opisali incydenty, w których grecka policja, grecka straż przybrzeżna oraz niezidentyfikowani mężczyźni w czarnych kominiarkach brutalnie wypychali migrantów z powrotem do Turcji.

Niepokoi fakt, że kilku rozmówców potwierdziło, że greccy policjanci zatrzymali ludzi w obozie dla uchodźców Diavata w Salonikach (400 kilometrów od granicy lądowej z Turcją) i wywieźli ich nad rzekę Ewros, a następnie łodziami odesłali do Turcji. To pierwszy raz, kiedy Human Rights Watch udokumentowała zbiorowe wydalenia osób ubiegających się o azyl z głębi Grecji przez rzekę Ewros. Okrucieństwo z terenów przygranicznych rozszerza się więc na cały kraj.

– Zabierają ludzi, którzy czekają w obozach na zaplanowane spotkania w sprawie przyznania ochrony międzynarodowej. Czekają, mają terminy rozmów, a mimo to są bezprawnie pakowani do busów i odsyłani na turecki brzeg. Niektórzy byli w Grecji rok (tyle czasem trwa oczekiwanie na rozmowę). To już nie jest tylko push back, to nielegalna deportacja – mówi Natalie Gruber. Między innymi tego boi się Ferit, który pisze do mnie na WhatsAppie, że rozważa ucieczkę. Tylko dokąd?

Samych push backów zakazuje prawo greckie i unijne, a także międzynarodowe traktaty i porozumienia podpisane i ratyfikowane przez Grecję. „Odpychanie” uchodźców od granicy narusza grecką konstytucję (art. 2 dotyczący ochrony godności człowieka), konwencję genewską dotyczącą uchodźców – odmawiania ludziom prawa do ubiegania się o ochronę międzynarodową, europejską konwencję praw człowieka – zakaz tortur oraz wszelkiego rodzaju nieludzkiego lub poniżającego traktowania, lub karania, a także Kartę praw podstawowych Unii Europejskiej (w szczególności art. 4 dotyczący zakazu tortur oraz nieludzkiego lub poniżającego traktowania albo karania, art. 19 ust. 1 o zakazie zbiorowych deportacji oraz ust. 2 o zakazie deportacji, usunięcia lub ekstradycji osób, którym w państwie docelowym grozi kara śmierci, tortury lub inne nieludzkie i poniżające traktowanie lub karanie).

Wbrew wszystkim regulacjom Unia Europejska daje ciche przyzwolenie na praktykę push backów, które stają się coraz brutalniejsze, nasila się hejt skierowany na uchodźców, przyzwyczajamy się do przemocy. Jesteśmy o krok od ludobójstwa.

**
Tekst powstał ze współpracy z Minority Rights Group International.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać