Idee nie działają.
Same.
Ktoś musi stanąć za ideą.
Człowiek. Jeden lub wielu.

Idee pomagają wymyślić świat na nowo, kiedy trzeba to zrobić.
Ułatwiają zrozumienie, podtrzymują nadzieję, uwalniają od lęku.
Idee nie są odważne. Nie mają wyobraźni. Nie mają kolorów.
To człowiek, który stanął po stronie idei – jest bohaterem.

Zobaczył i pokazuje innym to, co niewidoczne.
Uwierzył, że utopia wypowiedziana dziś,
jutro może stać się barwną rzeczywistością.

Idee rodzą się z krytyki.
Powstają z myślenia.
A kiedy budzi się rozum, kończy się marazm.
Krytyczne myślenie napędza do działania.

Idee to słowa.
Które mają wartość i moc.
Nie chcemy ich tylko tworzyć ani bronić.
Zamierzamy je urzeczywistnić.

Dla Polski otwartej, zielonej i solidarnej.
Tworzonej wspólnie z wami.
Słowem i działaniem.

Przepisujemy idee na rzeczywistość.
Krytyka Polityczna

Świat

Co by powiedział polski Macron?

Gdyby tylko Polska nie łamała europejskiej solidarności, nie łamała prawa swojego ani unijnego, gdyby tylko wyszła z obecnego czarnosecinnego zaczadzenia – byłaby stabilnym i silnym partnerem w dziele transformacji Europy. Transformacji, która nie ma źródeł ani we francuskich, ani w niemieckich fantazjach o chwale, ale jest koniecznością.


Emmanuel Macron udzielił wywiadu tygodnikowi „The Economist”. I to jakiego! Od dwóch tygodni Europa przetrawia słowa francuskiego prezydenta na temat jej przyszłości, o znaczeniu NATO lub jego braku, o roli Francji oraz o roli Ameryki w sojuszu transtlantyckim. Zarówno krytycy, podejrzliwie spoglądający na francuskie pretensje do przewodzenia Europie, jak i życzliwi komentatorzy znajdą w nim niejedną inspirację do podważenia również swoich przekonań. Jak rzadko bowiem która wypowiedź Macrona dość wiernie oddaje europejskie nastroje. Zawiera właściwie diagnozę psychologiczną naszego kontynentu: oto Europejczycy zaczęli się czuć osamotnieni w groźnym otoczeniu i chcieliby na ten stan znaleźć sposób.

Można i warto przełożyć tę psychologię na terminy politologiczne. A zatem Europejczycy poddawani są obecnie dwóm trendom: „transakcyjnej polityce zagranicznej USA”, na którą Europa usiłuje z kolei reagować wezwaniem do uzyskania „strategicznej autonomii”.

Podział polityczny w Europie – szansa na postęp czy droga do katastrofy?

Prezydent Trump mówi mniej więcej tak: Stany Zjednoczone są wykorzystywane przez wszystkich, zwłaszcza w sprawach bezpieczeństwa. Koniec z tym, trzeba płacić. I wielokrotnie udowodnił w ostatnich latach, że biznesowe podejście do partnerów i konkurentów na świecie stosuje bez umiaru, choć najczęściej bez powodzenia. Korea Północna, Iran, Rosja, Kurdowie, Ukraina – to wszystko obiekty jego transakcyjnych zabiegów. Europejczykom nakazuje płacić na zbrojenia i ponosić większe koszty członkostwa w Sojuszu Północnoatlantyckim.

A kiedy państwa europejskie nie spełniają jego oczekiwań, na podorędziu ma tweet o „przestarzałym NATO” albo podważenie wprost mechanizmu artykułu 5 traktatu. Jak na przykład wtedy, gdy snuje rozważania, co by było, gdyby Czarnogóra, ten „kraj bardzo agresywnych ludzi”, doprowadził do wojny? Trump, oczywiście nieświadomie, powtarza tu dobrze znaną w Polsce kliszę: „dlaczego mamy umierać za Podgoricę?”.

Dla Europejczyków, przyzwyczajonych do Pax Americana na naszym skrwawionym, a dzięki Ameryce względnie bezpiecznym kontynencie, Trump jawi się nie tylko jako nierozumiejący świata nuworysz, ale przede wszystkim jako burzyciel porządku. Czują się zatem zmuszeni do znalezienia odpowiedzi, bo – tu znów wkracza psychologia – nawet jeśli Trump za rok przeminie, to amerykański duch zmiany się utrzyma.

Reakcja, z jaką teraz spotyka się amerykański prezydent, niemal w pełni odzwierciedla podział Europy zasygnalizowany ponad 15 lat temu przez wielkich intelektualistów: Derridę, Habermasa i Savatera: na Europę „nową” i „starą”. Podział ten bliski był również amerykańskiemu sekretarzowi obrony Rumsfeldowi, który prawił, że oto „nowa” Europa (z Polską w składzie) nabiera wagi, ponieważ sprzyja amerykańskiej inwazji na Irak. Również dzisiaj ta nowa Europa (a przynajmniej jej centralna i południowo-wschodnia część) w USA upatruje jedynego protektora przed Rosją i ochoczo wchodzi w transakcje z Trumpem. Czasem robi to przy pomocy służalczych gestów, obiecując „Fort Trump”, czasem poważniej, inwestując w sprzęt wojskowy od amerykańskich producentów.

A co na to stara Europa? Ustami Macrona wypowiada diagnozę: Ameryka trwale wycofuje się z Europy, musi zająć się Chinami, a my musimy szukać… no właśnie, strategicznej autonomii.

Autonomia ta nie dotyczy tylko spraw bezpieczeństwa i „twardej” obronności. W wywiadzie z Macronem pojawia się wątek globalnej rywalizacji technologicznej i wojskowej USA z Chinami, w której Europa nie może po prostu wybierać strony, ponieważ obie potęgi zmierzają do destabilizacji Unii. Padają w jego wypowiedzi również inne wyzwania-zagrożenia: migracje, demografia, handel prywatnością i oczywiście katastrofa klimatyczna.

Chiny – ostatnie mocarstwo z przyszłością?

czytaj także

Jeśli tylko uważny czytelnik przebrnie przez krytykę NATO i jego chęć zbliżenia z Rosją, to dostrzeże w wywiadzie cały katalog współczesnych problemów i propozycji rozwiązań. W zachodnich mediach sporo przychylnych komentatorów się już zresztą ujawniło, również przez swoje własne czyny i propozycje. Czymże innym są bowiem rzucane przez Annegret Kramp-Karrenbauer postulaty europejskiego wojska w Syrii czy nawet jej pomysły na „europejski lotniskowiec”? Choć brzmi to na razie mało konkretnie, a nieraz wręcz niepoważnie, to część Europy dostrzega problem i słucha Macrona.

Oczywiście w Polsce jest legion czytelników Macronowi nieżyczliwych i dla nich słowa o „śmierci mózgowej NATO”, o braku wiary w Stany Zjednoczone czy wreszcie ujawnienie przez francuskiego prezydenta problemów koordynacji i planowania w NATO w sprawie konfliktu turecko-syryjskiego są szokujące i niepotrzebne. Mimo że, jeśli wczytać się w rozmowę bliżej, Macron chwali również NATO za efektywność na poziomie wojskowym. Problem leży, jego zdaniem, wyłącznie w podejmowaniu decyzji o użyciu sił, nie w ich zdolnościach operacyjnych.

Pokonanie Kurdów oznacza powrót terroryzmu ISIS

Pamiętamy, że NATO jest i pozostanie azymutem polskiej polityki i filarem bezpieczeństwa, ale nie możemy nie dostrzegać, że próba znalezienia dla Sojuszu jednej spajającej idei istnienia trwa od trzech dekad. Przez 13 lat była nim interwencja w Afganistanie, ale to przecież mało strategiczny powód do jego funkcjonowania. Od roku 2014 stała się nim agresja Rosji na Ukrainę i powrót do idei „kolektywnej obrony”, ale właśnie na naszych oczach w Kongresie w Waszyngtonie usuwana jest ukraińska cegiełka tego zwrotu.

Nieważne bowiem, czy Trump przetrwa procedurę impeachmentu z powodu szantażu, jaki wobec Ukrainy chciał zastosować. Wiadomo natomiast, że filar nowej ukraińskiej polityki obronnej – powaga amerykańskiego patronatu militarnego – się kruszy i pęka z powodu demoralizacji amerykańskiego prezydenta. A NATO i Europa będą musiały reagować na tę zmianę, zwłaszcza jeśli Rosjanie wreszcie prawdziwie przetestują Trumpa w Ukrainie, wykorzystując jego i jej ujawnioną słabość. Od jakości tej reakcji zależy również bezpieczeństwo Polski.

Ukraina stawia na Trumpa

Zaraz po mocnej krytyce NATO Macron wraca do prezydenta Trumpa, mówiącego wyraźnie: „To wasze otoczenie jest problemem, nie moje. Terroryści pochodzą z Europy, nie z USA. To wasz problem, nie mój”. To znaczy: Trump nie chce płacić za europejskie bezpieczeństwo, więc po prostu czas na przebudzenie.

Gdyby odczytywać kasandryczne słowa Macrona tylko jako krytykę Trumpa, można by uznać, że nie jest źle, że transatlantycki sojusz wróci po jego kadencji do dawnej formy. Ale wywód trzeba czytać w całości, zwłaszcza te fragmenty, gdzie Macron analizuje długie trwanie amerykańskiego odwrotu. To mianowicie konsekwencje podziałów wprowadzanych przez ekipę Busha jeszcze przy okazji wojen w Iraku i Afganistanie. To katastrofalna niemoc Obamy w Syrii, wyznaczającego „czerwone linie”, za przekroczenie których przez Assada nie ukarano.

Prezydent Trump mówi mniej więcej tak: Stany Zjednoczone są wykorzystywane przez wszystkich.

Efektem ma być wizerunek „słabego Zachodu” i ośmielenie Putina do zajęcia miejsca USA w regionie bliskowschodnim, łącznie ze stacjonowaniem Rosjan w opuszczonych amerykańskich bazach (chyba trudno o większy afront). Odwrót Ameryki od Europy trwa zatem dłużej niż bieżąca, nieszczęsna administracja w Waszyngtonie. Co może wyróżniać Trumpa osobiście, to otwarte wsparcie dla unijnych rozrabiaków w rodzaju Nigela Farage’a.

Macronowska krytyka NATO jest oczywiście bolesna. Ale najdziwniejsze i groźne są dla polskiego czytelnika jego diagnozy roli Rosji w rozgrywce między Zachodem i Chinami oraz wezwanie do pokojowych, partnerskich relacji z Moskwą. Zaznacza przy tym, że nie chodzi mu o żaden kolejny „reset”. Ktoś powie, że z poglądów Macrona wyziera naiwny idealizm. Naprawdę brzmi on jednak jak najtwardszy i najbardziej klasyczny, pesymistyczny realista międzynarodowy.

Uznaje bowiem, że Rosja jest, jaka jest i że ma przed sobą trzy scenariusze: budowy mocarstwa, rywalizacji z Chinami w Azji albo balansowania między Chinami a Zachodem. Pierwsze dwie uznaje za już niemożliwe, z racji zacofania Rosji i przyczyn demograficznych. W trzecim wariancie proponuje zaś Rosji pozycję Francji jako promotora normalizacji stosunków. Ta propozycja oparta jest nie na doświadczeniu niedawnej przeszłości rosyjskich zachowań, ale na wyobrażeniu logiki rosyjskiej przyszłości.

Chiny i Rosja: najlepsi z najgorszych przyjaciół

Prezydent Francji wyobraża sobie, że Rosja powinna być zainteresowana współpracą, bo dzieli z Zachodem podobne wyzwania. I w tej właśnie części wywiadu Macron wypowiada swoje rosyjskie credo: jesteśmy skazani na współpracę, choć to długotrwały proces, który zmaterializować się może nawet za dekadę. Owe „10 lat” jest zresztą charakterystyczne, bo to brzmi, jakby współpraca miała odbywać się już po Putinie. Bo były kagiebista na Kremlu ma swoje specyficzne fobie i styl działania, ale przecież na nim się Rosja nie kończy.

W kolejnych zdaniach Macron niebezpiecznie zbliża się jednak do myślenia niczym Russlandversteher i pyta: jakich gwarancji Putin potrzebuje? Po czym sam podaje znaną skądinąd odpowiedź: żadnego postępu w odbieraniu Putinowi stref wpływów w bliskiej zagranicy… Brzmi znajomo? Tymi argumentami posługiwali się klasyczni amerykańscy konserwatyści-realiści w rodzaju Johna Mearsheimera, którzy odradzali rozszerzanie NATO jeszcze w latach dziewięćdziesiątych XX wieku.

Dobrze, że Polska jest już po drugiej stronie.

Pussy Riot: Jeśli zechcą, to dorwą cię wszędzie. Nie wyjeżdżam z Rosji

I właśnie w tym momencie wywiadu przywoływani jesteśmy przez Macrona z odcieniem dezaprobaty, jako kraj, nad którym trzeba popracować… przy pomocy Viktora Orbána (nisko upadliśmy w oczach Francuzów). Takie słowa uruchamiają, rzecz jasna, sumę polskich lęków, wszystkie polskie reminiscencje roku 1939 i rzekomej zdrady Francji i Wielkiej Brytanii: „znowu chcą nas przehandlować”.

Polscy komentatorzy wywiadu Macrona w zasadzie jednogłośnie go potępili, jako nierozumiejącego „prawdziwej natury” Rosji i rozbijającego NATO, idącego „w objęcia Putina”. Macron w tej narracji, naiwny Francuzik, zderza się z polskimi znawcami Rosji, którzy dostrzegają w Putinie egzystencjalne zagrożenie.

W zasadzie nie ma możliwości rozsądzenia sporu na takim poziomie, za którym stają narodowe emocje, lęki i geograficzne położenie. Kilka rzeczy warto jednak przypomnieć. Polska jest państwem o silnej gospodarce, silnych instytucjach publicznych, niezłej armii, państwem od dawna umocowanym w sojuszach i uniach. Państwem, na terenie którego Amerykanie budują swoje bazy antyrakietowe, co jest silniejszą gwarancją trwałości zobowiązań nawet niż stacjonowanie 5 tysięcy żołnierzy. Chciałoby się więc rzec: więcej odwagi! Nie jesteśmy jeszcze państwem upadłym, na którym mogą żerować drapieżnicy-pantofagi w rodzaju Putina. To po pierwsze.

Kreml może teraz legalnie rozmieszczać rakiety, które sięgają każdego celu w Europie

Po drugie, Macron w całym wywiadzie brzmi jak Europejczyk i zarazem francuski mocarstwowiec. To rzecz wciąż u nas jeszcze nieznana, bo my jesteśmy po pierwsze i po ostatnie Polakami, z tożsamością europejską traktowaną jako coś zewnętrznego. Tymczasem Macron przez dłuższą chwilę rozważa europejską „potęgę i suwerenność” i podkreśla, że nie mówi tego po to tylko, by promować Francję. Owszem, Francja chce przewodzić Europie i narzucać jej swoją integracyjną agendę gospodarczą, fiskalną, również wojskową. Ale Francja chce jej przewodzić w zmienionych europejskich i transatlantyckich okolicznościach.

No bo kto ma to robić, jeśli Stany Zjednoczone patrzą w inną stronę, Brytyjczycy się właśnie spektakularnie ośmieszają, Niemcy zwalniają gospodarczo i trzeszczą politycznie, o mizerii Włoch czy Hiszpanii nie wspominając? Jedyne państwa stabilne i z perspektywą przewidywalności na kolejne trzy, cztery lata to przecież Francja, Beneluks, Skandynawia i… Polska. Zauważmy, że to one właśnie (niestety poza Polską) tworzą grupy nowych pozaunijnych i pozanatowskich sił zbrojnych w ramach inicjatyw European Intervention Initiative (francuska) oraz Joint Expeditionary Force (brytyjska).

Jak Europa Bałkany do wiatru wystawiała

czytaj także

Gdyby tylko Polska nie łamała europejskiej solidarności, nie łamała prawa swojego ani unijnego, gdyby tylko wyszła z obecnego czarnosecinnego zaczadzenia – byłaby stabilnym i silnym partnerem w dziele transformacji Europy. Transformacji, która nie ma źródeł ani we francuskich, ani w niemieckich fantazjach o chwale, ale jest koniecznością. Z powodu moralnego upadku przywództwa amerykańskiego, globalizacji, wzrostu Chin znaleźliśmy się bowiem w świecie dynamicznym, gdzie nie ma podmiotowości dla pojedynczych aktorów: Francji, Niemiec czy Polski.

Nadchodzi zmiana, nadchodzą konflikty klimatyczne, kryzysy demograficzne i cybernetyczne, tymczasem głównym zmartwieniem polskiej polityki zagranicznej jest zardzewiały wrak samolotu albo incydentalna mapka Polski w Netfliksie. Polska wybrała jedno tylko zagrożenie, przed którym należy się ubezpieczać: zagrożenie ze strony Rosji. W efekcie militaryzujemy w zasadzie całą swoją politykę zagraniczną, przy czym miarą skuteczności i odpowiedzią na wyzwania globalne stało się rozważanie, czy 4 tysiące amerykańskich żołnierzy stacjonuje tu na stałe czy na chwilę. I czy mamy te cholerne wizy do USA.

Wywiad z Macronem wywołuje jeszcze jedną refleksję. Ależ ten człowiek ma intelektualny format! W Polsce, gdzie polityczni liderzy kształcili się albo jako historycy, albo prawnicy, ten absolwent filozofii i student administracji może budzić zawstydzenie. Polskie elity wydają się przez swoje wykształcenie albo zwrócone ku przeszłości, albo ku posłuszeństwu. Filozof Macron zdaje się widzieć głębiej i z niuansami sprawy współczesne. Owszem, jego tezy mogą wydawać się kontrowersyjne, ale jednak ten rozmach…

Było również w Polsce przemówienie rozmachem przypominające opowieść Macrona, mianowicie mowa Donalda Tuska na Uniwersytecie Warszawskim, ale jej głębia została przykryta antyklerykalną tyradą Leszka Jażdżewskiego. Słuszną całkowicie, ale jednak nie ma nic gorszego niż support głośniejszy od gwiazdy.

Na lewicy i w liberalnym centrum pojawiają się kandydaci z błyskotliwymi uwagami o rzeczywistości zewnętrznej i krajowej, ale brakuje im jeszcze tego, co Macron już posiada w nadmiarze: powagi oraz zrozumienia państwa i siły jego instytucji, zwłaszcza roli sił zbrojnych i uznania, że idealizm jest komiczny, jeśli nie stoi za nim siła. Sam słyszałem od jednego z tych „polskich Macronów” szlachetną propozycję, by polska polityka zagraniczna promowała powstanie państwa kurdyjskiego. Piękny idealizm, ale pozbawiony siły i sprytu.

Na tych łamach jeden z liderów nowej lewicy (choć średnio-starszego pokolenia) postulował odejście od 2% finansowania wojska, bo są ważniejsze wydatki. Również słuszne to i piękne zaprawdę, choć kompletnie niepoważne.

Armia europejska, czyli konkretnie co?

czytaj także

Armia europejska, czyli konkretnie co?

Dominika Gmerek-Pęczek

Konserwatywne centrum zdaje się natomiast dyskusję o polityce zagranicznej Polski traktować bardziej jako narzędzie walki z PiS niż jako wyraz stosunku do wyzwań współczesności. A PiS z kolei polityki zagranicznej nie uprawia w ogóle i tkwi w słowiańskim przykucu przy biurku Trumpa.

Na razie więc „polskiego Macrona” brakuje. Ale co by mógł powiedzieć, by przyciągnąć uwagę Polaków i świata? Jakie nowe postulaty dotyczące miejsca Polski stawiałyby dotychczasowe przyzwyczajenia w kłopocie, choć być może wyrywały Polskę z niemocy decydowania o miejscu w świecie?

Uchodźcy na krawędzi Europy. Jak polska polityka sięga greckich wysp

Może takie zdania na początek, bez hierarchii ważności i rozwinięcia:

I. Zmienić politykę zagraniczną wobec Rosji na równie twardą, ale już nie zmilitaryzowaną, tylko zniuansowaną i z różnymi instrumentami. Nie reagujmy na każde posunięcie rosyjskie wezwaniem do rozmieszczenia kolejnych amerykańskich brygad w Polsce, bo one nie przyjadą. Rosję trzeba rozumieć, przeciwstawiać się jej agresywnym ruchom, ale się jej nie bać. Rosja żeruje na polityce sąsiadów lub na jej braku, a nie jest siłą pozytywnej zmiany cywilizacyjnej.

II. Śmielej używać sił zbrojnych w misjach zagranicznych, uczynić z nich instrument wiązania się z partnerami zagranicznymi poprzez udział w amerykańskich i europejskich inicjatywach interwencyjnych.

III. Podporządkować politykę wsparcia rozwojowego i humanitarnego celom zasadniczym, a nie promocji Polski. To będzie autentyczne i efektywne.

IV. Przyjmować migrantów i tworzyć dla nich społeczne, prawne i kulturowe warunki do osiedlenia, asymilacji i pracy. Od nich zależy nasz rozwój gospodarczy, służba zdrowia i ubezpieczenia społeczne.

V. Zrównoważyć partnerstwo z USA poparciem i aktywną realizacją integracji europejskiej. Szukać spoiw dla NATO.

VI. Zrekompensować żydowskim obywatelom RP i PRL straty materialne w II wojnie światowej i po jej zakończeniu.

VII. Wyrzec się polityki pretensji historycznych w każdym wymiarze, wewnątrz i na zewnątrz.

IX. Prowadzić gwałtowną i radykalną politykę wewnętrzną i zewnętrzną przeciwdziałania katastrofie klimatycznej. Budować elektrownie atomowe.

XI. Tworzyć i promować Trójkąt Atlantycki: Warszawa–Waszyngton–Berlin jako arkę przechowania relacji transatlantyckich, zwłaszcza wojskowych, do lepszych czasów.

XII. Współdziałać z Emmanuelem Macronem.

***

Materiał powstał w ramach projektu Gra o Europę, gra w Europie finansowanego ze środków Fundacji im. Róży Luxemburg.

Bio

Piotr Łukasiewicz

| Dyplomata, analityk Global.Lab
Jest byłym dyplomatą wojskowym i cywilnym, pułkownikiem rezerwy i ostatnim ambasadorem Polski w Afganistanie, gdzie spędził w sumie 7 lat. Współpracuje z fundacją Global.Lab.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.