Świat

Indie i Bangladesz wracają do pracy na jeszcze gorszych warunkach

Fot. Shubham Verma/Unsplash

Milionom robotników w Indiach z dnia na dzień odebrano prawa pracownicze. Władze stanowe mówią im, że w kryzysie nie ma innego wyjścia. W Bangladeszu nie wygląda to wiele lepiej.

Po prawie dwóch miesiącach lockdownu i mimo wzrostowej wciąż tendencji zachorowań Azja Południowa stopniowo wraca do pracy. Działają już plantacje herbaty w Indiach i szwalnie w Bangladeszu. Nie dlatego, że jest bezpiecznie, ale w obawie przed utratą inwestycji. Żeby przekonać firmy do pozostania i przyciągnąć nowe, niektóre z władz stanowych w Indiach proponują zniesienie kodeksu pracy i wymogu zdobywania pozwoleń na działalność przemysłową, a Bangladesz straszy szwaczki, że jeśli będą protestować, fabryki lada chwila przeniosą się gdzieś indziej.


Po cichu, w cieniu pandemii, setki milionów pracowników skazywanych jest na niewolnictwo. I chociaż warunki ich pracy były bardzo trudne już wcześniej, w kryzysie testuje się, jak bardzo można jeszcze obniżyć standardy.

Z powodu lockdownu najkrócej – bo 3 tygodnie – nie pracowały w Indiach gospodarstwa rolne i plantacje, w tym te herbaciane – ważne źródło twardej waluty. W sytuacji epidemii warunki pracy w rolnictwie są bezpieczniejsze niż w przemyśle, a produkcja żywności jest niezbędna. Ale czy każda?

Herbatę Indie produkują głównie na rynek wewnętrzny, ale największy zysk czerpie się z eksportu, ponieważ za granicę trafia najlepszy jakościowo i najdroższy produkt. Plantatorzy już od pierwszych dni lockdownu domagali się wyłączenia z niego ich upraw w związku z trwającym w niektórych regionach sezonem zbiorów. Stawką były zarówno tegoroczne zyski, jak i przyszłość handlu. Indie mają dziś bowiem poważnych konkurentów na międzynarodowym rynku herbaty: nie tylko Chiny czy Sri Lankę, ale też Kenię, Wietnam i Mjanmę, które produkują taniej.

Lobbing się powiódł i robotnicy wrócili na plantacje. Pracują na takich samych warunkach, na jakich z dnia na dzień pracę stracili, czyli za bardzo niskie dniówki, których wysokość uzależniona jest od zbioru. Za czas lockdownu nie dostaną nic. A lokalne organizacje pozarządowe, które już wcześniej alarmowały o problemach zdrowotnych z powodu trudnych warunków pracy, obawiają się, że koronawirus na tych terenach może zebrać śmiertelne żniwo.

W podobnych warunkach pracę zaczęły szwaczki w Bangladeszu. Większość fabryk nowe zasady bezpieczeństwa wdrożyła tylko na papierze, mimo że szwalnie są nie tylko dużymi skupiskami ludzi, ale większość z nich jest też usytuowanych obok siebie, w kilku regionach kraju, a głównie na obrzeżach stolicy. To potencjalnie największe ognisko pandemii na świecie. W przeciwieństwie do pracowników indyjskich plantacji szwaczki (te legalnie zatrudnione) dostaną 65 procent pensji za kwiecień.

Jeszcze przed pandemią władze Bangladeszu musiały aktywnie zabiegać o zagraniczne kontrakty, chcąc dalej rozwijać branżę tekstylną. Coraz lepiej zorganizowany ruch pracowniczy regularnie walczy bowiem o poprawę warunków pracy i wzrost płac (podwyżki jednak ledwie nadążają za inflacją), a to sprawia, że wiele zachodnich firm odzieżowych wybiera dziś fabryki w Mjanmie czy Wietnamie. Pandemia tylko zaostrzy niechlubną rywalizację o to, który z tych krajów ma najtańszą siłę roboczą.

Koniec lockdownu będzie jednak największym szokiem dla pracowników przemysłu w niektórych stanach Indii. Liczący 200 milionów mieszkańców stan Uttar Pradeś proponuje firmom aplikowanie o zwolnienie na trzy lata z przestrzegania prawie wszystkich regulacji prawa pracy. Podobnie postąpiły inne ubogie regiony zachodu i centrum kraju: Madhja Pradeś (populacja 72 mln), Radźasthan (68 mln) i Gudźarat (60 mln).

Dlaczego setki kobiet w Indiach protestowały, spędzając noc w parkach miejskich?

Uttar Pradeś zniósł też wymóg części pozwoleń na działalność przemysłową. Równolegle władze tego stanu prowadzą umiejętną politykę informacyjną. Ich doradcy ekonomiczni przekonują, że Indie mogłyby zyskać 2,8 miliona nowych miejsc pracy, gdyby nie restrykcyjne prawo pracy, które zniechęca inwestorów. Mówią też robotnikom, że nowe rozwiązanie jest na ich korzyść. Utrzymany zostaje bowiem wymóg wypłacania płacy minimalnej i zapłaty na czas.

Mniej atrakcyjnie przedstawia się jednak informacja, że za tę samą pensję będą musieli pracować nawet 50 procent dłużej. I mimo że władze zapewniają, że bezpieczeństwo i higiena pracy pozostaną zachowane, trudno uwierzyć, że przy tak probiznesowym podejściu i znoszeniu wymogów dotyczących pozwoleń ktokolwiek będzie chciał kontrolować fabryki, a tym bardziej karać firmy.

Po cichu, w cieniu pandemii, setki milionów pracowników skazywanych jest na niewolnictwo.

Obrazu sytuacji robotników w Azji Południowej dopełnia wydarzenie ostatnich tygodni niezwiązane bezpośrednio z koronawirusem, ale pokazujące, co może czekać Indie na większą skalę, jeśli dojdzie do obniżenia standardów działania przemysłu i reakcji władz na łamanie prawa przez korporacje. 7 maja wyciek gazu z fabryki pestycydów w Wiśakhapatnam zabił 13 osób, a ponad tysiąc trafiło do szpitali. Jak się wkrótce okazało, fabryka należąca do południowokoreańskiego giganta LG Chem nie miała kompletu pozwoleń na prowadzenie działalności.

Powróciły najgorsze skojarzenia z Bhopalem, gdzie w wyniku ulotnienia się gazu z fabryki pestycydów w 1984 roku zginęły 4 tysiące ludzi, a setki tysięcy zachorowało. Również wówczas właściciel fabryki – amerykańska korporacja Union Carbide – działał ponad prawem. Aktywiści broniący praw człowieka uważają, że władze, obawiające się pogorszenia relacji z inwestorami, zrobią teraz wszystko, żeby nikt nie został ukarany za wyciek w Wiśakhapatnam.

„Barbarzyństwo”, „niewolnictwo”, „działanie rzadko spotykane nawet w niedemokratycznych krajach” – grzmią przeciwnicy ustaw antypracowniczych z różnych stron sceny politycznej w Indiach. Ogólnonarodowy protest zapowiada prawicowa organizacja RSS, ale również lewicowe związki zawodowe. Partie opozycyjne napisały do prezydenta żądając interwencji, a w Sądzie Najwyższym, który stoi na straży indyjskiej konstytucji, został już złożony pozew o jej złamanie.

Najciemniejsza dekada indyjskiej demokracji

Wszystkie te działania mogą się jednak okazać bezskuteczne, bo ustawy, które tak wielu bulwersują, są uchwalane przez władze stanowe zdominowane przez polityków należących do rządzącej krajem Indyjskiej Partii Ludowej (BJP). Stojący na jej czele premier Narendra Modi nie raz pokazywał, że idzie swoją drogą, nie oglądając się na głosy protestujących. Do tej pory ta polityczna zuchwałość mu się opłacała: w zeszłorocznych wyborach uzyskał lepszy wynik niż pięć lat wcześniej i BJP rządzi dziś samodzielnie.

Świat zajęty walką z pandemią też się pewnie nieco mniej przejmie warunkami pracy w Indiach i Bangladeszu niż w przeszłości, kiedy od czasu do czasu interesował się np. losem zatrudnionych w przemyśle odzieżowym. Z perspektywy Europy ta zmiana na gorsze może nie wydawać się też szczególnie dramatyczna, skoro wcześniej i tak było źle.

Bangladesz: Droga tania praca

czytaj także

Bangladesz: Droga tania praca

Sadika Akhter, Ruchira Tabassum Naved

W Azji Południowej ubóstwo jest jednak dużo bardziej stopniowalne i różnorodne, niż może się wydawać, a każdy zdecydowany krok wstecz w zakresie prawa pracy budzi najgorsze skojarzenia z kolonialną eksploatacją. Ile lat zajmie teraz powrót do sytuacji sprzed kryzysu? Władze deklarują, że trzy lata. Jedno jest pewne: wielu robotników tego po prostu nie dożyje.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Weronika Rokicka

| Indolożka, politolożka
Doktor nauk humanistycznych, absolwentka indologii i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim, obecnie adiunktka na Wydziale Orientalistycznym UW; jako stypendystka rządu indyjskiego i programu Erasmus Mundus razem dwa lata studiowała w Indiach i Nepalu. W latach 2011-18 pracowniczka polskiej sekcji Amnesty International, gdzie zajmowała się obszarem praw kobiet i dyskryminacji. Ze względu na zainteresowania naukowe i pracę zawodową blisko śledzi stan przestrzegania praw człowieka i sytuację polityczną w Indiach, Nepalu i Bangladeszu, w tym szczególnie problematykę praw kobiet i przemocy wobec kobiet.