Kraj, Nauka

Czy czeka nas pandemia otyłości wśród dzieci?

„Nie do końca wierzę, że władze po pandemii skupią się na tym, żeby odbudować zdrowie i aktywność fizyczną najmłodszych i najstarszych” – mówi dr n. med. Michał Brzeziński, pediatra badający otyłość i sprawność fizyczną dzieci i młodzieży.

Joanna Wiśniowska: Wśród dziewczynek jest „większy problem” z otyłością niż wśród chłopców?

Michał Brzeziński: Będę uciekał od tej wypowiedzi ministra Czarnka. Miałem okazję czytać tylko stenogram.

Dlatego celowo nie podaję autora słów, tylko pytam, czy to prawda.

Wiem, ale na tak postawione pytanie nie da się łatwo odpowiedzieć.

To jak je postawić?

To kwestia grupy wiekowej, w której oceniamy. U małych dzieci, do 6.–7. roku życia różnicy realnie nie ma. Mamy dość dobre polskie badania sprzed kilku lat realizowane przez Instytut Matki i Dziecka, z których wynika, że dziewczynki nie mają większych odchyleń od normy masy ciała niż chłopcy.

Kiedy to się zmienia?

W grupie wiekowej do 12. roku życia dziewczynki mają większą masę ciała niż chłopcy. Ale znowu w przedziale wiekowym 13–14 są proporcjonalnie szczuplejsze. Częściowo jest to związane z tym, że dziewczynki szybciej kończą dojrzewać i bardziej zwracają uwagę na swoją masę ciała. Więc próba różnicowania, „kto ma większy problem”, jest sztuczna i do niczego nie prowadzi. U jednej i drugiej płci odsetek dzieci z nadwagą i otyłością jest zdecydowanie za wysoki.

Kiedy różnicujemy, umyka nam problem?

Tak, rozmawiamy o szczegółach, a nie o ogółach. Dobrze zbadana jest grupa 8-latków, w której 32 proc. chłopców ma nadwagę lub otyłość, u dziewczynek – 29 proc. Najważniejszy wniosek jest taki, że co trzecia osoba w tej grupie ma nadwagę lub otyłość. To za dużo.

Jak rozwiązać „większy problem” ministra Czarnka?

To się zmieniło w ciągu ostatnich dekad?

Nie mamy w Polsce dobrych danych na ten temat. Są tylko badania regionalne: krakowskie i poznańskie. One pokazują, że od lat 70. odsetek dzieci z nadwagą i otyłością nawet się podwoił. A jeśli chodzi już o samą otyłość, jest on nawet czterokrotnie wyższy niż pół wieku temu. Z kolei w danych z Gdańska z grup wiekowych 6–7 i 12–14 nie mamy wyraźnej tendencji wzrostowej.

To pewnie tendencja, która dotyczy całej Polski?

Dużych miast, bo sytuacja na wsi jest inna. W ostatnich latach tempo przyrostu dzieci z otyłością jest dużo większe w obszarach wiejskich niż w dużych miastach.

Z czego to wynika?

Tego do końca nie wiemy. Ale pewnie da się to uzasadnić np. tym, że w mieście ma się dostęp do ośrodków sportu, rekreacji czy aktywnych form spędzania wolnego czasu. Natomiast w mniejszych miejscowościach czy na wsiach, jeśli nie jest się dzieckiem aktywnie wspierającym rodziców na roli, to nie ma tylu miejsc, gdzie wydatkuje się swoją energię w sposób zorganizowany. Ale ogólnopolskich, dobrych danych na to nie mamy. Fundacja Medicover prowadziła na grupie 14-latków z Lublina i okolic badania i wyszło z nich, że większy odsetek nadwagi i otyłości jest wśród mieszkańców okolic miasta.

A jak wypadamy na tle krajów europejskich?

Nie ma za dużej różnicy. Jesteśmy wysokorozwiniętym społeczeństwem, więc odsetek dzieci z nadwagą jest u nas podobny do europejskiej średniej. Niektóre kraje, zwłaszcza skandynawskie, podjęły kilka lat temu działania, żeby zmniejszyć ten odsetek, wprowadzono kompleksową politykę w zakresie żywienia dzieci, aktywności fizycznej w szkołach. Ale w samej Europie odsetek ten rośnie, także w Polsce.

Mamy w Polsce plagę nadwagi i otyłości wśród dzieci?

Tak, ta tendencja nawet nie jest jakaś bardzo dynamiczna – to 1–2 proc. w skali co pięć lat – ale przez te ostatnie dekady dużo dzieci się nazbierało. Mamy więc problem, jednak nie jest on nowy, czas najwyższy zacząć go zauważać. Pandemia w tym nie pomaga, znacząco ograniczyliśmy dzieciom możliwość zużycia energii.

Czarnek, przestań mi tu dziewczynki prześladować!

A czy nadwaga wśród coraz młodszych dzieci to coraz większy problem?

Tak, i to z dwóch powodów. Po pierwsze, jeszcze 20–30 lat temu nie było tylu dzieci, które w wieku wczesnodziecięcym cierpiały na otyłość. Po drugie, ta otyłość będzie dłużej trwała i relatywnie w młodszym wieku da negatywne skutki zdrowotne na przyszłość – zawały serca, udary mózgu czy inne choroby związane z otyłością, które objawiały się do tej pory u 50–60-latków. Teraz mają niestety szansę pojawić się w młodszych grupach wiekowych, właśnie ze względu na to, że choroba otyłościowa trwa u nich dłużej. A potem pojawiają się kolejne choroby, jak nadciśnienie tętnicze, cukrzyca, niewydolność serca. To kiedyś były choroby typowe dla osób w wieku seniorskim, wkrótce będą pojawiały się u 30-latków i to nie w skali incydentalnej, ale masowej. To ogromny problem. Ci młodzi ludzie będą mieli krótszą przewidywalną długość życia i prawdopodobnie gorszą jego jakość.

Jest jeszcze inny aspekt – nasze społeczeństwo będzie pozbawione najlepszych lat życia swoich obywateli. Nie będą mogli dokładać się ekonomicznie, społecznie czy cywilizacyjnie do społeczeństwa. A z drugiej strony wszyscy będziemy ponosili koszty związane z ich leczeniem. To nie jest tylko indywidualny problem, choć jest to indywidualna choroba, która bardzo mocno będzie odbijać się na wszystkich.

Ortopedzi też wspominają, że do tej pory 30-latkowie nie byli ich częstymi klientami, ale to już się zmieniło.

To kolejna kwestia, która wiąże się z otyłością – aspekt fizyczny. Nasze organizmy są przyzwyczajone do ruchu, nauczone są ruszać się do kilkunastu godzin dziennie. Natomiast w XXI wieku nie mamy potrzeby poruszania się kilka godzin dziennie w sposób aktywny. Bo trudno ruchem nazwać zjechanie windą do garażu, gdzie mamy zaparkowany samochód, albo życie na trzech fotelach – w domu, samochodzie i pracy. Ilość wysiłku fizycznego jest niższa, niż była 20–30 lat temu.

Akademia Wychowania Fizycznego w Warszawie co 10 lat ocenia wydolność fizyczną u dzieci. Z badań wynika, że jest ona coraz gorsza, a co za tym idzie, gorsza jest sprawność fizyczna i siła mięśniowa, a więc i gotowość do zadbania o swój kręgosłup. Podstawą dbania o kręgosłup są mięśnie przykręgosłupowe. Jeśli nie będą one wytrenowane, to u młodszych dzieci będziemy mieć różnego rodzaju deformacje i wady postawy. A u 30–40-latków będziemy już mówić o chorobach, choćby o zespołach bólowych kręgosłupa. To wszystko jest bardzo powiązane z tym, czy ruszaliśmy się w dzieciństwie. Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci.

Zazwyczaj osoby, które mają nadwagę jako dzieci, mają nadwagę jako dorośli?

Tu jest mocna korelacja. Otyły 6-latek ma 70 proc. szans, żeby zostać otyłym nastolatkiem, a otyły nastolatek na 80 proc. będzie otyłą osobą dorosłą. Ryzyko jest więc bardzo duże. Często traktujemy otyłość w kategoriach estetyki, natomiast to jest choroba, która wymaga zaangażowania i odpowiedniej formy terapii.

Czyli kłopot z otyłością nie leży w lenistwie, jak niektórzy stereotypowo powtarzają?

Absolutnie nie. To forma obrony przed tym, co sami robimy, mówimy: „oni są leniwi, dlatego są otyli”.

To na zasadzie: „oni są biedni, bo są leniwi”.

Właśnie tak. Tylko pamiętajmy o zasobie. Dzieci Kulczyka czy Gatesa mają inny punkt startowy, żeby zostać bogatymi. Najwyższy odsetek otyłości jest wśród osób o najniższym statusie ekonomicznym i najniższym wykształceniu. I to się pokrywa praktycznie we wszystkich społeczeństwach, a już zwłaszcza w krajach rozwiniętych. Jeśli mamy odpowiednie wykształcenie, zaplecze intelektualne, pewien poziom świadomości u rodziców, to oni będą dbali np. o wyżywienie.

Ale rodzice często nie są świadomi, że powinni odżywiać się inaczej. Niektórzy inwestują w dobry telewizor czy inny sprzęt, co oczywiście każdemu się należy, ale nie mają świadomości, jak zadbać o to, co jedzą. Lenistwo nie jest więc dobrym wytłumaczeniem otyłości, bardziej brak świadomości, wiedzy, często możliwości zadbania o swoją aktywność fizyczną i właściwą dietę. I jest jeszcze coś, co często się pomija: pytanie o powód.

Powód?

Tyjemy z jakiegoś powodu i nie ruszamy się z jakiegoś powodu. Jemy niezdrowo i tłusto z jakiegoś powodu i nim może być albo brak wiedzy, albo to, że jedzenie spełnia jakąś funkcję, daje poczucie akceptacji, bliskości czy zadowolenia. To, że ktoś spędza czas przed telewizorem, wynika np. z tego, że nie ma warunków, żeby skorzystać z jakiejś formy aktywności fizycznej. To nie musi być obiektywnie prawda. To nie musi być tak, że miasto czy miasteczko nie oferują żadnych możliwości, po prostu ta osoba nawet nie wie, że one są dostępne, albo nie chce się dowiedzieć.

Mówi pan o dorosłych, od dzieci trudniej tego wymagać.

Ale dziecko jest kopią dorosłego. Jeśli nasi rodzice się nie ruszają, to my też nie będziemy się ruszać.

Jeśli rodzice nie czytają, też większe prawdopodobieństwo jest, że nie będziemy czytać.

Tak. Podobnie z jedzeniem. Jeśli nie jedzą zdrowo, nie będziemy jeść zdrowo. Jeśli w domu jest alkohol, to dzieci też częściej po niego sięgną, niż w domu, gdzie go nie ma. Wzorce zachowań to gen społeczny, który przechodzi z pokolenia na pokolenie, i bardzo trudno jest się z tego wyrwać. Trzeba być naprawdę świadomą osobą.

Dlaczego biedni są grubi?

Rodzice często nie widzą, że jest problem z masą u ich dziecka?

W Gdańsku prowadziliśmy badania dotyczące świadomości rodziców w kwestii ciała ich dzieci. Często rodzic widzi swoje dziecko w krzywym zwierciadle. Dla niego jest ono szczuplejsze, niż jest w rzeczywistości. Pracuję na oddziale szpitalnym, pojawiają się u nas rodzice z dzieckiem, mówimy im: „Poradzimy sobie z daną chorobą, ale dziecko jest również chore na otyłość”.

I co na to dorośli?

Są bardzo zdziwieni i skonfundowani, dlaczego my w ogóle poruszamy ten temat, skoro oni przyszli z czymś zupełnie innym. Trzeba im tłumaczyć, że np. kamica pęcherzyka żółciowego wynika właśnie z otyłości dziecka.

I wtedy co?

Odpowiadają: „ale przecież to tylko kilka kilogramów za dużo, dajcie spokój, nie róbcie afery”. W naszym języku otyłość zawsze kojarzy się z czymś gorszym, to określenie o pejoratywnym zabarwieniu. Odbierane jest jako kalumnia, a nie stwierdzenie faktu, tymczasem to termin medyczny.

Minister Czarnek jako sposób walki z otyłością proponuje więcej zajęć sportowych. Super pomysł, ale czy w naszym systemie to coś da?

Jak już wspominałem, im młodsze dziecko, tym większa potrzeba ruchu, trzeba w nim wówczas budować chęć do aktywności. Więcej SKS-ów to fajny sposób, natomiast poza ilością bardzo istotna jest jakość tych zajęć. Dorzucenie godzin do grafiku na zasadzie „idźcie się poruszać” to nie jest rozwiązanie. Aktywność trzeba budować na podstawie tego, co dzieci interesuje, czego oczekują, i robić wszystko, żeby je ta aktywność interesowała. To wymaga dużego nakładu pracy.

Chyba trzeba też zmienić podstawę programową?

Tak. Musi być ona na tyle zmodyfikowana, żeby nauczyciele mogli i chcieli podejmować nowe działania.

Jak zostałem wiejskim trenerem karate

A co z dziećmi z nadwagą na lekcjach WF-u, gdzie ocenia je się za sprawność fizyczną, którą mają mniejszą, bo chorują. Może z tym trzeba coś zrobić?

To trudny temat. Z jednej strony musimy od nich oczekiwać zaangażowania i chęci do podejmowania wysiłku. Z drugiej – musi on być dopasowany do możliwości. Powinniśmy oceniać za zmianę, progres, a nie za ilościowe efekty. Moim zdaniem ocenianie zajęć z wychowania fizycznego to pomyłka. Równie dobrze możemy oceniać dzieci za to, co kto przyniósł do szkoły do jedzenia. Swoją drogą, kiedyś prowadzono rozmowy, czy dla dzieci z nadwagą i otyłością tworzyć oddzielne zajęcia.

To byłaby stygmatyzacja.

Tak, to zamykanie ich w kolejnych enklawach, mówienie, że nie są zdatne czy godne ćwiczyć z dzieciakami szczupłymi. To nie jest rozwiązanie. Raczej dążmy do takiego dostosowania zajęć z wychowania fizycznego, żeby było tam miejsce dla wszystkich dzieci. A dzieciakom z nadwagą zaproponujmy taki system terapii, który pomoże w zwiększeniu ich pozaszkolnej aktywności fizycznej. Tylko w ten sposób mogą wyrównać swoje deficyty oraz dorównać kolegom i koleżankom, którzy nie mają z tym problemu.

To prawda, że Polska ma największy odsetek dzieci odchudzających się?

Nie znam takich danych, ale nie sądzę. Pamiętajmy, że nastolatki odchudzają się samodzielnie. Wchodzą w diety, które mają eliminować kalorie, albo – co gorsza – kupują leki czy suplementy niewiadomego pochodzenia. To pokazuje, że dzieciaki mają problem, mają pewną świadomość, ale nie wiedzą, jak sobie radzić.

Musimy dać im wsparcie i możliwości, a większość lekarzy rodzinnych nie jest przygotowana do pełnienia funkcji lidera wsparcia z zakresu redukcji masy ciała, czy szerzej – zmiany stylu życia. Tak samo zresztą jest z rodzicami. Młodzież sięga więc do źródeł, które są im dostępne, do internetu. W Polsce dostęp do bezpłatnego dietetyka, finansowany w ramach ubezpieczenia zdrowotnego, nie istnieje. Nikt nie oferuje młodzieży możliwości darmowej konsultacji.

Jest pan w grupie, która realizuje międzynarodowe badanie dotyczące aktywności fizycznej dzieci w czasach COVID-19. Pandemia pogorszyła sytuację?

Właśnie prowadzimy drugą turę badań, pierwsza odbyła się w maju ubiegłego roku. Już wtedy rodzice alarmowali, że dzieciaki znacząco mniej się ruszają. Co oczywiste, dzieci więcej korzystały ze sprzętów typu tablet czy komputer. Teraz pytamy, co się zmieniło po blisko roku. Za kilka tygodni zamkniemy badania. Ciekawi jesteśmy, czy dzieciaki wróciły do aktywności fizycznej, którą miały przed pandemią. Jeśli dalej utrzymują poziom z pandemii, to jest problem, który może mieć negatywne skutki dla ich zdrowia, zarówno fizycznego, jak i psychicznego. Często zapominamy, że aktywność fizyczna jest niezbędna nie tylko do walki z nadwagą, otyłością czy dla zdrowego serca, ale i dla zdrowego mózgu.

Liberalne fantazje o pandemii i nieróbstwie

Coś pana zaskoczyło podczas pierwszej tury badań?

Skala. Ponad połowa deklarowała, że dzieci ruszają się mniej niż przed pandemią.

Czyli problem, o którym rozmawiamy, będzie się pogłębiał?

Obawiam się, że będzie to dokładka, którą później przez wiele lat będziemy musieli w jakiś sposób starać się prostować. Pamiętajmy, że złych nawyków, nie tylko tych dotyczących aktywności fizycznej, nabiera się bardzo łatwo. Jedzenie staje się substytutem wielu przyjemności, które nam odebrano. Zmiana nawyków ze złych na dobre wymaga zazwyczaj dłuższego czasu.

Lekcje WF-u też nie były szczególnie przydatne, wiele z nich ograniczało się np. do testów wiedzy czy prezentacji, nie do aktywności fizycznej.

Często śmiano się, że nauczyciele kazali nagrywać, jak dzieciaki ćwiczą w domu. Czasami to była jedyna forma, za pomocą której wuefiści mogli cokolwiek wyegzekwować. Ale problem był też taki, że przecież nie każdy ma warunki do ćwiczeń w domu. Trudno też oczekiwać od rodziców, że w tak trudnym czasie znajdą zasób sił i gotowość, żeby zadbać o aktywność swoich dzieci. Wszystko spadło na nich w jednej chwili, do tego w pewnym momencie zamknięto lasy, to co mieli robić? Siedzieli w domu.

Czy w takim razie coś można było zrobić z aktywnością fizyczną dzieciaków? Czy państwo mogło zadziałać?

Wiadomo, że mądry jest zawsze ten, kto siedzi i doradza. Ale wydaje mi się, że jakąś formę aktywności na świeżym powietrzu można było zorganizować. Zwłaszcza że przebywanie na dworze wiąże się praktycznie z zerowym ryzykiem transmisji wirusa. Nawet nie chodziło o lekcje WF-u, ale o spotkanie, wybieganie się dzieciaków. Zresztą w to można było zaangażować także rodziców. To pewnie dałoby się zrobić.

Dużo mówi się o straconym pokoleniu, które od roku siedzi w domach. Czy z pandemii wyjdą też dzieciaki pokiereszowane sportowo?

Pokiereszowane – tak. Stracone? Raczej nie. Jeden rok braku aktywności nie sprawi, że stracimy pokolenie. Ale ten rok będzie wymuszał efektywniejsze formy działania w przyszłości i większe skupienie uwagi na tym problemie.

Wierzy pan, że tak będzie?

Nie do końca wierzę, że władze skupią się na tym aspekcie, żeby odbudować zdrowie i aktywność fizyczną najmłodszych i najstarszych. A znając siłę środowisk opiniotwórczych, również tych medycznych, skupimy się na lecznictwie, czyli na naprawie tego, co już w dużym stopniu jest nienaprawialne i możemy już tylko redukować szkody. To ważne, ale to krótkoterminowe myślenie, a potrzeba myślenia na pokolenie czy dwa w przód.

**

Dr n. med. Michał Brzeziński – lekarz pediatra. Adiunkt w Katedrze i Klinice Pediatrii, Gastroenterologii, Alergologii i Żywienia Dzieci Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. Autor publikacji naukowych z zakresu pediatrii, otyłości i zdrowia publicznego. Twórca i realizator programów i polityk zdrowotnych dla samorządów terytorialnych oraz jednostek administracji państwowej. Przewodniczący Gminnej Komisji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych w Gdańsku, członek Gdańskiej Rady Zdrowia Publicznego. Ekspert instytucji publicznych i prywatnych, m.in. Banku Światowego, Światowej Organizacji Zdrowia, Fundacji Medicover, Fundacji „Szkoła Liderów”.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Joanna Wiśniowska
Joanna Wiśniowska
Dziennikarka
Dziennikarka związana z „Gazetą Wyborczą Trójmiasto” i „Wysokimi Obcasami”, publikowała m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, newonce.sport i magazynie „Kopalnia. Sztuka Futbolu”.
Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco