Historia

„Jeśli sami się nie upamiętnimy, nikt nas nie upamiętni”. Czym się zajmuje Instytut Pileckiego?

Instytut Pileckiego, polityczne dziecko ministry Magdaleny Gawin, to jedna z instytucji zajmujących się polską polityką pamięci. Badając historię, wykorzystuje elementy prawdy, by potem otoczyć je ładnie brzmiącą, zgodną z „polską racją stanu” opowieścią i puścić w świat za pomocą mediów. W praktyce oznacza to, że IP usiłuje tłumaczyć Zagładę głównie przez pryzmat polskiego cierpienia i polskiej pomocy Żydom.

Rywalizacja w cierpieniu

Zniekształcanie historii Holokaustu nie jest rzeczą nową. Często odbywa się przy wykorzystaniu prawdziwych informacji. Już w latach 70. związana później z IPN sędzia i badaczka Maria Trzcińska ogłosiła, że w ramach KL Warschau Niemcy zbudowali w okolicy dworca Warszawa Zachodnia komory gazowe, które miały służyć do eksterminacji 200 tysięcy Polaków. KL Warschau, zwany potocznie „Gęsiówką”, istniał naprawdę. Wśród jego więźniów byli głównie Żydzi, ale na terenie obozu rozstrzeliwano też Polaków. Nigdy natomiast Niemcy nie zbudowali komór gazowych z przeznaczeniem na eksterminację Polaków. Nie powstały one również w okolicy warszawskiego dworca. Wszystkich ofiar „Gęsiówki” było łącznie około 20 tysięcy.

Nie przeszkodziło to Trzcińskiej i jej zwolennikom upierać się przy swojej teorii. W dwóch warszawskich kościołach zawisły tablice upamiętniające 200 tysięcy Polaków zamordowanych przez Niemców w KL Warschau. Na jednej z nich przybito małą tabliczkę z dopiskiem „Na podstawie książki Marii Trzcińskiej KL Warschau – obóz zagłady dla Polaków”. Zabrakło natomiast informacji, że ta publikacja zawiera nieprawdziwe dane, których nie potwierdzał nawet IPN. Trzcińska występowała w mediach związanych z Tadeuszem Rydzykiem, które popierały wprowadzenie jej ustaleń do podręczników szkolnych.

Przypadek rzekomych komór gazowych w KL Warschau to przykład wypierania z historii żydowskich ofiar i zastępowania ich polskimi. Rywalizacja w męczeństwie i cierpieniu. Część środowisk prawicowych nie może pogodzić się z tym, że to Żydzi byli głównymi ofiarami niemieckich działań. Dlatego jeśli już mówią o żydowskiej śmierci, to najczęściej w połączeniu z polskim współcierpieniem. W rezultacie mamy odnieść wrażenie, że obie grupy były tak samo narażone na niebezpieczeństwo. Znajduje to dziś odbicie w sondażach, z których wynika, że połowa Polaków uważa, że podczas okupacji Żydzi i Polacy cierpieli w równym stopniu, a 20 proc., że Polacy cierpieli bardziej.

Upamiętnianie Zagłady jest łatwe – oddziela nas od Zagłady

Jak powstał Instytut Pileckiego?

W 2016 roku z inicjatywy wiceministry kultury Magdaleny Gawin powołano Ośrodek Badań nad Totalitaryzmami im. Witolda Pileckiego. Rok później powstał Instytut Solidarności i Męstwa im. Witolda Pileckiego, który przedstawiciele PiS nazywali „polskim Yad Vashem”. „Będziemy chcieli czcić męstwo i solidarność tych wszystkich, którzy pomagali polskim obywatelom podczas drugiej wojny światowej i w latach powojennych, którzy ryzykowali własnym życiem, żeby nam pomóc” – mówiła wtedy Gawin w radiu RMF.

Powstanie nowej instytucji krytycznie ocenił historyk Andrzej Paczkowski, związany swego czasu z IPN. „To jest tworzenie od początku instytucji całkowicie podporządkowanej władzy. Bo jeżeli się coś przekształca, to całego personelu od razu wymienić nie można, zawsze zostają jakieś złogi poprzedniego etapu – mówił. – A jak się tworzy coś od nowa, to istnieje pełna swoboda doboru pracowników i od razu można dobrać takich, którzy będą sprawnie realizowali wytyczne i założenia nowej instytucji”.

W 2018 roku obie instytucje – Ośrodek Badań nad Totalitaryzmami oraz Instytut Solidarności i Męstwa – połączono.

Instytut Pileckiego powstał w Warszawie, ale zdążył już otworzyć swoją filię w Berlinie, a kolejną planuje w Nowym Jorku. Myślę, że odnajdą się tam bez problemu kolejni prawicowi (czy też po prostu posłuszni) badacze, bo głównym zadaniem Instytutu wydaje się obrona polskiego dziewictwa w dziedzinie historii, ze szczególnym uwzględnieniem drugiej wojny światowej.

Berlińska filia IP powstała, chociaż od dawna działa tam Centrum Badań Historycznych Polskiej Akademii Nauk. Założone w 1999 roku, siedem lat później przekształciło się w samodzielną placówkę naukowo-badawczą, a w uroczystości z tej okazji wzięli udział Władysław Bartoszewski i były prezydent RFN Richard von Weizsäcker. CBH zajmuje się nie tylko historią najnowszą, ale również wcześniejszymi epokami, uwzględniając w swoich pracach kulturę i historię żydowską. Wydaje pismo naukowe „Historie” oraz polsko-niemiecki podręcznik do historii, opracowany wspólnie przez dydaktyków z obu krajów. W przeciwieństwie do IP ma radę naukową, w której skład wchodzą badacze z Polski, Niemiec, Ukrainy i Litwy.

Centrum działa w budynku należącym do polskiej ambasady, ale pod względem merytorycznym jest od niej niezależne, gdyż zajmuje się historią, a nie propagandą i PR-em. Politycy nie mają wpływu na program i obsadę stanowisk w CBH. Może właśnie dlatego chętniej spoglądają w stronę Instytutu Pileckiego, nad którym nikt profesjonalnej kontroli naukowej nie sprawuje.

Sami siebie klepiemy po ramieniu

Jeden z głównych projektów Instytutu to Zawołani po imieniu, czyli budowanie upamiętnień Polaków ratujących Żydów. Jest to nawiązanie do medali Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, które przyznaje izraelski instytut Yad Vashem.

W Jerozolimie każda historia jest dokładnie sprawdzana, bo świadomość wojennej rzeczywistości jest tam ogromna. Zdarzali się przecież Polacy, którzy jednych Żydów ratowali, a innych wydawali. Istnienie takiej złożoności umyka jednak Instytutowi Pileckiego. Jeżeli nawet gdzieś pojawia się donosiciel, to, zdają się mówić nam pracownicy Pileckiego, są to niechlubne wyjątki. Nagradza się wyłącznie osoby narodowości polskiej, co marginalizuje innych ratujących.

– „Jeśli sami się nie upamiętnimy, nikt nas nie upamiętni”. Wątek żydowskiej niewdzięczności rzuca się tutaj w oczy i podsyca już i tak buzującą, antysemicką agresję – mówi dr Elżbieta Janicka z Instytutu Slawistyki PAN. – Ukazywanie wyjątków jako reguły to również strategia, która zasłania stan faktyczny, czyli nagminność polskiej, chrześcijańskiej przemocy wobec Żydów. Przy czym każda opowieść, która zasłania, czyli chroni, przemoc, sama jest formą przemocy. Pięknie się to rymuje z popularnym kultem sprawiedliwego rotmistrza poległego z ręki drugiego totalitaryzmu zaprowadzonego w Polsce przez niewdzięcznych.

Bikont: Na każdym kroku pilnie wykluczano Żydów z polskiej społeczności

Ministra Gawin, chwaląc projekt Zawołani po imieniu, mówi, że upamiętnienia odbywają się w miejscach, gdzie doszło do ukrywania Żydów, a potem wykrycia ich przez Niemców. Nie prześledziłam wszystkich pomników zbudowanych przez Instytut, ale te w mojej okolicy przeczą słowom ministry. W Nurze upamiętnienie znajduje się przy kościele (a więc nie w miejscu zamieszkania Polaków, którzy ratowali Żydów). Z kolei pomnik poświęcony Polakom z Paulinowa stanął w Sterdyni, i to w samym centrum wsi. Stawianie takich tablic w centrach miejscowości ma zrozumiały cel. Chodzi o stworzenie wrażenia powszechności polskiej pomocy Żydom.

Wyobraźmy sobie, że w każdym mieście, w każdej wsi stanie teraz taki pomnik. To może się udać, bo zapał Instytutu jest ogromny, a i środki na to znajdą się bez problemu. Sami siebie klepiąc po ramieniu, będziemy mogli powtarzać, jak masowo rzuciliśmy się do czynienia dobra w czasie wojny. Ustawianie monumentów w centrach miejscowości nie jest wcale przypadkiem. Mają rzucać się w oczy, głośno świadczyć o polskim narodzie. To gest typowo propagandowy. Instytut i ministra Gawin wykorzystują tragiczne rodzinne historie, by dowartościować swoje poczucie dumy narodowej. By okruchy prawdy otorbić własną opowieścią, która z faktami ma coraz mniej wspólnego. Co gorsza – nikt ich nigdy z tego nie rozliczy, bo która partia odważy się takie pomniki likwidować?

Zabiegi o naukowców

Instytut Pileckiego ma jeszcze jedno zadanie, szczególnie istotne w związku z coraz wyraźniejszą kompromitacją IPN. To zjednywanie sobie, a więc i polityce historycznej, polskiego rządu, naukowców, historyków, badaczy. Ważną rolę odgrywają tu stypendia, wynagrodzenia, płatne projekty badawcze. Każdy może zgłosić się do IP, a jeśli pracuje za granicą, to ma gwarancję, że znajdzie wśród urzędników Instytutu zainteresowanie. Oni sami też aktywnie działają na tym polu, namawiając autorów do wydania książek historycznych właśnie w IP. Chodzi o pokazanie otwartości instytucji, zyskanie sobie poparcia wśród zachodnich badaczy, którzy będą swoimi nazwiskami podnosić rangę Instytutu.

To kolejny zabieg propagandowy, który polega na tworzeniu grupy osób niekoniecznie orientujących się w meandrach polskiej polityki historycznej, ale z poważnym dorobkiem. Wydawanie książek, zapraszanie na seminaria, fundowanie stypendiów pozwala tworzyć pozytywny wizerunek Instytutu.

Jesienią 2017 roku z dr. Markusem Rothem, historykiem z Instytutu im. Fritza Bauera we Frankfurcie nad Menem, wówczas pracującym na Uniwersytecie w Giessen, skontaktował się dyrektor Instytutu Pileckiego, Wojciech Kozłowski. Zaproponował, że IP przełoży na polski książkę Judenmord in Ostrow Mazowiecka. Tat und Ahndung, którą Roth napisał wspólnie z Annaleną Schmidt. Publikacja dotyczy mordu na Żydach w Ostrowi Mazowieckiej jesienią 1939 roku. Z Ostrowią rodzinnie związana jest Magdalena Gawin. Być może dlatego Kozłowskiemu zależało na tej właśnie książce.

– Nie znałem tej instytucji. Sprawdziłem ją w internecie i okazało się, że powstała niedawno. Obawiałem się, że mogłaby być blisko powiązana z PiS – mówi nam Markus Roth. Te obawy potwierdzili polscy historycy, z którymi kontaktował się Roth. Dlatego badacz odmówił udzielenia IP licencji na polski przekład.

Z niemieckim historykiem skontaktował się następnie jeden z polskich rabinów, najwyraźniej poproszony o to przez Instytut Pileckiego. Potem znów odezwał się Kozłowski. – Zapytałem wtedy, co jest tak trudnego w zrozumieniu, że mówię „nie”. Powtarzam to po raz trzeci – wyjaśnia Roth. – Więcej się już do mnie nie odezwał.

Niemiecki historyk zdaje sobie sprawę z tego, że IP jest częścią polskiej polityki historycznej. Właśnie dlatego nie zgodził się na współpracę w tej sprawie. Swojej decyzji nie żałuje, chociaż chciałby, by jego książka wyszła po polsku. Ale nie w Instytucie Pileckiego.

Barbara Engelking: Przestańmy mówić o pamięci, zacznijmy mówić o trosce

czytaj także

Dr Grzegorz Rossoliński-Liebe z Freie Universität w Berlinie podkreśla, że Instytut Pileckiego przedstawia selektywny obraz historii drugiej wojny światowej w Polsce. – Koncentruje się na okupacji, ruchu oporu i cierpieniu chrześcijańskiej ludności. Nie ma w nim miejsca na mówienie o kolaboracji i roli Polaków w zagładzie Żydów.

Rossoliński-Liebe interweniował u władz swojej uczelni, gdy IP rozpoczął z nią współpracę. Odradzał zgodę na wspólne projekty ze względu na to, jak Instytut przedstawia historię. – Również dlatego, że reprezentuje interesy rządu polskiego i PiS – mówi Rossoliński-Liebe. – W Niemczech niewiele osób zna się na historii Holokaustu w Polsce i orientuje się w politycznej sytuacji w tym kraju. Dlatego podejmują współpracę z tą instytucją.

Jak podkreśla naukowiec, IP prezentuje się jako demokratyczna instytucja, która zainteresowana jest wspieraniem nauki i finansowaniem badań. – Posiada odpowiednie środki i dlatego osoby, które się nie orientują w sytuacji albo mają narodowo-konserwatywne poglądy, z IP współpracują. W wypadku Freie Universität udało mi się przerwać współpracę. Wyjaśniłem biuru odpowiedzialnemu za projekty, czym jest ten Instytut. Sprawę potraktowano poważnie i razem z władzami uniwersytetu zdecydowano o przerwaniu współpracy z Instytutem Pileckiego.

Dieter Pohl jest profesorem historii na Uniwersytecie w Klagenfurcie. Zajmuje się m.in. badaniem drugiej wojny światowej, narodowego socjalizmu oraz współczesną historią Polski i Ukrainy. Jego zdaniem Instytut Pileckiego może zastąpić Instytut Pamięci Narodowej. – IPN utracił wiarygodność od czasu pojawienia się dr. Jarosława Szarka i jego „Geschichtsklitterung”, czyli pomijania ważnych faktów i pokazywania historii w niewłaściwym świetle.

IPN-u nie da się tak po prostu znieść ustawą

Na tym polu IP wypada lepiej, bo publikuje dokumenty źródłowe dotyczące Zagłady oraz współpracuje z dobrymi historykami. – Ale koncepcja IP najwyraźniej polega na zaliczeniu Holokaustu do zbrodni przeciwko narodowi polskiemu i zrównaniu totalitaryzmu z ludobójstwem – uważa Dieter Pohl.

– Jako badacz Holokaustu jestem też trochę zdezorientowany akcentowaniem Zagłady w odniesieniu do samego Pileckiego. Bez wątpienia był on polskim bohaterem. Ale jego relacja z Auschwitz dotyczyła prawie wyłącznie Polaków i tylko w ograniczonym stopniu Żydów, którzy byli tam masowo zabijani – zauważa Pohl.

Powrót do starych wzorców

Instytut Pileckiego działa też – niestety skutecznie – w mediach. Informuje dziennikarzy o „odkryciu” dokumentów, o których historycy dawno już wiedzieli i z nich korzystali. No, ale czymś się trzeba wykazać. Dyrektorka berlińskiej filii IP w ubiegłym roku chwaliła się „odnalezieniem” dokumentów, które władze PRL przekazały RFN. Były to polskie relacje z lat 60., 70., i 80. dotyczące niemieckich zbrodni w czasie wojny. Miały one służyć postawieniu Niemców przed sądami. Co oczywiste, wizerunek Polaków w tych relacjach nie został nadszarpnięty. Polskie władze nie pozwoliłyby zresztą, by niekorzystne dla Polski zeznania opuściły kraj. Gdybyśmy chcieli na podstawie tych właśnie dokumentów odtworzyć na przykład przebieg masakry w Jedwabnem, doszlibyśmy do wniosku, że w mordzie nie brał udziału ani jeden Polak. Pisał o tym zresztą dr Krzysztof Persak w wydanym w roku 2002 studium poświęconym jedwabieńskiemu mordowi.

Sięgając po publikacje z czasu antysemickiej nagonki 1968 roku, przekonamy się, jak niewiele się do dziś zmieniło w narodowej narracji. Klasyczną książką z tamtego okresu jest Izrael a NRF Tadeusza Walichnowskiego (Książka i Wiedza). Autor snuje w niej teorie o tym, że rząd Izraela współpracuje z Niemiecką Republiką Federalną, by uzyskać korzyści materialne, a winę za Zagładę przerzucić na Polskę. W publikacji tej znalazło się też stwierdzenie, że Polacy „ofiarnie” uczestniczyli w ruchu oporu oraz ratowali Żydów. Mimo to wciąż zarzuca się Polakom antysemityzm, co było oszczerstwem, ponieważ w Polsce „ustrój polityczny, system prawny, działalność administracji państwowej i mentalność społeczeństwa, na które oddziałuje partia – nastawione są na karanie wszelkiego rodzaju rasizmu i nacjonalizmu”.

Autor zaznaczył też, że więcej Polaków zginęło za pomoc Żydom niż amerykańskich żołnierzy w czasie całej wojny. Skrytykował izraelskich historyków za stwierdzenie, że większość Polaków obojętnie przyglądała się Zagładzie, a niektórzy mówili, że po wojnie trzeba będzie Hitlerowi postawić pomnik za pozbycie się Żydów. Przyznał wprawdzie, że „grabiono mienie” zamordowanych Żydów, ale nie wspomniał, kto to robił. Zapewniał, że polskie organizacje podziemne wspierały Żydów na wszelkie możliwe sposoby.

Forecki: Nasze mienie „pożydowskie”

Ustaleń tych nie potwierdzają współczesne profesjonalne badania historyczne, ale czy widać jakieś znaczące różnice między tym antysemickim wydawnictwem a współczesną polityką historyczną polskiego rządu? Nic więc dziwnego, że wytworzone w takim duchu przez PRL dokumenty tak bardzo podobają się Instytutowi Pileckiego.

Dieter Pohl nie widzi teraz większego wpływu IP na historiografię niemiecko-austriacką, ale nie wyklucza, że to się zmieni. – Najważniejszym (i samobójczym) aspektem obecnej polskiej oficjalnej polityki historycznej jest prześladowanie krytyków i obiektywnych historyków, zwłaszcza pokazowy proces przeciwko prof. Barbarze Engelking i prof. Janowi Grabowskiemu. Ci dwoje stworzyli jedną z najważniejszych i nowatorskich prac badawczych nad Holokaustem ostatnich lat.

Zdaniem Pohla, jeśli Polska nie zejdzie z tej drogi, to wróci do polityki historycznej w stylu lat 80. czy obecnie uprawianej na Węgrzech lub w Rosji, czyli „autorytarnej nacjonalistycznej cenzury i propagandy”.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij