Historia, Kraj

IPN-u nie da się tak po prostu znieść ustawą

Gdy PiS w końcu straci władzę, pośród wielu dylematów stojących przed przyszłym rządem pojawi się też ten, co zrobić z instytucjami, które w ostatnich pięciu latach uległy tak głębokiej degeneracji, że trudno uwierzyć, by dało się je uratować. W tym kontekście wymienia się zwłaszcza TVP oraz Instytut Pamięci Narodowej. W stosunku do obu pojawiają się żądania opcji zero: prywatyzacji, zamknięcia, zaorania.

Zwolennicy opcji zero wobec TVP przekonują, że jej misję mogą z powodzeniem realizować nadawcy prywatni i społeczni, a państwowa telewizja zawsze będzie narzędziem w rękach polityków, nie obywateli. Zwolennicy opcji zero wobec IPN sądzą z kolei, że instytucja ta nie jest do niczego współczesnej Polsce potrzebna, a już na pewno nie w formie, jaką przybrała po 2016 roku. Czy jednak faktycznie IPN można tak po prostu znieść ustawą, nie niszcząc przy okazji tego, co w tej instytucji ciągle potencjalnie cenne?

Złożony bilans instytutu

Żądania opcji zero wobec IPN lewica formułowała jeszcze przed 2015 rokiem. Jej postkomunistyczne skrzydło postrzegało IPN jako instytucję mającą na celu kryminalizację PRL, historyczną policję wymierzoną w pamięć, wrażliwość i doświadczenia biograficzne wszystkich tych, którzy na różne sposoby i z różnych powodów akceptowali i angażowali się w rzeczywistość Polski Ludowej. Jej młodsza część widziała w IPN narzędzie prawicowej polityki historycznej, której celem jest wyparcie pamięci o polskiej lewicy i doświadczenia klas ludowych ze świadomości społecznej.

Pójdę pod IPN

Lewicowi intelektualiści oskarżali IPN o naiwną, komiksową wizję, nie tylko ignorującą niepasujące do prawicowej narracji fakty, ale też wykluczającą wszelkie sposoby uprawiania historii najnowszej wychodzące poza akt oskarżenia przeciw „totalitarnemu” PRL – np. historie społeczne czy podejścia genderowe.

Odstraszała też sama nazwa instytutu, jakby wyjęta ze świata przedstawionego w powieści Rok 1984 George’a Orwella. Patrząc na tę nazwę, trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z próbą budowy policji myśli historycznej, narzucającej społeczeństwu wyłącznie jedną wizję przeszłości.

Czy dorobek instytutu potwierdza te lewicowe zarzuty? Odpowiedź, tak jak bilans ponad dwóch dekad działania IPN, jest złożona. Z jednej strony instytut faktycznie był organizacją w swoim profilu silnie antykomunistyczną, konserwatywną politologicznie i metodologicznie, propagującą mocno uproszczony, martyrologiczno-moralistyczny obraz historii najnowszej. Z drugiej – śledztwa instytutu pomogły w ustaleniu ponad wszelką wątpliwość zbrodniczego charakteru działalności takich postaci jak Romuald Rajs „Bury”. Przez instytut przewinęło się wielu sensownych badaczy, którzy wykonali wielką pracę, bez wątpienia poszerzającą naszą wiedzę o polskiej historii najnowszej.

Trudno jednak niuansować obraz IPN w ostatnich pięciu latach, od momentu, gdy stery objął prezes Jarosław Szarek. Instytut pod jego kierownictwem staje się przede wszystkim pasem transmisyjnym polityki historycznej PiS, już nie tyle antykomunistycznej, ile mówiącej językiem skrajnej prawicy, a przynajmniej gloryfikującej przynależące do niej formacje, np. Brygadę Świętokrzyską.

Przedstawiciele skrajnej prawicy z łatwością robią w IPN Szarka błyskotliwe kariery. Najlepszym przykładem jest były aktywista ONR, Tomasz Greniuch. Kierował on oddziałem instytutu w Opolu, następnie miał pokierować we Wrocławiu. Sprawa nominacji dla młodego historyka, który jeszcze niedawno hajlował na uroczystościach celebrujących międzywojenny atak narodowców na Żydów w Myślenicach, wywołała międzynarodowy skandal. Szarek wykazał się kosmicznym brakiem osądu, brnąc w obronę Greniucha do momentu, aż jego kariera w IPN narobiła największych możliwych szkód wizerunkowych nie tylko instytutowi, ale także Polsce poza jej granicami.

IPN Szarka łączy przy tym otwartość na ONR z niechęcią do wszystkiego, co związane z lewicą. Gdy Sejm przyjął ustawę dekomunizacyjną, na listach IPN zalecających samorządom, jakie ulice i pomniki zdekomunizować, znalazły się organizacje i osoby w ogóle niezwiązane z PRL – np. partyzanci formacji komunistycznych polegli w czasie wojny albo niezwiązani z komunistyczną lewicą socjaliści.

PiS-owski szturm na Marsz Niepodległości

Najbardziej kuriozalnym przykładem jest chyba sprawa Jana Martyniaka z mojego rodzinnego Jaworzna. Martyniak był żołnierzem podległej PPS (i Armii Krajowej) Gwardii Ludowej-WRN. Zginął podczas akcji uwalniania angielskich lotników z obozu jenieckiego w Jaworznie. IPN zapytany przez radę miasta, czy pomnik Martyniaka podlega ustawowemu obowiązkowi likwidacji, odpisał: „Zachowanie […] obiektów honorujących pamięć działalności komunistycznej GL/AL jest niezgodne z podstawowymi zasadami, na których oparta jest Rzeczpospolita Polska po 1989 r.” – myląc PPS-owską GL z tą podległą Polskiej Partii Robotniczej. Dla instytucji zajmującej się pielęgnowaniem pamięci o historii najnowszej to ośmieszające. Dowodzi albo ignorancji, albo potężnego antylewicowego uprzedzenia.

Czy naprawdę jest sens stawiać te instytucje na nowo?

IPN Szarka dostarcza wielu argumentów za opcją zero wobec IPN. Problem w tym, że biorąc pod uwagę liczbę funkcji, jaką pełni instytut, nie da się go z dnia na dzień zlikwidować, nie wywołując przy okazji potężnego chaosu.

Łatwo bowiem powiedzieć „zlikwidujmy IPN”, trudniej odpowiedzieć na pytanie, co w takim razie zrobić np. z archiwami znajdującymi się w posiadaniu instytutu? Odpowiedź „przenieść do Archiwum Akt Nowych” średnio mnie przekonuje. Proces byłby kosztowny i pracochłonny, na miesiące sparaliżowałby badania. Zysk z całej operacji – dyskusyjny. Skoro już zbudowaliśmy jakoś działające Archiwum IPN, wkładając w to mnóstwo finansowych, ludzkich i organizacyjnych zasobów, to najsensowniej jest pozwolić mu normalnie działać.

IPN zajmuje się też weryfikacją oświadczeń lustracyjnych. Temat ten z każdym rokiem staje się coraz mniej istotny, można się też zastanawiać, jak bardzo lustracja w ogóle była do czegokolwiek polskiej demokracji potrzebna. Osobiście uważam, że do niczego, jednak trudno sobie wyobrazić, by POPiS-owska koalicja zniosła ustawę lustracyjną – polityczny koszt byłby niewspółmierny do korzyści. A skoro ciągle będzie istniała konieczność weryfikacji oświadczeń lustracyjnych, to trudno bronić tezy, że w tym celu należy zlikwidować radzącą z tym sobie jakoś instytucję i powoływać nową.

Strywializowany antykomunizm toruje drogę faszyzmowi

Jakąkolwiek opcję zastosowano by po wyborach w nowym IPN, w jakiejś formie – być może jako osobne instytucje – z przyczyn czysto praktycznych trzeba będzie pozostawić archiwum IPN i dział lustracyjny. Nie sposób też sobie wyobrazić, że nowa władza po prostu zlikwiduje podległą IPN Główną Komisję Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu.

Jakiej polityki historycznej właściwie chcemy?

Pojawia się też pytanie, co z pionem naukowo-edukacyjnym IPN? Instytut powstał w odpowiedzi na to, że w latach 1945–1989 z przyczyn politycznych nie mogliśmy toczyć normalnych badań historycznych na temat wojny i powojnia. Wiele najbardziej elementarnych faktów – np. miejsca pochówku ofiar stalinizmu – pozostawało nieznanych. By nadrobić kilka dekad opóźnienia normalnych badań, potrzebne były dodatkowe instytucjonalne i finansowe zasoby.

Jednocześnie dział badawczy IPN od początku obarczony był bardzo poważnym grzechem. Choć działał w polu nauki i opierał się na jej autorytecie, to nigdy nie posiadał autonomii, jaka przysługuje normalnym placówkom naukowym.

Pion badawczy podlega prezesowi IPN, wybieranemu przez Sejm za zgodą Senatu, od 2016 roku zwykłą większością głosów. Kandydata proponuje wybrane przez polityków Kolegium IPN. Kadencja Szarka pokazuje niebezpieczeństwa wpisane w ten model zależności od polityków – przy odpowiednio zdeterminowanej władzy i uległym prezesie instytut łatwo może stać się głosem nie nauki, ale rządowej wizji.

Można się też zastanawiać, czy po ponad dwóch dekadach pracy instytutu faktycznie potrzebna jest aż tak wielka instytucja skupiająca się na badaniach stosunkowo wąskiego obszaru historycznego.

Czy pion badawczy IPN ciągle ma do wypełnienia zadanie, którego nie są w stanie realizować uniwersytety i PAN? Czy naprawdę historia XX wieku ma wciąż tak wiele białych plam, że potrzebna jest specjalna instytucja z budżetem rzędu 400 milionów złotych – prawie czterokrotnie większym niż Polska Akademia Nauk?

Na oba te pytania skłaniałbym się do odpowiedzi „raczej nie”. Niemniej jednak byłbym przeciw takiej likwidacji IPN, która po prostu zwolni historyków i zwinie wszystkie prowadzone przez placówkę badania.

Myślę, że od zwolenników likwidacji IPN należałoby wymagać odpowiedzi na pytanie, co z naukowym potencjałem instytutu, w jaki sposób zachować go, nie wylewając dziecka z kąpielą? Czy pion naukowy da się np. przenieść do PAN? Czy dziś jest on na tyle uwikłany w propagandę, że najlepiej go zlikwidować, a środki idące na jego finansowanie przeznaczyć na PAN i wydziały historii na uczelniach wyższych?

Czy może z pionu badawczego IPN dałoby się i warto byłoby utworzyć coś w rodzaju Instytutu Historii XX wieku – mniej uwikłanego w propagowanie określonej politycznej wizji, bardziej pluralistycznego politycznie i metodologicznie, działającego w warunkach realnej naukowej autonomii? Zanim sformułujemy twarde żądanie likwidacji IPN, trzeba zdecydować się na którąś z tych opcji.

Wreszcie pozostaje kwestia IPN jako narzędzia polityki historycznej, zarówno tej krajowej, jak i zagranicznej. Przeciwna likwidacji IPN Estera Flieger przekonywała niedawno, że byłaby to abdykacja lewicy i liberałów z prowadzenia polityki historycznej, co wcale nie rozwiązałoby problemu kompletnej dominacji prawicy na tym polu, a mogłoby go wręcz pogłębić. Zgodziłbym się z tą opinią, choć z jednym istotnym zastrzeżeniem.

Model polityki historycznej, jaki przyjmuje IPN na arenie krajowej, jest głęboko wątpliwy. Od początku edukacyjna polityka instytutu – bardzo sprawnie prowadzona za pomocą ponowoczesnego, zakorzenionego w kulturze popularnej języka – proponowała coś w rodzaju „mnemotechnicznego treningu” społeczeństwa do jednej, bardzo wąskiej formuły narodowej pamięci.

Demokratyczne państwo powinno tymczasem wyzbyć się pokusy takiego treningu, umożliwiając pluralizm pamięci, dając obywatelom narzędzia do opowiadania sobie różnych historii: skupionych nie tylko na narodzie, jego walkach i męczeństwie, ale też lokalnej społeczności, śląskości czy kaszubskości, pamięci danej klasy społecznej czy herstorii.

Obywatelu, czyście oszaleli?! [Sierakowski rozmawia z Lederem]

Oczywiście ten pluralizm powinien mieścić się w granicach pewnego katalogu demokratycznych wartości. Z pewnością państwo w żaden sposób nie powinno celebrować toksycznych, wrogich demokracji liberalnej nurtów w polskiej historii – jak tradycja endecka.

Nie chodzi chyba o to, by zmienić model polityki historycznej IPN tylko w ten sposób, by zamiast o Wyklętych wydawać komiksy o bojowcach PPS, a zamiast rajdu śladami NSZ organizować rekonstrukcje walk Dąbrowszczaków w Hiszpanii – choć marzy się to części lewicy.

Ja jako narzędzie polityki historycznej widziałbym raczej Instytut Historii, działający podobnie jak Instytut Książki czy Instytut Teatralny – wspierający sensowne inicjatywy wydawnicze, badawcze itd. w kraju i poza nim, być może prowadzący własne badania, ale nieaspirujący do roli trenera jednej pamięci społecznej.

Jeśli stawiamy na poważnie postulat likwidacji IPN, jeśli nie ma on być tylko totemicznym okrzykiem gromadzącym tożsamościowy elektorat, to powinniśmy – i na lewicy, i w całej demokratycznej opozycji – odpowiedzieć sobie na pytania: co z archiwami, co z potencjałem badawczym instytutu, jakie narzędzia prowadzenia/wspierania polityki historycznej chcemy przyznać państwu.

Pytanie, czy zamykać IPN, powinno się pojawić na samym końcu tej dyskusji, nie na jej początku. IPN i jego historyczna narracja jest dziś problemem polskiej demokracji, a złożonych problemów nigdy nie da się niestety tak po prostu znieść ustawą.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".
Zamknij