Film

„Przeżyć”: na uchodźczym szlaku przywileje porzuca się razem z dobytkiem

Przeżyć kadr z filmu

W ciemnym lesie, na muszce rosyjskiego przemytnika, w drodze pod pokład przerdzewiałego kutra – szanse przeżycia wiążą się z nieubłaganą biologią, przypadkiem albo z tym, co akurat masz pod ręką.

Minęło zaledwie pół roku, a jakby przeleciała cała epoka. Zresztą Flee – oryginalny tytuł nominowanego do Oscarów Przeżyć Jonasa Pohera Rasmussena, słowo oznaczające ucieczkę z miejsca zagrożenia – brzmi podobnie do fly: lotu, latania, odlatywania. Kiedy oglądałem ten film we wrześniu 2021 roku, na festiwalu Millenium Docs Against Gravity, polskie nagłówki prasowe skupiały się na białoruskiej granicy, skandalu push-backów, cierpieniu uchodźców i uchodźczyń z Syrii, Iraku czy Afganistanu wziętych w jasyr przez reżim Aleksandra Łukaszenki oraz władze RP.

Dzisiaj o tym, że tragedia na wschodnich rubieżach Polski wcale się nie skończyła, przypominają głównie aktywiści zaangażowani w pomoc humanitarną i pojedyncze publicystki. Cała reszta żyje wojną w Ukrainie, bezprecedensową skalą uchodźczego exodusu, polskim altruizmem i nie do końca spodziewaną mobilizacją dużej części społeczeństwa. Takie przekierowanie uwagi mediów jest, umówmy się, całkowicie zrozumiałe.

Dwie granice, dwie Polski

A jednak – pół roku temu czy teraz – Przeżyć przywołuje na tyle uniwersalne wątki uchodźcze, że może pomieścić zarówno doświadczenia uciekinierów z Azji Zachodniej i Środkowej – wycieńczonych ciał uwięzionych w błotach i śniegach zupełnie obcego kraju – jak i Ukrainek i Ukraińców przyjmowanych pod dachy gwałtownie przebudzonych sąsiadów „zza miedzy”. W ogóle jest to jeden z lepszych w ostatnim czasie obrazów analizujących (prze)życia migracji, choć też – ze względu na jednostkową, bardzo osobistą perspektywę – w pewnym sensie zawężający spojrzenie, jednocześnie uniwersalny i ekskluzywny.

Zastanawiam się, skąd bierze się siła akurat tej konkretnej dokumentalnej narracji i dochodzę do wniosku, że jednym z jej źródeł może być niekanoniczna forma. Przeżyć to w dziewięćdziesięciu procentach animacja wykonana w dwóch odmiennych stylach – komiksowego realizmu oraz dynamicznego, na poły abstrakcyjnego rysunku czarno-białą kredką – którą uzupełniają archiwalne nagrania telewizyjne: wiadomości rosyjskie, amerykańskie i duńskie, talibowie wchodzący do Kabulu na bosaka, ale z ciężkim sprzętem wojskowym, Kabul kolorowy i pełen szyldów sklepowych, Kabul zmieniający się w twierdzę, celebra podczas otwarcia pierwszego moskiewskiego McDonalda i tak dalej. Obrazy z różnych porządków wizualnych spina precyzyjny montaż, a archiwaliów jest na tyle mało, że nigdy nie przesłaniają tego, co najważniejsze: subiektywnych przeżyć w sytuacjach obiektywnie trudnych do przeżycia.

Trzeba też pamiętać, że animacja – w funkcji ilustracji dokumentalnych treści – to w Przeżyć wybór nie tylko artystyczny, ale też etyczny, podyktowany szacunkiem dla świadomych, podmiotowych wyborów głównego bohatera. Amin – czterdziestoletni duński naukowiec o afgańskich korzeniach, osoba queerowa i przyjaciel reżysera od czasów dzieciństwa – zgodził się opowiedzieć swoją uchodźczą historię pod warunkiem zachowania anonimowości, a Rasmussen – doświadczony w produkcji narracji radiowych – wybrał dla niej ramy swobodnego ciągu wspomnień i skojarzeń, które ukierunkowują luźne pytania czy prośby o przywołanie zmysłowych detali: zapachów i kolorów kabulskiego podwórka albo radzieckich osiedli z wielkiej płyty.

W myśl tej zasady płynnie splatają się trzy plany czasowe i wizualne: oglądamy więc i słuchamy Amina w sytuacji paraterapeutycznej rozmowy z reżyserem, Amina jako dziecko i nastolatka przemierzającego uchodźczy szlak z Afganistanu przez rozpadający się Związek Radziecki, obóz detencyjny w Estonii, aż po Kopenhagę z początku lat 90. oraz współczesnego Amina próbującego poukładać swoje relacje z partnerem Kasperem w obliczu powracających traum i głęboko zakorzenionego lęku przed utratą kontroli.

Między poszczególnymi wątkami nie ma żadnej luki czy wrażenia przestoju, bo w istocie to teraźniejszość narratora jest osią, wokół której kręci się cały film. I, niestety, jest to w dużym stopniu teraźniejszość pochwycona w kleszcze stresu pourazowego, warunkowana przymusem ciągłej ucieczki i ruchu (Amin bez przerwy kursuje między Danią a USA), strachem przed zdemaskowaniem oraz poczuciem wstydu, że żyje się tylko dzięki ślepemu trafowi i wyrzeczeniom poniesionym przez rodzinę.

Bohater mocno trzyma stery opowieści, a animowane kadry – niespokojne i rozwibrowane, tak jakby wspomnienia bezskutecznie szukały dla siebie jakiejś lepszej, stabilniejszej formy – nigdy nie stają się pożywką dla oczu przyzwyczajonych do realistycznych obrazów cierpienia i biedy. Przeżyć to rzecz całkowicie wolna od eksploatacji, starej zmory zaangażowanego społecznie kina dokumentalnego. Ma na to oczywiście wpływ przynajmniej kilka czynników, przede wszystkim bliska, oparta na zaufaniu relacja bohatera z reżyserem, ale także fakt, że film realizowano w bogatej i bezpiecznej Skandynawii, w środowisku kopenhaskiej klasy średniej, a nie na szlaku, w obozach przejściowych, miejscach tymczasowego zakwaterowania czy na zgettoizowanych osiedlach komunalnych.

Żeby nie było game over

Tę perspektywę koniecznie trzeba brać pod uwagę, kiedy analizuje się Przeżyć: Amin jest przykładem wielkiego sukcesu, awansu i pełnej integracji z duńskim społeczeństwem, które zaakceptowało jego odmienność etniczną (nie wspominając o seksualnej) i dało możliwość rozwoju. Nie jest to również sukces w pełni „niewinny”, niezapośredniczony przez status społeczny afgańskiej rodziny bohatera. Ojciec, wysoko postawiony wojskowy i zwolennik monarchii, po przewrocie komunistycznym trafił do więzienia i słuch po nim zaginął, synom i córkom pozostawił natomiast dom w centrum Kabulu oraz możliwość edukacji, co w kraju nadal zmagającym się z plagą analfabetyzmu stanowiło przywilej i niewątpliwie stało się później jednym z ważnych czynników wpływających na szybkość integracji z duńskim społeczeństwem.

Kiedy więc patrzę na scenę, w której czteroletni Amin – ubrany w sukienkę siostry i w różowych słuchawkach na uszach – szaleje po ulicach miasta przy dźwiękach Take On Me grupy A-ha, zaczynam się zastanawiać: kogo w Afganistanie połowy lat 80. faktycznie było stać na kolorowego walkmana? Kto miał pokój od podłogi do sufitu oklejony plakatami gwiazd popu i hollywoodzkiego kina? Ilu Afgańczyków mogło uciekać do rodzeństwa w Szwecji? A może to wszystko fantazje, które po prostu świetnie wyglądają w animowanych kadrach?

W ostatecznym rozrachunku nie ma to jednak większego znaczenia, bo na uchodźczym szlaku przywileje posiadane w miejscu, z którego się ucieka, zwykle porzuca się razem z dobytkiem. I o tym nade wszystko traktuje ten film: o zrównaniu, zredukowaniu do „nagiego życia”, którego jedynym zadaniem i powinnością jest przetrwać morderczą tułaczkę. O sytuacjach, w których przestaje się liczyć, czy ktoś jest synem wojskowego, czy córką niepiśmiennego rolnika, bo – w ciemnym lesie, na muszce rosyjskiego przemytnika, w drodze pod pokład przerdzewiałego kutra – szanse przeżycia wiążą się z nieubłaganą biologią, przypadkiem albo z tym, co akurat masz pod ręką. Czy twoja matka nie za głośno kaszle? Czy twoje dziecko nie ma zbyt błyszczących butów, które ujawnią obecność tułaczy przed patrolem pograniczników? Kto pomyślał – w suchym, gorącym kraju – żeby nauczyć się porządnie pływać?

Oczywiście, status ekonomiczny nie stanowi być może wielkiego przywileju w sytuacji granicznej, kiedy już brnie się przez śnieżne zaspy pod okiem uzbrojonych i przestraszonych bandziorów, na etapie planowania drogi ucieczki pieniądze pozwalają jednak na wybór bezpieczniejszego szlaku. Nieubłagane fakty są więc takie, że bez finansowego wsparcia rodziny Amin byłby dzisiaj w zupełnie innym, dużo gorszym miejscu.

Złe miejsce o złej godzinie

czytaj także

Ta cielesna kruchość ma również inne aspekty, takie, które mogą połączyć opowieść Amina z doświadczeniami ukraińskich uchodźców w Polsce: to dni, tygodnie, miesiące stagnacji w moskiewskim mieszkaniu, w poczuciu rosnącej beznadziei, bez własnych pieniędzy, w izolacji i depresyjnym stuporze. Godziny spędzone na oglądaniu telewizyjnych oper mydlanych, filmów kung-fu i wiadomości w obcym języku.

A przecież położenie bohatera Przeżyć było w praktyce dużo trudniejsze niż sytuacja współczesnych uciekinierów do krajów Unii: wjazd do Rosji za łapówkę, przylepiona do śniadej skóry etykietka „nielegała” (człowieka „nadwidzialnego”, kontrolowanego przez mundurowych pod byle pretekstem), szalejąca w transformującej się Moskwie korupcja i inflacja, wysoki poziom przestępczości na ulicach – wszystko to powodowało, że Amin patrzył na moskiewski etap tułaczki nie jak na tymczasowy bezpieczny azyl, ale więzienie. I z tego więzienia, choćby za cenę utraty zdrowia i życia, zdesperowani ludzie dosłownie wyrywali się w stronę słońca i powietrza, byle dalej od ciał gnijących w ciemnych mieszkaniach.

Jest w końcu Przeżyć filmem o absurdach prawnej kategorii „uchodźstwa”, o jej nieprzystawalności do jednostkowych przypadków, odmiennych życiorysów i przeżyć będących splotem potężnej liczby czynników indywidualnych, społecznych, politycznych, ekonomicznych, historycznych czy planetarnych. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, bo film Rasmussena opiera się na pewnym istotnym zwrocie, na rozwikłaniu tajemnicy (chociaż zdecydowanie nie jest ona jego sednem). Wystarczy powiedzieć, że normy prawne niejednokrotnie tworzą uchodźcze tożsamości oparte na grze z własnym Ja, wymuszające posługiwanie się maskami, a w konsekwencji – przysparzające jednostkom dodatkowych cierpień i zostawiające je w poczuciu pełnej zależności od innych.

Po ludziach zostały rzeczy [reportaż z granicy]

Jest to zresztą arcyciekawy paradoks historii Amina: ucieczka do Danii jedną część tożsamości pęta i tłumi, żeby innej – niemożliwej do realizacji w Afganistanie homoseksualności – pozwolić rozkwitnąć. To chyba tutaj bije źródło nieeksploatacyjnego charakteru Przeżyć: ostatecznie jest to historia zmagań zakończonych wyzwoleniem – do lepszego życia, szczęścia, swobodnego przemieszczania się, kochania, budowania związku i snucia planów na przyszłość.

Jaka w tym sukcesie była praktyczna rola duńskiej polityki migracyjnej, tego niestety za bardzo w tym filmie nie widać, co najwyżej w kilku skąpych przebłyskach Aminowej pamięci. Można to oczywiście zrzucić na karby ekskluzywizmu – narrację wzniesiono na historii jednej osoby i tylko fakt, że przeżyła – a nie ocena jakości i dokonań systemu – rzeczywiście się tutaj liczy. Istnieją jednak takie życiorysy, w których odbijają się tysiące innych; życiorysy łączące wybiórczość i szerokość oglądu, uchodźczą izolację i uchodźcze wyzwolenie. Być może Przeżyć jest właśnie takim przypadkiem, spoiwem łączącym przeciwieństwa i skrajności. Być może – bo czy na pewno, to już mogą poświadczyć tylko ci, którzy przeżyli razem z Aminem.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Marcin Stachowicz
Marcin Stachowicz
Publicysta i krytyk filmowy
Marcin Stachowicz (1988) – publicysta i krytyk filmowy, laureat Nagrody im. Krzysztofa Mętraka. Współpracuje z Dwutygodnikiem, Filmwebem, „Czasem Kultury” i „Szumem”. Lubi pisać o szeroko pojętej kulturze wizualnej i polityce.
Zamknij