Kraj

Złe miejsce o złej godzinie

„Nie piliśmy i nie jedliśmy od czterech dni. Chcemy się wydostać z tego piekła”. Historię afgańskich informatyków, którzy trafili na polsko-białoruską granicę, opisuje Andrzej Meller.

Jest koniec października. Na Podlasiu od prawie dwóch miesięcy trwa stan wyjątkowy. Z naszego domu do strefy są dwa kilometry. W okolicznych opuszczonych domach i stodołach znajdujemy porzucone obozowiska uchodźców, którzy od lata masowo przekraczają granicę polsko-białoruską. Prawie pod domem znajdujemy kartę pokładową na rejs z Bagdadu do Damaszku datowany na 26 września. Co się teraz dzieje z panem Ilyasem, który zajmował miejsce 28B?

Od dwóch miesięcy z żoną staramy się koordynować pomoc Afgańczykom ewakuowanym z Kabulu przez rząd. Większość z nich przyjechała do Polski praktycznie bez niczego. Tych działań i wysiłków jest na tyle dużo, że w sprawy graniczne, mimo że dzieją się obok, nie mam czasu się angażować. Do tego dochodzi budowa domu, wyjazdy służbowe i prawdopodobnie covid, mimo że test jest negatywny.

Po ludziach zostały rzeczy [reportaż z granicy]

czytaj także

Dopiero co wróciłem z Kaukazu i mam nadzieję odespać podróż. Przed północą nagle odzywa się do mnie kolega z afgańskiego Heratu, programista.

„Andrzej, paru moich znajomych z Afganistanu przebywało legalnie w Moskwie, a niedawno nielegalnie dotarli z Rosji do Polski i teraz są gdzieś w środku lasu między Polską i Białorusią. Tam chyba zaczęła się jakaś wojna albo coś takiego i nie mogą dotrzeć do bezpiecznego miejsca. Nie znam dokładnie ich sytuacji, ale jeśli mógłbyś im jakoś pomóc, to zostawiam ich kontakt na WhatsAppie” – pisze kolega.

Bohaterowie tekstu z czasu pracy w Afganistanie. Fot. archiwum prywatne

Wysyłam wiadomość do Fundacji Ocalenie. Dziewczyny kontaktują się z Afgańczykami. Nic nie mogą zrobić. Okazuje się, że grupa jest po białoruskiej stronie granicy. Dopiero gdy przejdą do Polski i wyjdą z trzykilometrowej strefy stanu wyjątkowego, będzie można jakoś im pomóc. Ocalenie i Grupa Granica zaczną działać również w sytuacji, gdy Afgańczycy trafią do szpitala bądź zostaną zatrzymani przez polskie służby.

Dzwonię pod numer, który podał mi Mohammad Rafi z Heratu. W telefonie słychać głos niczym z zaświatów, potwornie wymęczony. To przywódca grupy Afgańczyków, 23-letni Khaled:

– Jesteśmy afgańskimi inżynierami programistami. Jest nas sześciu teraz, było nas siedmiu, ale ostatniej nocy zostaliśmy złapani, a jednemu udało się uciec. Musimy przekroczyć polską granicę, bo Białorusini powiedzieli, że nas więcej do siebie nie wpuszczą. Ubiegłej nocy próbowaliśmy dostać się z powrotem do Białorusi, by wrócić do Moskwy, ale Białorusini nas aresztowali, spuścili na nas psy tropiące, brutalnie pobili i porazili paralizatorami. Potem wpakowali do wojskowego samochodu, odwieźli w nowe miejsce i kazali ponownie przekraczać polską granicę. Nie piliśmy i nie jedliśmy od czterech dni. Chcemy się wydostać z tego piekła.

Jeszcze kilkanaście miesięcy temu młodzi informatycy opowiadali o swoich sukcesach w afgańskiej telewizji. Fot. archiwum prywatne

Według lokalizacji, którą dostaję, Afgańczycy znajdują się 18 kilometrów od naszego domu.

W tej sytuacji i ja nie mam pojęcia, jak mogę pomóc, ale następnego dnia piszę na Facebooku post o Afgańczykach. Udostępnia go dziennikarz śledczy Piotr Pytlakowski, a z jego profilu dziesiątki ludzi. Wielu oferuje pomoc. Posłanka Koalicji Obywatelskiej Joanna Kluzik-Rostkowska od razu bierze sprawy w swoje ręce, była pierwsza dama Jolanta Kwaśniewska dzięki swoim kontaktom również wyciąga pomocną dłoń. Cały czas czuwają w pogotowiu ludzie z Ocalenia i Grupy Granica.

Afgańczycy niekiedy przepadają na wiele godzin. Wtedy domyślam się, że są przetrzymywani przez Białorusinów.

„Nie mogę wysłać lokalizacji – pisze Khaled – bo przewieźli nas do nowego miejsca i boję się, że jeśli ci podam, to się o tym dowiedzą, a to będzie dla nas niebezpieczne. Czekamy, żeby przejść do Polski, ale tam też nas pewnie aresztują, bo nie mamy siły normalnie iść. Jesteśmy wycieńczeni, bez wody i jedzenia, przemoczeni i wyziębieni. Nie mamy sił, by uciekać przed polskimi żołnierzami. Na pewno nas złapią i odeślą do Białorusi”.

Tam, gdzie ich zbierają i „gonią” z powrotem

Khaled początkowo mi nie ufa. Ja nic o sobie nie piszę. Wie tylko, że o pomoc poprosił mnie wspólny kolega z Heratu. Może irytują go pytania, które zadaję? Dlaczego nie sprawdziliście, co się dzieje na granicy? Przecież w każdym miejscu na świecie nielegalne przekraczanie granicy wiąże się z ryzykiem potężnych kłopotów.

„Nic nie wiedzieliśmy o tej pułapce. Nie czytamy wiadomości od lat, bo są same złe. Teraz już za późno” – stwierdza Khaled.

Kolejnego dnia wypchnięci przez Białorusinów docierają do polskiej granicy na wysokości wsi Krzysztoforowo niedaleko Nowego Dworu. Żołnierze akurat rozciągają drut kolczasty, a cały odcinek obstawiony jest szczelnie naszym wojskiem.

„Jesteśmy na granicy i rozmawiamy z żołnierzami. Wycelowane są w nas karabiny maszynowe. Myślę, że nas zabiją” – wymęczonemu Khaledowi puszczają nerwy i szlocha do telefonu.

Cofnąć się nie mogą, bo za plecami Białorusini. W nocy siąpi deszcz. Palą ognisko ze skarpetek, żeby się ogrzać. Polscy żołnierze stoją spokojnie. Tylko na nich patrzą.

„Jeśli wrócimy do białoruskich żołnierzy, dadzą nam pewnie coś do picia i jedzenia, ale w środku nocy zmuszą nas do przekroczenia granicy” – pisze Khaled.

Kolejnego dnia udaje im się wejść 6 kilometrów w głąb polskiego terytorium, ale zostają złapani przez straż graniczną. Push-back i ponownie Białoruś.

Tym razem Białorusinom kończy się cierpliwość. Informują, że jak tej nocy grupa nie przejdzie do Polski, to zabiorą im telefony, a bez nich z pewnością umrą w lesie.

W nocy przychodzi wiadomość od Khaleda:

„Przejście granicy oceniam na 20 proc., jest bardzo dużo wojska, musi nam ktoś od razu pomóc, bo nie mamy już sił chodzić po lesie”.

Tej nocy udaje im się przejść do Polski. Padają jednak z wycieńczenia w strefie stanu wyjątkowego. Są pogryzieni przez psy, pobici, przemoczeni, głodni i spragnieni. Do miejsca, gdzie można by im okazać realną pomoc, brakuje może 500 metrów. Mimo to po trzech godzinach docierają do nich aktywiści Grupy Granica. Dają jeść i pić, przywożą ciepłe ubrania. I szybko wynoszą się ze strefy. Zastanawiają się, czy nie wezwać karetki, ale ta niechybnie ściągnie na głowę Afgańczyków policję i straż graniczną. A to oznaczałoby kolejny push-back.

Mimo to pierwszy raz słyszę w głosie Khaleda radość:

„Teraz wiem na pewno, że nie jesteś policjantem!” – cieszy się.

Przez resztę dnia chłopcy odpoczywają ukryci w krzakach i niecierpliwie wyczekują nocy.

Grupa Granica: To nie jest kryzys migracyjny, ale humanitarny

W tym czasie konsultujemy się wspólnie z Ocaleniem, Joanną Kluzik-Rostkowską i Piotrem Pytlakowskim, co robić na wypadek, gdyby udało im się wyjść ze strefy. Myślimy, że rano grupa będzie poza strefą i może się ujawnić straży granicznej. O lokalizacji i godzinie ujawnienia będą poinformowane media. Chłopcy powinni złożyć wniosek o ochronę międzynarodową i zadeklarować chęć pozostania w Polsce, a Marianna Wartecka z Ocalenia będzie ich pełnomocnikiem wobec SG.

Grupa opuszcza krzaki późno w nocy. Chyba pierwszy raz czują, że być może się uda. W nocy wpadają jednak na patrol SG i uciekają w różne strony. Dwóch z trzech Afgańczyków poznanych w busie pod Moskwą się gubi, natomiast czwórka informatyków przed świtem spotyka się pod wyznaczoną wcześniej lokalizacją niedaleko Biebrzy.

Około ósmej rano na miejscu pojawia się Ocalenie, media i funkcjonariusze straży granicznej z placówki w Nowym Dworze. W tym momencie na parę tygodni kontakt z programistami się urywa.

Od Marianny, która towarzyszy Afgańczykom, wiem, że zostają przewiezieni do Nowego Dworu, gdzie po tygodniu w lesie mogą wziąć prysznic, jeść i wyspać się w cieple. Straż graniczna odbiera im telefony komórkowe. Grupa jest wnikliwie weryfikowana. Na tym etapie nie jesteśmy przekonani, czy jest to happy end. Czekamy na decyzje. Za jakiś czas mają zostać przewiezieni do obozu zamkniętego. Początkowo jest mowa o Białymstoku, więc liczę na to, że uda mi się chłopaków odwiedzić, jednak ostatecznie lądują pod granicą polsko-niemiecką.

Historia Khaleda spisana na papierze

„Witaj, Andrzej, piszę ten list z zamkniętego obozu w Polsce. Nie znam jego dokładnej lokalizacji, ale znalazłem ten adres: Wędrzyn Murowane, 69-200, Sulęcin, Polska. Jest tu bardzo źle, wczoraj dwóch Afgańczyków w obozie próbowało popełnić samobójstwo, ale ich odratowano. Mamy nadzieję, że nie spędzimy tu jak niektórzy wielu miesięcy…

Abdul Khaled Mohebi. Fot. archiwum prywatne

A teraz opowiem ci naszą historię. Spisuję ją na kartce, bo telefony nam zabrano, a tygodniowo przysługuje nam tylko 15 minut w sieci.

Nazywam się Abdul Khaled Mohebi. Jestem coachem afgańskiej reprezentacji w programowaniu komputerowym na finale akademickich mistrzostw świata w programowaniu zespołowym (International Collegiate Programming Contest, ICPC) w Moskwie.

Ja i cały mój pięcioosobowy zespół pracowaliśmy dla różnych zachodnich firm technologicznych. Ze względu na współpracę z obcokrajowcami baliśmy się, że możemy zostać aresztowani lub zabici przez talibów. Wielu z 300 pracowników firmy Moore Afghanistan, dla której pracowaliśmy, zostało ewakuowanych przez Amerykanów do Stanów Zjednoczonych, ale nam się nie udało. Gdy podjeżdżaliśmy na lotnisko, doszło do krwawego zamachu, który przeprowadziło Państwo Islamskie. Talibowie zatrzymali nasz autobus i nie dali nam się dostać pod bramę. Potem było już za późno. Ewakuacja się zakończyła. Mieliśmy pecha.

Wysyłaliśmy mejle do różnych organizacji z krajów europejskich, do USA, Kanady i ONZ z prośbą o pomoc. Niektórzy nie odpowiadali w ogóle, jeszcze inni pisali, że ich pracownicy nadal są w Kabulu, że sytuacja jest zła, ale nie mogą nam pomóc. Jednak ICPC postanowiło nam pomóc. W 2019 wygraliśmy regionalne, azjatyckie akademickie mistrzostwa świata w programowaniu zespołowym i zakwalifikowaliśmy się do światowego finału w Moskwie w 2021 roku. Organizacja obiecała, że pomoże nam zdobyć rosyjską wizę w którymś z krajów ościennych.

Drużyna afgańskich informatyków w Moskwie. Fot. archiwum prywatne

Nie mieliśmy wyboru i musieliśmy ruszyć do Pakistanu, Tadżykistanu, Uzbekistanu lub Iranu. Talibowie zamknęli granice, ale dowiedzieliśmy się, że irański konsulat w Heracie może nam wystawić wizy studenckie. Nasza uczelnia poświadczyła za nas w specjalnym liście i po tygodniu dostaliśmy odpowiedź, że irańskie wizy otrzyma cały nasz zespół: ja, Abdul Hussain Mozaffari, Neamatullah Saedi, Ruhollah Nazari i Hassan Ehsari.

Największym problemem było dotarcie do Iranu. Podzieliliśmy się na trzy grupy i oddzielnie ruszyliśmy autobusami z Kabulu do Heratu. Każdy z nas miał ze sobą tysiąc dolarów. Na tydzień zatrzymaliśmy się u przyjaciela w Heracie, a potem taksówką przez przejście graniczne Islam Qala pojechaliśmy do irańskiego Meszhedu.

Mieliśmy ze sobą wszystkie dokumenty świadczące o naszym wykształceniu oraz doświadczeniu zawodowym i to był największy problem, bo talibowie przeszukiwali wszystkie samochody, żeby wyłuskać takich jak my.

Zespół ICPC wylatuje z Iranu. Fot. archiwum prywatne

Udało nam się przedostać przez wszystkie punkty kontrolne, przejście graniczne i w końcu szczęśliwie dotarliśmy do Meszhedu. Do Teheranu dojechaliśmy pociągiem, odebraliśmy wizy rosyjskie i polecieliśmy do Moskwy.

Na początku byliśmy bardzo szczęśliwi, bo odezwano się do nas z kilku krajów. Zaproponowano nam stypendia w Rosji, Włoszech, Hongkongu, na Słowacji oraz pracę w Niemczech. Rosjanie mogli nam dać dłuższą wizę studencką, dopiero jakbyśmy wrócili do Afganistanu, z kolei inne kraje wymagały dłuższej wizy rosyjskiej, by przyznać nam swoją. Niemcy powiedzieli, że dadzą nam wizę, ale dopiero po sześciomiesięcznym pobycie w Rosji. Niestety, nasza rosyjska wiza studencka była ważna tylko miesiąc. Rosjanie nie chcieli przedłużyć wizy, a po upływie jej ważności znaleźlibyśmy się w Moskwie nielegalnie i jak nam powiedziano: »zrujnowalibyśmy sobie przyszłość«.

Ostatniego dnia pobytu w Moskwie postanowiliśmy jechać do Polski, najbliższego kraju europejskiego. Z pośrednikiem, Afgańczykiem żyjącym w Moskwie, skontaktowali nas inni moskiewscy Afgańczycy. Tłumaczyli, że to bardzo proste i bez problemu znajdziemy się w Polsce, że już wielu przed nami się udało.

Pośrednik zażądał od każdego z nas po 2,5 tysiąca euro. Nie mieliśmy takich pieniędzy przy sobie.

»Nie ma problemu – odpowiedział – zrobimy to przez havala (bezprzelewowy system transferów pieniężnych w świecie islamu – przyp. red.). Wasze rodziny w Afganistanie zbiorą fundusze i przekażą naszemu człowiekowi w Kabulu«.

Ojcowie wysupłali dla nas ostatnie oszczędności, zapożyczyli się u kuzynów, nasze matki posprzedawały biżuterię i złoto. Wcześniej po konsultacjach z rodzinami wiedzieliśmy, że nie mamy po co do Kabulu wracać.

Nie mieliśmy pojęcia o sytuacji między Polską a Białorusią, ale też nie mieliśmy wyboru. O czwartej rano pojechaliśmy taksówką pod Moskwę pod podaną nam przez Afgańczyka lokalizację. Czekał tam na nas Białorusin w zaparkowanym przy szosie minibusie. Jednemu z naszej grupy, Hassanowi Ehsariemu, nie udało się dotrzeć w umówione miejsce i został w Moskwie.

W środku busa siedziało już trzech Afgańczyków, którzy znali rosyjski. Między Rosją a Białorusią nie było żadnej kontroli. Już na Białorusi kierowca stanął na stacji i zażądał od każdego po 100 euro. Stawialiśmy się, że nie było tego w umowie, że zapłaciliśmy już kupę pieniędzy, ale Białorusin odparł, że jak nie zapłacimy, to nas tam zostawi, wróci sobie do Moskwy, a nas złapie policja.

Gdy dojechaliśmy pod granicę, była może dwudziesta. Powoli ciemniało. Kierowca powiedział, że jak pójdziemy lasem kilometr na zachód, to będziemy w Polsce. Poszło nas czterech i tych trzech nieznanych nam Afgańczyków. Bardzo szybko zostaliśmy aresztowani przez białoruskich pograniczników, którzy zapakowali nas do wojskowego samochodu i wywieźli w inne miejsce w lesie.

»Stąd możecie się dostać do Polski. Idźcie śmiało. Pamiętajcie, że do Białorusi nie macie już drogi powrotnej« – powiedział dowódca.

Gdy dotarliśmy do miejsca, które nam wskazano, okazało się, że granicy nie da się przekroczyć, bo roi się tam od polskich żołnierzy. Kiedy powiedzieliśmy to białoruskim żołnierzom, zaczęli umierać ze śmiechu. Dowódca rżał: »Jesteście w złym miejscu o złej godzinie«.

Spędziliśmy na tej ziemi niczyjej trzy dni bez picia i jedzenia. Białorusini ukradli wszystkie pieniądze jednemu z nas – Neamatullahowi. Reszta zdołała je ukryć.

Trzeciego dnia postanowiliśmy spróbować wrócić do Białorusi, by dostać się z powrotem do Moskwy. Nie wzięliśmy jednak pod uwagę, że w instalacjach granicznych są czujniki, i po pięciu minutach pojawili się żołnierze z psami, które się na nas rzuciły. Wszyscy w popłochu ruszyliśmy do ucieczki, każdy w inną stronę, ale po jakimś czasie złapano sześciu z nas. Jednemu koledze, Mozaffariemu, udało się uciec. Psy nas gryzły, straszyli nas bronią, żebyśmy powiedzieli, gdzie jest Mozaffari, ale milczeliśmy. Byliśmy przekonani, że nas zastrzelą, ale chcieliśmy, żeby nasz kolega uciekł, poinformował o nas rodziny i ściągnął pomoc.

Znów zapakowali nas do samochodu i przewieźli 12 kilometrów dalej. Na miejscu byli białoruscy komandosi. Jeden z nich był miły. Powiedział nam, żebyśmy nigdy nie próbowali już uciekać do Białorusi, ale żebyśmy się zrelaksowali, bo wskaże nam pewną drogę do Polski. Była czwarta rano. Po czterech dniach bez wody i jedzenia nie byliśmy już w stanie normalnie maszerować. Przeszliśmy 5 kilometrów i położyliśmy się w lesie odpocząć. Znalazło nas dwóch białoruskich żołnierzy, którzy zaprowadzili nas do podziemnego schronu. Dali nam po kromce chleba i szklance wody. Dalszą historię znasz…”

W obozie

Khaled z obozu w Wędrzynie, gdzie przetrzymywanych jest około 600 mężczyzn:

„Dwa dni temu wybuchł bunt, ale nie braliśmy w nim udziału, żeby nie pogarszać swojej sytuacji. Z policją walczyli Irakijczycy, Czeczeńcy i Czarni. Musisz widzieć, że to nie jest zwykły obóz, ale więzienie zarządzane przez straż graniczną ze swoją hierarchią […] Jest tu wielu kryminalistów, których władze chcą chyba deportować. Wychodzimy z baraku rzadko, żeby nie wpaść na tych zakapiorów.

O trzeciej w nocy wpadli mundurowi, wygonili nas na dwór, gdzie staliśmy do rana, a w tym czasie żołnierze poniszczyli w środku wszystko, co się dało. Wnętrze baraku zostało zdemolowane […].

Ponieważ ktoś namalował na budynku napis »FREE CAMP«, to wojsko wpadło ponownie i przy użyciu paralizatorów chciało dojść, kto za tym stoi. Pięciu Afgańczyków potraktowano paralizatorem, ale nikt się nie przyznał, bo to nie nasza robota.

Bardzo boimy się tu zostać. Boimy się mundurowych, którzy po buncie są wściekli, i boimy się kryminalistów, którzy nie mają nic do stracenia, a wydają się bezkarni. Nie mamy pojęcia, jak wyglądają inne obozy, ale trudno sobie wyobrazić cięższy obóz dla uchodźców”.

Po interwencji posłanki Joanny Kluzik-Rostkowskiej u straży granicznej afgańskich informatyków natychmiast przeniesiono do zamkniętego obozu w Krośnie Odrzańskim.

„To prawdziwy obóz, warunki są w porządku” – napisał od razu Khaled.

Chłopak w czasie rutynowej wizyty u obozowej pani psycholog na pytanie, jak się czuje, odpowiedział, że świetnie. Pani psycholog trudno było uwierzyć. Przez translator dawała nawet znać, że nie wierzy słowom Khaleda. Nie była też w stanie pojąć, jak 23-latek może mieć tak duże doświadczenie zawodowe, ale jak wytłumaczyć, że w kraju takim jak Afganistan mężczyźni zaczynają funkcjonować jak dorośli bardzo wcześnie.

„Wszyscy kłamiecie” – dukał translator.

Moja żona od razu zorganizowała paczki dla chłopaków. Ja założyłem zbiórkę, by wspomóc ich po wyjściu na wolność, choć ich były pracodawca z Moore Afghanistan, który został ewakuowany do Stanów Zjednoczonych, zaproponował im kontynuowanie współpracy na odległość, gdy opuszczą obóz.

Po moich apelach na FB warszawska rodzina zadeklarowała, że przyjmie chłopaków w swoim żoliborskim domu, gdzie będą mogli dojść do siebie po miesiącach ekstremalnej tułaczki.

Czy jest to już happy end?

*

Materiał powstał dzięki wsparciu Fundacji im. Róży Luksemburg.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij