Czytaj dalej, Historia

Inspektorka pracy bohaterką książki?

Krahelskie

Czy to takie dziwne, że osoba, która ma możliwości, przystępuje do działania? Ludzie nie zaczynają być aktywni i bezkompromisowi, gdy codziennie muszą zarobić na chleb, a z roboty wracają styrani, bo przez dwanaście godzin przesuwali szpulki. Z Olgą Gitkiewicz, autorką książki „Krahelska, Krahelskie”, rozmawia Joanna Wiśniowska.

Joanna Wiśniowska: Inspektorka pracy bohaterką książki? Ktoś pomyśli – „ale nuda!”.

Olga Gitkiewicz: O tematach moich poprzednich książek – Nie hańbi o pracy i Nie zdążę o wykluczeniu komunikacyjnym – też to mówiono, więc inspekcja pracy wpisuje się tu bardzo dobrze.

Ta pozornie nudna inspektorka pracy to Halina Krahelska, na którą trafiłaś, pracując nad swoją pierwszą książką.

Zastanawiam się, dlaczego ona mnie tak zainteresowała… W międzyczasie realizowałam inne tematy, ale do Krahelskiej ciągle wracałam, żeby podejrzeć, co robiła w życiu. Szybko okazało się, że nie była tylko inspektorką, miała bardzo bogate życie. Była zaangażowana w działalność PPS-u w Odessie, więziono ją za działalność w studenckich organizacjach niepodległościowych, zesłano na Syberię. To wszystko działo się do 1918 roku. Już samo to w przypadku wielu mężczyzn wystarczyłoby, żeby zbudować obszerną biografię.

Gdy Polska uzyskała niepodległość, Halina przyjechała do rodziców do Krakowa. Tworzyło się państwo, a ona zatrudniła się w inspekcji pracy. Oprócz Krahelskiej pracowało tam wiele superfajnych babek. Lubię porównywać historię z tym, co dzieje się dziś, a akurat interesuję się współczesną inspekcją pracy, co zresztą też może wydawać się nudne. W każdym razie dziś inspekcja jest inną instytucją.

Jak inną?

Stała się instytucją fasadową. Wiecznie niedofinansowaną, choć wtedy też taka była, ale wynikało to z innych przyczyn – z powojennego kryzysu. Tylko że wówczas rządzący byli zgodni co do tego, że trzeba wprowadzać prawo pracy czy osłony pracownicze – przecież pierwsze niepodległe rządy były socjalistyczne.

Teraz inspektorzy i inspektorki nie mają właściwie żadnych możliwości wpływania na to, co dzieje się w zakładach pracy. Jest ich mało, a gdy jadą na kontrolę, to zwykle pracodawca jest o tym wcześniej informowany. W tamtych czasach poczynali sobie dość śmiało, wpadali bez zapowiedzi, często w nocy. W okręgu warszawskim dogadywali się w naście osób, wsiadali w taksówki i jechali w różne miejsca Warszawy, żeby zobaczyć, co tam się dzieje. Teraz zmasowane akcje są co najwyżej na Facebooku czy Twitterze.

Halina Krahelska złapałaby się za głowę, gdyby zobaczyła, jak działa teraz inspekcja pracy?

Raczej byłoby jej gorzko. Zrobię duży skok do momentu, w którym umierała w Ravensbrück. W tym czasie spisywała wytyczne – bazując na swoich przemyśleniach i obserwacjach – do funkcjonowania inspekcji pracy w niepodległej Polsce. Była absolutnie przekonana, że po wojnie inspekcja pracy będzie miała duże uprawnienia i będzie silną instytucją. Nie była – i po 1989 roku nadal nie jest. To konsekwencja drogi gospodarczej i społecznej, którą wybraliśmy.

Jest takie prawo, które można łamać niemal bezkarnie: prawo pracy

Halina była tak zaangażowana w sprawy pracownicze mimo swojego pochodzenia czy właśnie z jego powodu?

Pochodziła z mieszczańsko-ziemiańskiej rodziny. Ale ukochała klasę robotniczą, uważała ją za najlepszą i najwspanialszą, więc nawet gdy robotnicy postępowali nie do końca w porządku, starała się ich usprawiedliwiać.

Ale czy to takie dziwne, że osoba, która ma możliwości, przystępuje do działania? Ludzie nie zaczynają być aktywni i bezkompromisowi, gdy codziennie muszą zarobić na chleb, a z roboty wracają styrani, bo przez dwanaście godzin przesuwali szpulki. Jak się spojrzy na działaczy PPS-owskich, to wśród nich wielu było pochodzenia ziemiańskiego. Marks też przecież nie był robotnikiem, pochodził z zamożnej prawniczej rodziny.

Naturalną linią życiową Haliny byłoby bycie osobą z towarzystwa, granie w karty, wydawanie przyjęć i towarzyszenie mężowi. Ale ona wybrała drogę rewolucji. Uważała, że niektórzy ludzie rodzą się z takim pierwiastkiem buntu.

Jak kobiety uczyły się mówić

Mówiłaś o wyrozumiałości wobec robotników, ale wobec zamożnych i uprzywilejowanych nie miała jej w ogóle.

To był ciekawy wariant chłopomanii. W swoich wspomnieniach Krahelska opisywała podróż do Polski po rewolucji. Jechała z pierwszym mężem, Józefem Grabianką, w fatalnych warunkach, z mnóstwem przesiadek, czasami – gdy zabrakło torów – część trasy pokonywali na piechotę czy furmankami. Często towarzyszyli im rewolucyjni żołnierze, wielu z nich wywodziło się z chłopstwa. Zachowywali się w mojej ocenie skandalicznie, naruszali jej intymną przestrzeń. A jednak ona ich tłumaczyła, że tacy są, takie ciężkie życie mają, trzeba to zrozumieć. Zawsze starała się tłumaczyć robotników i chłopów.

Za to gdy pisała coś o zamożniejszych osobach, była bardzo wymagająca i ironiczna. Gdy w trakcie drugiej wojny światowej pisała pamiętnik, wspominała, że dla wielu z nich wojna sprowadzała się do zasadniczego pytania – jak wyekspediować z Warszawy fortepian czy najnowszą kochankę.

Była komunistką?

Krytykowała polski komunizm, sama była marksistką. Ale po wojnie jednoznacznie określano ją jako komunistkę. Byłam ciekawa, czy rzeczywiście nią była, czytałam i analizowałam jej teksty, jednak tak naprawdę nie znalazłam nic, co by mogło o tym przesądzać. Nie podobały jej się bliskie związki polskich komunistów z Rosją, uzależnienie od innego kraju, zwłaszcza tego, który przecież miał dużo na sumieniu w stosunku do Polaków. Krytykowała też ich program.

Dunin: Moje siostry komunistki?

W co się angażowała?

We wszystkie kwestie społeczne, które akurat były palące. Jej aktywność była powiązana z czasami, w których żyła, ona zawsze zabierała głos, gdy w Polsce działo się coś niepokojącego. Kiedy w latach 30. wybuchł kryzys, to pisała o biedzie, niskich zarobkach, strajkach. Gdy chwilę później zaczęły się wypełniać więzienia, powiązała to z kryzysem. Wprost pisała, że w celach siedzą ludzie skazani za kradzieże, którzy nie mieli co jeść w kryzysie, bo upadły fabryki.

Krytykowała też zwrot sanacyjny w polskiej polityce. Piłsudski podobał jej się, dopóki był lewicowcem i socjalistą. Bardzo nie podobało jej się zbliżenie z Niemcami. Już na początku lat 30. ostro pisała o Hitlerze. Krytykowała wszelkie prądy faszystowskie i nacjonalistyczne. ONR-u nienawidziła z całej duszy. Gdy jej nastoletnia córka podczas jednej z podróży otrzymała ich ulotkę, podarła ją i wyrzuciła przez okno. Po powrocie do domu opowiedziała o tym matce, a ta wychwalała ją: „Wspaniale, Myszko, zrobiłaś, wspaniale! Inaczej postąpić nie mogłaś!”.

Dlaczego nagle zwróciła uwagę na literaturę?

Uważała, że literatura piękna jest zbyt miałka. Twierdziła, że trzeba zrobić coś „z życiem”. Zaangażowała się w działalność Zespołu Literackiego „Przedmieście”, w którym literaci chcieli pokazywać, jak wygląda życie poza Warszawą, poza centrum. Halinie wydawało się, że ona im powie, co trzeba robić. Ale tam byli ludzie, którzy sami dobrze wiedzieli, czego chcą, literaci o znanych nazwiskach, Helena Boguszewska, Zofia Nałkowska, Gustaw Morcinek. Nie podobało im się, że Krahelska narzuca im światopogląd. Poproszono ją więc, żeby się już nie angażowała. Mimo że wycofała się z „Przedmieścia”, napisała dwie bardzo zaangażowane społecznie powieści.

Za sprawą jednej z nich trafiła przed sąd.

Chodziło o Strajk polski, w którym bardzo wiernie – zmieniając pewne fakty i didaskalia – odtworzyła strajk w fabryce Semperit w Krakowie. Mimo że przerobiła rozmaite szczegóły, wojewoda krakowski poczuł się urażony, podobnie jak inspekcja pracy i policja. I przez to trafiła przed sąd. Mogła pewnie dostać wyższy wyrok niż grzywna w wysokości tysiąca złotych, ale wzięto pod uwagę, że miała na koncie wiele społecznych aktywności.

Za drugą książkę, Zdrada Heńka Kubisza, o Śląsku, też była krytykowana. Pisała w niej o ludziach z kopalń pozbawionych perspektyw – a przecież obowiązywał dyskurs o potężnym Śląsku.

Jej konikiem były prawa kobiet.

Tak. Wówczas już niektóre kobiety wprost określały się jako feministki. U Haliny nie znalazłam tego słowa, ale ewidentnie prawa kobiet i równouprawnienie leżały jej na sercu. Zwracała uwagę na to, że kobiety nie awansują, mniej zarabiają – i to nie tylko robotnice, ją także to dotknęło. Sama poszła po awans w inspekcji, uznała, że jej się należy, bo tak ciężko i dobrze pracuje. Ale została odesłana, co bardzo jej się nie podobało. To samo widziała u koleżanek z pracy, które mimo wyższych kwalifikacji zajmowały niższe stanowiska.

Zwracała też uwagę na fizyczną stronę kobiecości, co wtedy nie było bardzo mainstreamowe. Pisała nie tylko o ciąży, karmieniu czy połogu, ale wprost postulowała, że trzeba planować macierzyństwo, że musi być antykoncepcja. Była orędowniczką otwierania Poradni Świadomego Macierzyństwa, nad którymi czuwali Justyna Budzińska-Tylicka i Tadeusz Boy-Żeleński. Wprost pisała, że dla mężczyzny w ogóle nie istnieje kwestia lęku przed niechcianą ciążą czy związanymi z nią konsekwencjami. Uważała, że prawdziwym równouprawnieniem będzie umożliwienie kobietom sensownego planowania ciąży. Dopuszczała też myśl, że kobiety mogą nie chcieć mieć dzieci.

„Największa zbrodnia prawa karnego”

Bardzo współczesna ta Halina.

No tak. Jednocześnie była panią, która chodziła do modystki, grała w gry karciane, wyjeżdżała na letnisko, miała trójkę dzieci i męża dyrektora. Robiła te wszystkie rzeczy, które były właściwe dla jej klasy społecznej, a jednocześnie była totalnie współczesna. Ale teraz zastanawiam się, czy to ona była współczesna, czy to my ciągle drepczemy w kółko. I raczej uważam, że to drugie.

To pokazuje, gdzie my w Polsce jesteśmy?

Tak, jesteśmy w dupie. Gdy czytałam jej teksty, to nie miałam w sobie zachwytu: „Wow, jaka mądra babka!”. Byłam totalnie wkurzona, że tak naprawdę nic nie zrobiliśmy. Wiem, że jeśli chodzi o prawa pracownicze, komunizm był wyrwą, ale później jaką drogą poszliśmy? Czytałam wczoraj o strajku w Cebi Poland, bardzo kibicuję tym pracownikom i związkowi, który doprowadził do strajku, co w Polsce nie jest łatwe. To są miesiące układów i prób mediacji. I co teraz mówi szef tej fabryki? Że jest rozczarowany, że związek nie rozumie jego sytuacji. Ja bym to chciała odwrócić i zapytać, czy on rozumie sytuację osób, które zatrudnia!

Owszem, z rozmaitych badań opinii wynika, że ludziom generalnie żyje się lepiej, że poprawiają się pewne wskaźniki jakości życia. Jest 500+, w czasie pandemii były wypłacane zapomogi, np. dla twórców albo przedsiębiorców, ale to tylko pudrowanie stanu, w jakim jesteśmy. Po stu latach – odkąd Halina Krahelska pracowała w inspekcji pracy – mamy fatalne warunki zatrudnienia, dalej obchodzi się prawo pracy.

Do tego regularnie – jak szambo – wybija nacjonalizm. Przestał być czymś, co się krytykuje. Teraz można zaprosić nacjonalistę do mediów, można zapytać go o opinię. Dochodzi do normalizacji czegoś, co powinno być poddane krytyce. Kolejna kwestia, we Francji właśnie ogłoszono, że antykoncepcja i opieka ginekologiczna mają być darmowe dla kobiet do 25. roku życia. A u nas? Utrudniony dostęp do opieki ginekologicznej, antykoncepcja jest zastrzeżona dla kobiet, które mogą sobie pozwolić na prywatne wizyty u lekarzy i wykupienie recept. Nie wiem, co my robimy. W ogóle nie uczymy się historii, a przecież tak stawiamy na nią i na pamięć.

Czy PRL wyzwolił kobiety?

Może przez to, że naszymi bohaterkami nie są inspektorki pracy, a jedynie – jeśli w ogóle wynosimy na piedestał kobiety – żołnierki i sanitariuszki?

Nawet Piłsudski, który jest tak hołubiony – stawia mu się ławeczki i pomniki – to ten Piłsudski po 1926 roku. Nie ten, który w Londynie drukował broszury PPS-u i rozważał z chłopakami, co by tu sensownego zrobić. Ani nie jest to Piłsudski, który ramię w ramię z robotnikami brał udział w akcjach bojowych PPS-u. Ani ten, który stawiał na prawa socjalne. Zapomina się, że Piłsudski był socjalistą. Za to podkreśla się czas, w którym był dyktatorem.

Dlaczego tak jest?

To chyba moment, w którym mogę użyć słowa „neoliberalizm” – bo ten model wybraliśmy po 1989 roku. Wciąż wolimy wierzyć w niewidzialną rękę rynku, która nam pięknie wyreguluje życie, pod warunkiem że będziemy wstawać godzinę wcześniej i w ogóle wystarczająco się starać. Osłony czy prawa socjalne kojarzymy bardziej z kimś, komu się nie udało.

I to też rzutuje na to, w jaki sposób patrzymy na naszych bohaterów narodowych, i wpływa na naszą zbiorową wyobraźnię?

Zastanawiam się, czy my w ogóle mamy jakąś masową wyobraźnię. Nie wydaje mi się. Tak samo jest z rzeczywistą zbiorową pamięcią. To pozory, jakieś odpryski pamięci, które widać w dyskursie publicznym, w mediach, w wypowiedziach polityków. Ale nie mam poczucia, żebyśmy współdzielili jakąś pamięć. Może chodzi o to, że jesteśmy bardzo nierównym, podzielonym społeczeństwem? Ciągle nie umiemy sobie tego opowiedzieć, chyba nie lubimy też o tym myśleć. Sto lat temu Halina Krahelska krzyczała o tym na co dzień.

Kowalczyk: Role i władza podzielone są przeważnie po staremu

Brakuje nam dziś Haliny Krahelskiej?

Z tym swoim przekonaniem, że wie wszystko najlepiej, pewnie byłaby irytująca, a przez to nie wiem, czy jej głos wybrzmiewałby z taką siłą, na jakiej by jej zależało. Ale między innymi dlatego napisałam książkę o niej, bo uważam, że takie osoby, które nieustająco patrzą władzy na ręce i nie boją się jej ostro krytykować – są potrzebne w takim kraju jak Polska.

Inną bohaterką twojej książki jest Krystyna Krahelska, bardziej znana i rozpoznawana. Według ciebie nie przez przypadek?

Mam teorię, że ona realizowała ten model kobiecości, który jest najbardziej pożądany. Halina Krahelska nie grała tradycyjnych kobiecych ról, a Krystyna wpisywała się idealnie w postać kobiety bohaterki. Harcerka, poetka, śpiewaczka, do tego jasne włosy, poświęcenie, ofiarność, nieśmiałość. Tak się kojarzy. Jeśli rozbroi się te wszystkie kategorie, przyjrzy jej losom, to widać, że miała swój charakter, o wiele bardziej skomplikowany. Tylko nie chcemy tego widzieć. Wolimy pamięć o „pięknej Krysi”. Moim zdaniem to okropne, co zrobiliśmy Krahelskiej, wybierając taką pamięć o niej.

I teraz mam problem, jak w tę opowieść wpleść trzecią bohaterkę twojej książki, Wandę.

Kiedy pisałam tę książkę i miałam ją już ułożoną w głowie, wyobrażałam sobie, że Halina była taką bohaterką, która ciągle wzrastała – to jej rusztowanie stawało się coraz wyraźniejsze i mocniejsze. Krystyna była nieuchwytna i giętka. A Wanda w tym trio była dla mnie taką osobą, która się coraz bardziej rozmywała.

To mnie uderzyło. Przecież jej życie zaczęło się tak mocno. Dołączyła do PPS-u jako 18-latka i wydawałoby się, że czeka ją przyszłość rewolucyjna. Przecież to ona wraz z koleżankami dokonały zamachu na carskiego namiestnika. Swoją drogą, z niewiadomych przyczyn to ten – nieudany przecież – zamach jest bardzo dobrze opisany i wspominany.

Może dlatego, że brały w nim udział kobiety?

Prawdopodobnie tak. Ale później Wanda Krahelska stała się osobą niewidoczną, pozostającą zawsze w cieniu. Owszem, ciągle działała charytatywnie, była zaangażowana społecznie, a później założyła fantastyczne pismo „Arkady”, które nawet teraz świetnie się czyta. Ale do dziś, jeśli się o niej pamięta, to głównie w kontekście zamachu.

Dlaczego tak przygasła?

Myślę, że mogłaby mieć biografię co najmniej tak obszerną jak Halina Krahelska, tylko że ona nie miała w sobie tej megalomanii. Na Polesiu wpojono jej skromność. I ona trzymała się tego „bądź skromna” czy „sami cię zauważą, jak będziesz się wystarczająco starać”. I tak po cichu robiła swoje.

Sama też nie zadbała o pamięć o sobie, nie spisała wspomnień. Choć to wcale nie jest tak, że nie chciała, żeby o niej opowiadano, bo kilka razy zabrała głos w sprawie swoich dokonań, tylko że znowu w odniesieniu do zamachu. Historia Wandy jest świetnym przykładem tego, że nie jesteśmy w stanie przyjąć, że kobiety mogą przez całe życie mieć wiele fascynujących historii do opowiedzenia, a nie tylko jedną.

Po lekturze twojej książki widać, że w przypadku twoich bohaterek pamięta się raczej losy wojenne. Trzy kobiety pamiętamy przede wszystkim jako żołnierki?

Halina Krahelska jest upamiętniona przede wszystkim jako inspektorka pracy, działaczka społeczna. Ale rzeczywiście, w czasie drugiej wojny działała w konspiracji, podobnie zresztą jak Wanda i Krystyna. Kiedy się zestawi te życiorysy, widać pewien nacisk na tę żołnierskość: Wanda Krahelska dokonała zamachu bombowego, Krystyna Krahelska pisała żołnierskie pieśni i brała udział w powstaniu warszawskim.

Jako społeczeństwo nie cenimy kobiecych osiągnięć z czasu pokoju?

Wszystko jedno, w jakim czasie, po prostu nie cenimy.

**
Krahelska, Krahelskie okładkaOlga Gitkiewicz – reporterka i redaktorka, felietonistka miesięcznika „Znak”, współpracowniczka Instytutu Reportażu. Autorka reportaży Nie hańbi o polskim rynku pracy (nominacje do Nagrody Literackiej Nike 2018, Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki 2017 i Nagrody „Newsweeka” im. Teresy Torańskiej) oraz Nie zdążę o kryzysie polskiego transportu publicznego (Reporterska Książka Roku Grand Press 2020). W sierpniu nakładem Wydawnictwa Dowody na Istnienie ukazała się jej najnowsza książka Krahelska. Krahelskie.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Joanna Wiśniowska
Joanna Wiśniowska
Dziennikarka
Dziennikarka związana z „Gazetą Wyborczą Trójmiasto” i „Wysokimi Obcasami”, publikowała m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, newonce.sport i magazynie „Kopalnia. Sztuka Futbolu”.
Zamknij