Czytaj dalej

Po tej książce czytelnik zobaczy, że Kościół ma nieskończony apetyt

W Kanadzie uważano, że metodą regulacji rdzennej populacji jest kocyk zakażony prątkami gruźlicy. Dzieci spały pod tą samą pościelą, pod którą chorowało i umierało wcześniej inne dziecko. Tak było personelowi wygodniej, bo szkoły były przepełnione, a i tak ciągle pojawiały się nowe dzieci – mówi Joanna Gierak-Onoszko, autorka książki „27 śmierci Toby’ego Obeda”.

Grażyna Latos: Dlaczego w książkach i tekstach o Kanadzie tak rzadko padają określenia „Inuici” i „Inukowie”?

Joanna Gierak-Onoszko: Bo chyba wciąż nie odrobiliśmy lekcji. Jesteśmy pokoleniem, które jadło lody „Eskimos”, nie do końca rozumiejąc, że to pojęcie determinuje określoną perspektywę na ludzi Północy. Z wygody i przyzwyczajenia nie chcemy tego zmieniać. Tymczasem to słowo określało zjadaczy surowego mięsa i było inwektywą. Biali badacze mieli je za pojemną nazwę, która określa przedstawicieli ludów zamieszkujących północne rubieże Ziemi.

Dzisiaj dociera do nas, że narzucone z zewnątrz etykiety są niesprawiedliwe i raniące. Określanie ludzi w sposób przez nas wybrany niekoniecznie odzwierciedla ich sposób myślenia o sobie i jest nie tylko niewłaściwe i niegrzeczne, ale też krzywdzące. Dlatego Kanada coraz częściej na mieszkańców swoich północnych ziem mówi tak, jak oni sami o sobie. Nazywa ich Inuitami lub Inukami.

Czy Justin Trudeau zatrzyma kolejną fazę kolonializmu?

Kanada zwraca na język jakąś szczególną uwagę?

Kanadyjczycy przeszli bardzo długą drogę do określenia swojej tożsamości. By to uczynić, musieli zrozumieć, skąd ona się wzięła. Kanadyjska tożsamość to zlepek tożsamości imigrantów oraz ludzi, którzy mieszkali tam jako pierwsi, czyli Pierwszych Narodów – rdzennych mieszkańców tamtych ziem. Historia pokazała, że języki tych różnych grup nie przystają do siebie. I że język może być narzędziem zadawania bólu.

Świadomego?

Niekoniecznie. Kiedy pochodzimy z różnych miejsc i różnych kultur, okulary, przez które patrzymy na tę samą rzeczywistość, też są różne. Postrzegając rzeczy w inny sposób, możemy nieświadomie krzywdzić. Dlatego Kanada od wielu lat dąży do tego, żeby język był narzędziem budowania mostów i porozumienia, a nie przyklejania łat, które ranią.

Ludobójstwo w Kanadzie i prawdziwy PRL

Brzmi świetnie, ale jak to robić?

Przeglądając ogłoszenia o pracę, zauważyłam, że w Kanadzie poza znajomością angielskiego lub francuskiego i prawem jazdy wymagana jest znajomość standardów CP, czyli Canadian Press.  Poszłam więc do lokalnej biblioteki i wypożyczyłam style book Kanadyjskiej Agencji Prasowej, który określa językowe ramy dyskusji publicznej. Dużo miejsca poświęca się w nim temu, jak odnosić się do rdzennych Kanadyjczyków. Na przykład żeby pytać, z jakiego są plemienia, i opisywać w sposób, który jest przynależny ich godności i jest elementem ich tożsamości. Jest też taka zasada, że jeżeli nie wiesz, jak wymówić czyjeś imię lub nazwisko, to trzeba o to zapytać.

Czyli słowo „Indianin” na stałe wykreślamy ze słowników?

My, wychowani na książkach Karola Maya, wyobrażamy sobie życie rdzennych mieszkańców tak, jak to odmalował ktoś, kto nie znał realiów – May nigdy nie był w Ameryce Północnej. W Kanadzie przyjęto, że słowo „Indianin” może funkcjonować pomiędzy rdzennymi – oni sami mogą się tak określać – oraz w kontekście historycznym. Określenie to występuje w aktach prawnych, np. w „Ustawie o Indianach”, która pochodzi z 1876 roku i obowiązuje po dziś dzień.

WyPiSdalać kontra ubekistan, czyli język jest najważniejszy

Obecnie w Kanadzie toczy się burzliwa debata na temat tego, czy nie zmienić tytułów dzieł sztuki. Jest taki maleńki obrazek pędzla Emily Carr, który przedstawia kapliczkę na tle ciemnego boru. Kiedyś nazywał się Indiański kościółek, ale w 2017 roku Kanada uznała, że to jest nadużycie, bo słowo „indiański” jest raniące i biali Kanadyjczycy nie powinni go używać. W roku 2018 tytuł dzieła zmieniono na Kościół we wsi Yuquot.

Czy takie zmiany łatwo się w Kandzie przeprowadza?

Cała debata na temat tego, czy wolno używać słowa „indiański” w kontekście kanadyjskiej historii tożsamości, jest bardzo trudna i konsensusu wciąż nie ma. Rozmowa jest bolesna, ale Kanadyjczycy uznali, że powinni ją odbyć. Często słyszę, że to jest jakaś hiperpoprawność polityczna. Bo z perspektywy naszego kraju, który jest bardzo homogeniczny etnicznie i kulturowo, przypomina to akademicką dyskusję rozdętą do granic absurdu. W Kanadzie, która jest mozaiką kultur i krajem zbudowanym na krzywdzie rdzennych mieszkańców, dyskusja na temat słów jest żywa i prawdziwa.

Postęp z gołą klatą [rozmowa z Katarzyną Wężyk]

A jakie znaczenie miała ta dyskusja dla ciebie?

Wychowana w Polsce, uczona w polskich szkołach i uniwersytetach, na początku tego nie rozumiałam. To się zmieniło, kiedy poczułam, jak ogromna kryje się za nią krzywda. Dlatego językiem trzeba operować bardzo ostrożnie. W przeciwnym razie można pogłębić rany. Przyjęłam to, choć na początku z oporami. Później uznałam, że wyjdę ze swojej strefy komfortu, że pozwolę sobie na nauczenie się czegoś nowego, nawet jeśli zakwestionuje to mój dotychczasowy sposób myślenia. Nie mogłam zignorować spraw kluczowych dla kanadyjskiej tożsamości, jeśli chciałam zrozumieć, w jakim momencie Kanada jest dzisiaj i jaka chce być w przyszłości. Dziś Kanadyjczycy mówią: tacy właśnie byliśmy, ale tacy być już nie możemy.

Jako reporterka nie jesteś nieomylna, ale się tego nie wstydzisz. Dyskutując o filipińskich pomocach domowych, zapomniałaś zaprosić je do rozmowy i sama to sobie wytykasz. Zrezygnowałaś z bardzo wygodnej roli reporterki-narratorki wszechwiedzącej, która objaśnia nam świat. Dlaczego?

Reportera bardzo często traktuje się jak przewodnika, który zna mapę na pamięć. I prowadzi czytelnika z punktu A do punktu B. Wszystko jest zaplanowane i ustrukturyzowane. Często jest taka pokusa, żeby reporter postawił siebie w roli demiurga. To bardzo wygodna formuła, bo pozwala pokryć własną niekompetencję i niewiedzę. Pewne rzeczy można pominąć, pewne wątki schować. I jeżeli reporter czegoś nie wie albo błądzi, to może o tym nie powiedzieć.

Ja uznałam, że ta książka będzie tym prawdziwsza, im bardziej pokażę moją drogę – od nawyku używania słowa „Indianin” na określenie mieszkańców Ameryki Północnej do przyjęcia perspektywy, która zakłada, że tego słowa w takim kontekście używać już dzisiaj nie można.

Wśród reporterów zaliczanych do „polskiej szkoły reportażu” trwa dyskusja o tym, czy reporter powinien objaśniać świat. Często mówi się, że reporter nie jest od dawania odpowiedzi, tylko od stawiania pytań. I to też jest super wygodna formuła, która zwalnia reportera od odpowiedzialności. Dlatego że nie wymaga się wówczas od niego, żeby dotarł do jakiejś prawdy, zweryfikował ją, udokumentował i objaśnił. Zamiast tego reporter zakłada wygodne kapcie, siada i mówi: „Tutaj zebrałem pewne informacje. Coś zobaczyłem, coś przeżyłem. A teraz wy się nad tym pochylcie”. To jest też przerzucanie odpowiedzialności na czytelnika.

Uznałam więc, że przywiezienie do Polski książki o Kanadzie, która dotyka tak skomplikowanej materii, wymaga tego, żeby być wobec czytelnika uczciwym. Żeby pokazać, że przedzieranie się przez warstwy procesu pojednania i przyznawania się do zadanych krzywd to trudna i skomplikowana droga, której nie da się przejść bez otarć, a nawet ran. Ale nie jestem też specjalistką od kanadyjskiej historii – udawanie, że jest inaczej, byłoby nieuczciwe wobec czytelnika. Uczciwie jest powiedzieć, że merytoryczną opiekę nad tym reportażem sprawował krakowski kanadianista, doktor Tomasz Soroka.

Domosławski: Biografia Kapuścińskiego była szansą na dyskusję o polskim reportażu. Szkoda, że ją zmarnowaliśmy

Decyzja o podjęciu tematu rdzennych mieszkańców zajęła ci rok. Dlaczego nie chciałaś o tym pisać?

Nie chciałam pisać przewodnika po kanadyjskich miastach i nie chciałam, żeby to była książka pocztówkowa. Wiedziałam, że to wymaga doskonałego przygotowania merytorycznego, niepodważalnej dokumentacji i bardzo czułego radaru. Reporterowi taka historia czasem zdarza się raz w życiu, a częściej – nigdy. Nie byłam pewna, czy jestem w stanie to wszystko udźwignąć. Wiedziałam, że taka książka może ukazać się tylko raz i że musi być napisana doskonale. Wiedziałam też, że tych zawiłości i warstw jest tak dużo, że sama muszę je zrozumieć, zanim spróbuję pokazać je czytelnikowi.

Ludwika Włodek: Czy prawda nas wyzwoli?

czytaj także

Myślę, że to dobrze robi tekstowi, gdy reporter jest do niego przekonany i czuje się na siłach go udźwignąć. Dlatego dla czytelnika, dla siebie samej i ze względu na bohaterów postanowiłam przygotować się merytorycznie. Przeszłam m.in. szkolenia na uniwersytecie w Albercie, które są prowadzone przez rdzenną kadrę profesorską i opowiadają o historii Kanady oraz o pojednaniu, stawiając bardzo trudne pytania. To mi dało dobrą perspektywę, niedostępną na co dzień polskiemu czytelnikowi.

Przejdźmy do tych traum i szarości. Twoimi bohaterami są ludzie, którzy jako dzieci byli zabierani od rodzin i wcielani do szkół z internatem. Te rozstania często były dramatyczne. Czemu miały służyć?

Dzieci w Kanadzie są i były objęte obowiązkiem szkolnym, ale nie był on dla wszystkich jednakowy. Dzieci z rdzennych rodzin najczęściej ten obowiązek realizowały w szkołach z internatem, oddalonych od ich rodzinnych miejscowości. I nie był to przypadek. Chodziło o to, żeby te dzieci nie tylko kształcić, ale także zerwać wszystkie sznurki łączące je z rodzicami. Dlatego wyrywano je jak rośliny i zamykano w szkołach.

Kraj bez Boga [rozmowa]

Myślę, że uprawnione jest mówienie, że były do tych szkół wcielane dlatego, że te szkoły łączyły w sobie elementy brytyjskiego systemu szkół z internatem i amerykańskiego systemu penitencjarnego. Dzieci były tam zamykane i chociaż na początku zakładano, że będą w nich kształcone, uczone angielskiego i francuskiego, nauczą się kowalstwa czy uprawiania roli na modłę europejską, to bardzo szybko się okazało, że głównym celem jest wynarodowienie tych dzieci, zatarcie ich tożsamości i wychowanie nowych kanadyjskich obywateli.

To była inżynieria społeczna. Próba zbudowania nowego człowieka. Po kilku latach okazało się, że dzieci uczęszczające do takich szkół, jeżeli mają kontakt z rodzinami i swoją tożsamością, nie chcą się poddać wynarodowieniu. Zastosowano więc ostrzejsze środki. Dzieci odbierano rodzicom czasem nawet na 10 lat i zawożono do szkół, które były odległe geograficznie od rodzinnych domów. Nawet jeśli miały prawo do wizyt czy powrotu na wakacje i święta – ale tylko kościelne – to w praktyce było to niewykonalne.

Mówił o mnie „Mój Serdeczny…”

czytaj także

Jak te rozstania wyglądały?

Bardzo często rodzice wiedzieli, że przyjdzie 1 września i trzeba będzie oddać dzieci do szkoły. Czasem byli w stanie się na to przygotować. Szykowali wyprawkę. Mamy i babcie wyszywały koralikami strój, który w szkole był dziecku odbierany i palony, a czasem sprzedawany. Bywało też, że pojawienie się służb na progu domu było zaskoczeniem i nie dawało szans na to, żeby się pożegnać.

Dzieci traciły kontakt z rodziną, kolorowe mokasyny i swoje warkocze…

Już na wejściu do szkoły dzieci były golone. Obcinano im włosy nie tylko ze względów higienicznych, ale i psychologicznych. W rdzennych wierzeniach uznawano, że włosy są splotem ducha i emocji, a goli się je tylko w sytuacji śmierci. Zmuszanie dzieci do ogolenia głowy było sygnałem, że wydarzyło się coś złego. Na wejściu dzieci bały się i były posłuszne. Był to też pierwszy sygnał, że ich ciała nie należą już do nich, a władzę nad nimi przejmuje instytucja. Dzieci były przyoblekane w mundurki, na których naszywano numery. Był to też sposób, żeby zatrzeć ich tożsamość, ponieważ numery zastępowały imię dziecka na wiele lat. Tak było wygodniej opiekunom. Chodziło też o to, żeby dzieci zapomniały, jak mówili do nich najbliżsi.

Płatek: Księża pozostaną bezkarni

Same też nie mogły używać rodzimego języka?

Nie. Na dzień dobry przestawiano je na angielski lub francuski. Za niewykonywanie poleceń, które wydawał personel w języku, który był dla nich obcy, dzieci spotykała kara. Ale język był tylko jednym z narzędzi służących do tego, żeby dzieci zapomniały lub znienawidziły swoich rodziców. Od początku były także uczone, że rodzice są niewykształconymi dzikusami, którzy jako poganie nigdy nie wejdą do Królestwa Niebieskiego. Są skazani na wieczne potępienie. Uczono dzieci wstydzić się rodziców, tego, kim są i z jakiego domu pochodzą.

Co się działo, gdy po latach dzieci wracały do domów?

Po skończeniu szkoły 15-, 16-letnie dzieci nie pamiętały już swojego języka. Nie znały zwyczajów swoich rodziców. I bardzo się ich wstydziły, bo nauczono je już czegoś innego. Rodzice z kolei nie umieli się z nimi porozumieć. Nawiązać więzi, przytulić. To były rany zadane rdzennym kanadyjskim rodzinom, które są przenoszone z pokolenia na pokolenie. Dzieci oderwane od swoich rodziców, wychowane przez instytucje, które nie były do tego przygotowane, nie umieją później wychować kolejnych dzieci.

Zespół Dorosłych Dzieci Polskich Katolików

Dlaczego część dzieci nigdy nie opuściła szkół?

Dzieci, które trafiały pod dach takich instytucji, najczęściej żyły w bardzo ciężkich warunkach. Szkoły często były organizowane w starych, nieprzystosowanych do tego stodołach, nieszczelnych i zagrzybionych. Szerzyły się tam różne choroby, najczęściej gruźlica. Czasem zakażenie było przypadkowe, a czasem celowe. Uważano, że metodą regulacji rdzennej populacji jest kocyk zakażony prątkami gruźlicy. Dzieci spały pod tą samą pościelą, pod którą chorowało i umierało wcześniej inne dziecko. Tak było personelowi wygodniej, bo szkoły były przepełnione, a i tak ciągle pojawiały się nowe dzieci. Nie ratowano więc tych, które chorowały i ginęły. Próbowały ratować się same i uciekały, ale to sprawiło, że demontowano wymagane prawem schody przeciwpożarowe, zabijano deskami okna. W tych źle skleconych budynkach, w których często wybuchały pożary, dzieci ginęły. Mówiło się, że te szkoły są fire traps – pułapkami ogniowymi.

Dziś Kanadyjczycy mówią: tacy właśnie byliśmy, ale tacy być już nie możemy.

Dzieci umierały nie tylko z powodu chorób, ale także z powodu niewłaściwej diety. Dziecko do tej pory karmione tylko i wyłącznie surowym mięsem trafiało do prowincji rolniczej, gdzie nagle przestawiane było na ziemniaki, których wcześniej nie jadło i nie umiało ich strawić. Trzeba również powiedzieć, że te szkoły, położone przy misjach, były często farmami nieodpłatnej pracy dziecięcej.

Niczym nieskrępowana przemoc w stosunku do dzieci była istotą tych szkół. I nie były to pojedyncze przypadki, a cały system. Te szkoły były położone w odległych miejscach – w dorzeczach rzek, w środku lasu, z dala od ludzkich oczu. Ludzie, którzy się tymi dziećmi zajmowali, byli często poza jakąkolwiek kontrolą. Raz na pół roku w szkole pojawiał się patrol policji, ale na co dzień opiekunów nie pilnował nikt.

Niepilnowani opiekunowie bili, upokarzali, sadzali na krzesłach elektrycznych i razili prądem nawet wtedy, gdy dzieci były na tyle małe, że ich drobne kostki nie sięgały strzemion przy nogach krzesła. Wychowankowie byli wykorzystywani seksualnie i torturowani, bo tak chyba należy nazwać zmuszanie do jedzenia posiłku, które dziecko już raz zwymiotowało. Ile to wszystko trwało? Jaka była skala przemocy?

Pierwsze szkoły powstały na początku XIX wieku. I na początku rdzenni mieszkańcy chętnie posyłali do nich swoje dzieci, bo liczyli na awans społeczny. Na to, że dzieci nabiorą pewnych kompetencji, które przydadzą się w nowym, wspaniałym kanadyjskim świecie. Ale okazało się, że metody wychowawcze nie podobają się rodzicom – i wtedy jeszcze można było dzieci z tych szkół zabrać. Natomiast potem ojcowie narodów, w tym pierwszy premier Kanady, John A. Macdonald, uznali, że oplecenie Kanady siecią takich szkół będzie sposobem na podbicie tych ziem. Powstało ich 140.

Drżyj, Amazonio! Nadchodzi prezydent Bolsonaro

czytaj także

Ci, którzy je przeżyli, wychodzili z nich okaleczeni. Nie odnajdowali się na nowo, często popadali w uzależnienia. Byli też krzywdzicielami w swoich własnych rodzinach i w ten sposób trauma ze szkół przenosiła się z pokolenia na pokolenie. A to bardzo obciążało kanadyjski system społeczny i kanadyjską gospodarkę. Zamiast chować nowych prężnych pracowników, Kanada stworzyła bowiem grupę ocaleńców – ludzi skrzywdzonych, niezdolnych do pracy, którym latami trzeba pomagać. Dlatego w latach 60. zaczęto stopniowo wygaszać takie szkoły, ale nie z powodów humanitarnych, tylko czysto gospodarczych.

Dziś szacujemy, że dzieci, które przeszły przez to piekło, było ok. 150 tysięcy. Były okresy w kanadyjskiej historii, kiedy co trzecie dziecko w takiej szkole umierało.

Dlaczego państwo przez lata nic z tym nie zrobiło?

Po pierwsze był to projekt cywilizacyjny i za rozbudowanie nowej wspólnoty, stworzenie nowego świata, trzeba było zapłacić ludobójczą cenę. Oczywiście płacili nie jego twórcy, a rdzenni mieszkańcy. Po drugie bardzo długo kanadyjska administracja umywała od tego ręce, bo w większości szkoły te były prowadzone przez kler. Można powiedzieć, że kanadyjskie władze oddały Kościołowi swoich obywateli.

Episkopat do zwolnienia, połowa biskupów do więzienia

Jaka dokładnie była rola Kościoła?

Fundamentalna. Kościół, głównie katolicki, bardzo ochoczo podjął się zadania krzewienia wiary i wychowywania nowych Kanadyjczyków. System szkół nie powstałby, gdyby nie gorliwość Kościoła, bo to on na co dzień nimi zarządzał. Sprowadzano z Europy misjonarzy i misjonarki, którzy podejmowali się trudu nie tylko ewangelizacyjnego, ale też organizacyjnego. Byli to często ludzie w żaden sposób nieprzygotowani – ani pedagogicznie, ani psychologicznie – by sobie radzić w takich warunkach. Ludzie niekompetentni, którym nigdy nie powinny zostać powierzone dzieci. Kościół widział w tym jednak obietnicę zdobycia rządu dusz i kolejnych wiernych.

Choć pozornie mamy w tej historii katów i ofiary, twoja książka pokazuje, że przeciwko ocaleńcom występować mogą inni ocaleńcy.

To wielka pokusa, żeby powiedzieć: „to jest czarne, a to jest białe”. Ale ta historia jest tak wielowymiarowa, że nie zasługuje na spłaszczenie. Dlatego chciałam też pokazać krzywdzicieli. Część z nich rzeczywiście przyjechała jako misjonarze z Europy, a część – ukończyła szkoły z internatem. To pokazuje, że krzywdy psychiczne i fizyczne oraz molestowanie seksualne, do którego dochodziło w takich szkołach na trudną do wyobrażenia skalę, przyniosły swoje straszne owoce.

Kolumb, Indianie i postęp cywilizacji

czytaj także

Wychowywani w ten sposób ludzie przenosili tę przemoc na następne pokolenia. Ofiary krzywd same w dorosłości krzywdziły. Dzisiejsi sprawcy okazują się jednocześnie ofiarami. Dlatego to nie jest książka o tym, co się w Kanadzie wydarzyło kiedyś. Pokazuje, do jakiej niekończącej się spirali przemocy doprowadza przyzwolenie na to, żeby ona wydarzyła się choć raz.

Jak fakt, że twoi bohaterowie, rdzenni mieszkańcy, są nie tylko ofiarami, ale także sprawcami przemocy, wpłynął na relacje z nimi i proces pisania książki?

Dotarcie do tego szerokiego pejzażu, pokazanie, skąd wzięła się ta przemoc i jak jest transponowana przez następne pokolenia, pozwoliło mi dużo lepiej zrozumieć moich bohaterów. Uznałam, że moim zadaniem i obowiązkiem wobec czytelnika jest pokazanie tego spektrum. Nie tylko tego, że w Kanadzie działy się straszne rzeczy, ale też ich konsekwencji. Po to, żeby czytelnik miał jak najwięcej informacji, ale też żeby już nie spał spokojnie. Żeby nie odłożył tej książki z refleksją, że tam działy się straszne rzeczy. Chciałam, żeby zobaczył, że one dzieją się cały czas. Te mechanizmy, które doprowadzają do rozbestwienia ludzi ukrytych w sutannach czy habitach, mechanizmy, które pozwalają na przemoc, działają doskonale w każdej szerokości geograficznej i w każdych czasach. To nie jest lokalna historia, to jest coś, co się zdarza zawsze i wszędzie.

Dotknęła mnie ta książka. Wkurzyłam się

Historia rdzennych dzieci zamykanych w internatach to niejedyny trudny wątek w historii Kanady. Piszesz także o kontroli liczby rdzennych mieszkańców, m.in. poprzez sterylizację rdzennych kobiet.

Sterylizacja rdzennych kobiet ciągle trwa. Dokument, który o tym mówi, pojawił się w 2017 roku i był przyczynkiem do ogólnonarodowego kanadyjskiego śledztwa, które zaowocowało raportem w sprawie zaginionych i zamordowanych rdzennych kobiet i dziewcząt (MMIWG). Ten raport powstał dzięki uporowi premiera Justina Trudeau i jego liberalnego rządu, ale był także odpowiedzią na narastającą społeczną presję. Kanadyjczycy domagali się zbadania skali przemocy wobec rdzennych kobiet i przede wszystkim znalezienia jej przyczyn, korzeni. Wtedy też sprawdzono i ujawniono pełną gamę środków, które Kanada i Kanadyjczycy stosują także dziś i które są przykładami na systematycznie zadawaną rdzennym kobietom przemoc.

Nie chodzi tu tylko o pobicia, gwałty czy pozbawianie życia rdzennych mieszkanek, które padają ofiarami takich przestępstw niepomiernie częściej niż białe Kanadyjki. Chodzi także m.in. o przymusowe pozbawianie płodności. Zdarza się, że od poddania się takiemu zabiegowi uzależnia się inne procedury lub świadczenia medyczne.

Alabama – stan, w którym zgwałcona 11-latka może być uwięziona i zmuszona do porodu

Co to znaczy?

„Nie zrobimy ci takiej a takiej operacji, jeśli wcześniej nie zgodzisz się na podwiązanie jajowodów”. Dziś wiemy, że lekarze w białych kitlach, przemawiający z pozycji autorytetu, nakłaniają swoje rdzenne pacjentki do poddania się takim zabiegom. Mówią im na przykład, że to jest forma antykoncepcji, zostawiając dla siebie informację, że jest to zabieg nieodwracalny. Występują z bardzo paternalistycznej pozycji. Reprezentują władzę i są mężczyznami, którzy nie mówią rdzennym kobietom wszystkiego, zatajają informację o konsekwencjach. Uważają, że wiedzą lepiej.

Co z tymi bardzo trudnymi kwestiami Kanada robi dzisiaj?

Kanada jest pełna paradoksów. Jest krajem niesamowicie progresywnym, międzynarodowym championem w sprawie praw kobiet. A z drugiej strony do dzisiaj często sama krzywdzi swoje własne współobywatelki. Po tym, jak pojawił się raport dotyczący przemocy wobec kobiet, Trudeau ogłosił, że rząd przekazuje setki milionów dolarów na prawa reprodukcyjne kobiet na świecie.

Trudeau i kanadyjska anomalia

A co robi na rzecz pojednania i zadośćuczynienia ocaleńcom?

O warunkach panujących w szkołach z internatem Kanada wiedziała cały czas, choć nigdy głośno o tym nie mówiła. Kanadyjczycy wiedzieli albo się domyślali, do jakich nieprawidłowości tam dochodzi, natomiast o skali przemocy i bezkarności sprawców dowiedzieli się w pełni dopiero w 2015 roku, kiedy opublikowano raport Komisji Prawdy i Pojednania (TRC). Kanadyjski rząd i Kościoły podpisali IRSSA – Indian Residential Schools Settlement Agreement, czyli ugodę w sprawie indiańskich szkół z internatem.

Na jej mocy ani rząd, ani Kościoły nie wzięły na siebie odpowiedzialności za to, co się stało. Oddalono pozwy sądowe i do takich spraw już nigdy przed sądem nie dojdzie. Ale Kanada otworzyła swoją szkatułę i wypłaciła ocaleńcom 6 miliardów kanadyjskich dolarów rekompensat i odszkodowań.

Koniec prohibicji w Kanadzie. Rząd Trudeau zalegalizował marihuanę

To dużo?

To są ogromne pieniądze w skali kraju, natomiast w przeliczeniu na poszczególne rodziny – niewielkie. Za samo zamknięcie w takiej szkole można było dostać kilka tysięcy dolarów. Za udokumentowane krzywdy kolejne pieniądze. Krzywda jednego ocaleńca, który się ożenił i miał dzieci, oznacza jednak krzywdę całej rodziny. Bo ta trauma się przenosiła. A w przeliczeniu na rodziny odszkodowania są symboliczne. Można za nie pojechać na wakacje czy wyremontować samochód, ale one nigdy nie pomogą zabliźnić ran.

Kwestia finansowa to jednak nie wszystko. Kanada pracuje także na symbolami, co jednak nie do wszystkich przemawia. Oprócz zaleceń w kwestii języka usuwa tablice pamiątkowe z nazwiskami ludzi, którzy byli architektami tego systemu, i strąca byłych premierów z cokołów. Premier John A. Macdonald został wycofany z dziesięciodolarówki, ale wiadomo, że wróci.

Dla jednych uścisk premiera i bycie wziętym przez niego w ramiona, jego łzy, są wystarczającą zapłatą. Do innych przemawiają przede wszystkim pieniądze, a do jeszcze innych czyszczenie przestrzeni z nazwisk bohaterów minionej epoki. Dla kolejnych najważniejsze jest to, że powstają przedszkola, w których drugim językiem wykładowym jest rdzenny język danej prowincji. Coraz większy nacisk kładzie się także na nauczenie nowego pokolenia tego, co wydarzyło się w Kanadzie.

Wspomniałaś o przeprosinach Trudeau. Przeprosił rząd kanadyjski i poszczególne instytucje kulturalne, ale Kościół nie przeprosił.

Kanadyjczycy w raporcie podsumowującym prace Komisji Prawdy i Pojednania zamieścili listę 94 wezwań. Jedno z nich odnosiło się bezpośrednio do głowy Kościoła katolickiego, którą Kanada wezwała do złożenia przeprosin za wszystkie krzywdy zadane rdzennym mieszkańcom poprzez system szkół z internatem i za to, co po tych szkołach się w Kanadzie wydarzyło. Żaden z papieży na to wezwanie nie odpowiedział. Po raz pierwszy spadło to na Benedykta XVI, który wyraził swoje ubolewanie, ale poza tym na nic więcej się nie zdobył.

Kanadyjczycy próbowali dalej: do papieża Franciszka pielgrzymował premier Trudeau. Wierzono, że kiedy liberalny premier pielgrzymuje do przywódcy jego religii, takie przeprosiny uzyska. Ale to też było fiasko. Papież nie przeprosił. Kanada spróbowała po raz kolejny w 2018 roku, kiedy prawie jednomyślnie parlament wystosował żądanie wzywające papieża do przyjazdu do Kanady i przeproszenia tu, na miejscu. Ale papież powiedział, że nie będzie się do tego odnosić.

Kiedy się patrzy na ten proces pojednania i widzi rolę Kościołów protestanckich, które przepraszały, kiedy widzi się rolę kanadyjskiej administracji i premierów, środki finansowe zaangażowane w to wszystko ze strony Kanady, to milczenie Watykanu jest bardzo głośne i wymowne. Architekt przeprosił, ale główny wykonawca, którego ręka bezpośrednio krzywdziła te dzieci – nie.

Franciszek wśród wilków

Co na to Kanadyjczycy?

Kanada jest państwem prawdziwie świeckim, w którym mamy do czynienia z kryzysem wiary. W pustych kościołach otwierane są kawiarnie, przedszkola, galerie i sklepy. Działki są zabudowywane, powstają tam kamienice i wieżowce, dla których kościół jest tylko estetyczną ozdobą, fragmentem lobby. Kościoły, podobnie jak w wielu krajach Europy Zachodniej, tracą swoją funkcję religijną. Kanadyjczycy czują, że ich zaufanie zostało zawiedzione, i odsuwają się od Kościoła.

Ale bardzo wielu ocaleńców – absolwentów tych szkół − jest ludźmi wierzącymi. Wielu posyłało też swoje dzieci i wnuki do takich szkół. Tak byli wychowywani. Wierzyli, że księdzu należy być posłusznym. Mimo że sami przeszli piekło i mówią, że księża wpędzili w nich demony. Wiara i lęk przed gniewem bożym były na tyle silne, że narażali kolejne pokolenia na krzywdy zadawane przez szkoły z internatem.

Biskupi dalej chronią księży pedofilów

Pojechałaś do Kanady, poznałaś straszne historie, napisałaś książkę. Życie toczy się dalej? Jesteś tą samą Joanną, którą byłaś, zanim to wszystko zrobiłaś?

Myślę, że jest jeszcze za wcześnie, by o tym mówić. Ale pobyt w Kanadzie i bycie częścią społeczności, która jest dla siebie bardzo wspierająca, bardzo solidarna i otwarta, zmieniły mnie i moje dzieci.

Praca nad tą książką była nie tylko organizacyjnym i zawodowym wyzwaniem, ćwiczeniem intelektualnym, ale również duchowym. Zmieniłam się, bo zobaczyłam inną wrażliwość i zrozumiałam ją. Nie było tak, że przyjęłam narzucone z zewnątrz zasady. Zrozumiałam, skąd one się biorą. Nigdy nie kupię sobie sukienki w rdzenne printy i nie powieszę w oknie łapacza snów made in China. Nigdy nie pozwolę, żeby moje dziecko założyło na bal przebierańców pióropusz, bo to cudza świętość, a często i trauma wzięta za kostium. Wierzę, że moje dzieci też nie będą chciały tego zrobić.

Jak Tumblr-lewica przegrała z South Park-prawicą

Dziś jestem dużo mniej europocentryczna. Z większą pokorą i namysłem przyjmuję perspektywy z zewnątrz. Inaczej wychowuje swoje dzieci, zwłaszcza w warstwie językowej.

A czy myślałaś o tym, jak zmienić mogą się czytelnicy twojej książki?

Myślę, że po tej książce czytelnik zobaczy, że z dzieckiem można zrobić wszystko. Że instytucja hierarchiczna, taka jak Kościół, ma nieskończony apetyt. Zobaczy też, że krzywdy zadane dziecku są nienaprawialne. Że żadna góra pieniędzy i łzy premiera tego nie zmienią. Najważniejszym przykazaniem jest chronić dzieci. Co ciekawe, nie ma go wcale w naszym Dekalogu.

***

Joanna Gierak-Onoszko – do 2018 roku dziennikarka związana z tygodnikiem „Polityka”. Publikowała też m.in. w „Dużym Formacie”, „Piśmie. Magazynie Opinii” i w „Non/fiction – nieregularniku reporterskim”. Laureatka nagrody za najlepszy reportaż prasowy na Festiwalu Wrażliwym za tekst o międzynarodowej akcji ewakuowania psa z Aleppo (2017). Nominowana do Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego za reportaż o lekarzach i wolontariuszach pomagających uchodźcom w Berlinie (2015). Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego i Polskiej Szkoły Reportażu. 27 śmierci Toby’ego Obeda (Dowody na Istnienie) to jej debiut książkowy, owoc dwóch lat spędzonych w Kanadzie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.