Kraj

W Europie polityka zagraniczna PiS sprowadza się do podtrzymywania deklaracji chęci pozostania w UE

W wielu krajach upowszechniło się poczucie, że budowanie odporności państwa, dbanie o cyberbezpieczeństwo, walka z dezinformacją – to sprawy kluczowe. Nie mam przekonania, żeby polskie państwo – przy permanentnym i dobrze historycznie zakorzenionym poczuciu zagrożenia ze strony Rosji – zrozumiało lekcję na temat cyberbezpieczeństwa, którą przyswoili sobie, choćby i późno, Niemcy czy Francuzi. Czy, krótko mówiąc, Polska rozwiązuje u siebie problemy czy raczej je wzmacnia – mówi politolożka i europeistka Agnieszka Cianciara.

Michał Sutowski: Wygląda na to, że jesteśmy skłóceni z Niemcami, Czechami, USA, z Rosją i Białorusią – choć to akurat nie nasza wina, a Ukraina nas jakby przestała obchodzić, no chyba że chodzi o Wołyń. Bilans polityki zagranicznej PiS wypada nie najlepiej. To jest zamierzone? Czy w tym szaleństwie jest jakaś metoda? A może PiS coś wie lub zakłada, czego my nie wiemy lub nie rozumiemy?

Agnieszka Cianciara: Myślę, że jest w tym postępowaniu jakaś metoda, względnie logika. Cofnijmy się do pierwszych lat rządów PiS: w czerwcu 2016 roku Brytyjczycy opowiadają się w referendum za Brexitem, niecałe pół roku później mamy wygraną Donalda Trumpa w USA, w 2018 roku we Włoszech wygrała koalicja na czele z Ligą Matteo Salviniego.

Za to w 2017 roku w Niemczech wygrała Angela Merkel, we Francji Macron, a w Holandii liberałowie.

To prawda, niemniej wyniki kolejnych wyborów i atmosfera poszczególnych kampanii sugerowała, że główne siły polityczne sprzyjające Unii Europejskiej, jeśli nie przegrywają sromotnie, vide szok Brexitu, to są w defensywie, zaś ich przeciwnicy na fali wznoszącej. To zresztą szło dalej niż się ktokolwiek spodziewał, bo przypomnę, że na kilka miesięcy przed wyjściem Zjednoczonego Królestwa z UE mieliśmy głośną wypowiedź ministra Waszczykowskiego o tym kraju, jako najważniejszym w Unii sojuszniku Polski, ważniejszym niż Niemcy. Wiele sygnałów wskazywało, że Zachód, jaki znaliśmy, jest nie tylko atakowany z zewnątrz, ile – co ważniejsze – imploduje.

I trzeba być z tymi, którzy już to zrozumieli i nawet się z tego cieszą?

Entuzjazm polityków PiS wobec wyniku wyborów w USA, ale też np. spotkania ówczesnego szefa MSZ z kandydatką Marine Le Pen w przeddzień przegranych przez nią wyborów pokazuje nie tylko diagnozę tego, co się obiektywnie działo, ale też określone preferencje. Tyle że zmiana reguł gry w łonie UE, na którą PiS liczył, nie nastąpiła.

Trump kilka lat jednak porządził.

To prawda, w USA pod wodzą prezydenta Trumpa rząd lokował swoje nadzieje, sympatie polityczne i przetargi na uzbrojenie. Tylko problem w tym, że kiedy w 2020 roku Trump przegrał wybory, nasza władza została na lodzie.

Skąd to wiemy?

Nie mam dostępu do głów politycznych decydentów, niemniej eksperci bliscy obozu władzy pisali tuż przed ostatnimi amerykańskimi wyborami, że inne opcje niż wygraną Trumpa należy „zignorować”.

Co to znaczyło? Że Trump na pewno wygra? Czy raczej, że niezależnie od tego, kto wygra, trzeba prowadzić politykę dotychczasowym kursem?

Ten komentarz sugeruje, moim zdaniem, że rząd PiS po prostu nie widzi możliwości prowadzenia polityki w aktywnej współpracy z administracją Demokratów, podobnie zresztą jak z głównym nurtem Unii Europejskiej. Bo przecież w Europie polityka PiS sprowadza się do podtrzymywania deklaracji chęci pozostania w Unii oraz blokowania nowych inicjatyw integracyjnych lub wyłączania się z nich, jeśli już ich się nie da powstrzymać. Dobrym przykładem jest tu polityka klimatyczna.

Kaczyński gra z Unią w ping-ponga, gdy zaczyna się poker o życie

Z Unią rozumiem, ale z Amerykanami? Skoro mamy robić za ich lotniskowiec w Europie?

Znów, cofnijmy się o parę lat i spójrzmy na relacje z odchodzącą wtedy administracją Obamy − rząd PiS formułował wówczas obawy, że chwiejna na przełomie 2015-2016 roku pozycja Polski w ratingach amerykańskich agencji jest pochodną lobbingu polskiej opozycji lub wprost nieprzychylnej polityki Demokratów. Nieprzychylnej, rzecz jasna, ze względu na przegraną Platformy Obywatelskiej. Sformułowania tego rodzaju sugerują, że obecna władza niespecjalnie wyobraża sobie choćby standardowo poprawne relacje z najważniejszym państwem sojuszniczym, jeśli rządzi nim raczej dalsza niż bliższa PiS opcja polityczna.

Ale gdzie jest przyczyna? Przecież wysłana do Polski przez Trumpa ambasador Mosbacher też krytykowała polskie władze za stosunek do osób LGBT czy zakusy na TVN. Demokraci są im aż tak bardzo obcy?

Mam wrażenie, że źródło problemu leży w sferze krajowej, tzn. w tym, na ile polityka zagraniczna RP jest obecnie podporządkowana interesom partyjnym w ramach Zjednoczonej Prawicy. Istotna część spraw europejskich, ale też kluczowe w relacjach z USA kwestie nowelizacji ustawy o IPN czy niedawna nowelizacja Kodeksu postępowania administracyjnego na temat reprywatyzacji prowadzone są nie przez MSZ ani przez ośrodek prezydencki, tylko przez Ministerstwo Sprawiedliwości. A konkretnie to przez lidera niewielkiej partii koalicyjnej, mającej 1-2 procent w sondażach i walczącego o poparcie zwolenników Konfederacji oraz części najbardziej wrogich UE wyborców PiS.

Mądrość kamikaze, czyli PiS idzie na czołówkę z Ameryką

Ale to co, Zbigniew Ziobro odpowiada za nasze relacje z Amerykanami?

Inaczej: bardzo wiele konfliktów generowanych w relacjach z najbliższymi sojusznikami, jak USA czy Niemcy, to rezultat konflikcików partyjnych i desperackich prób utrzymania większości parlamentarnej. W tych warunkach zwyczajny szantaż ze strony mniejszościowego koalicjanta, który chce się wzmocnić na prawej flance, wpływa na całokształt polityki.

W Niemczech koalicjanci też mają różne wyobrażenia na temat polityki zagranicznej.

Polityka zagraniczna w wielu krajach bywa zakładniczką interesów partyjnych, problemy komunikacyjne i kakofonia przekazu to też nie jest wyłącznie nasza specjalność. Tyle że gdzie indziej te sprawy rozgrywane są tak, by napięcia nie wychodziły na zewnątrz, a przynajmniej nie rzutowały na realizację interesów państwa. Usiłowała to robić administracja amerykańska przez cztery lata rządów Trumpa, robią to Niemcy, natomiast w Polsce aparat odpowiedzialny za politykę zagraniczną nie jest w stanie pełnić tej funkcji.

Aparat, czyli MSZ?

MSZ jest kompletnie zmarginalizowany, a najdobitniej świadczy o tym fakt wyjęcia z niego spraw europejskich i podporządkowanie ich Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Nie tylko Amerykanie nie odbierają od nas telefonu. Oto demolka zagraniczna PiS

A sam rząd? Tam się chyba najszybciej dostrzega przełożenie stanu relacji z innymi państwami np. na płynące do nas środki unijne…

Tak, w tym sensie przekazanie kompetencji ministra ds. Unii Europejskiej Konrada Szymańskiego i jego departamentów pod nadzór premiera było dobrym ruchem. Zresztą MSZ-y w krajach członkowskich UE coraz rzadziej koordynują ich politykę europejską, już raczej jest to Ministerstwo Gospodarki lub właśnie urząd szefa rządu. Problem w tym, że u nas ta reforma administracji rządowej nie wynikała z całościowego oglądu spraw i chęci usprawnienia polityki unijnej RP…

Tylko?

Tylko z potrzeby przejęcia przez premiera kontroli nad negocjacjami budżetowymi i spodziewanymi funduszami idącymi za Zielonym Ładem, a co za tym idzie osłabienia wpływów Solidarnej Polski. Bo przypomnijmy, że te właśnie obszary, zwłaszcza poprzez Ministerstwo Środowiska, były częściowo kontrolowane przez ziobrystów.

Czyli co, MSZ nie ogarnia, premier raczej z przypadku…

Z kolei ośrodek prezydencki działa według sobie tylko znanych reguł, związanych z sympatiami i antypatiami osób tam pracujących, z ministrem Szczerskim na czele. Efektem są m.in. problematyczne nominacje ambasadorskie, a raczej ich brak, co odbija się czkawką w relacjach z naszymi sojusznikami, zwłaszcza w kluczowych momentach napięć. Za przykład niech posłuży Francja i kryzys wokół śmigłowców Caracal czy Czechy z ostatnim kryzysem wokół elektrowni Turów. No i na to wszystko nakłada się reforma służby zagranicznej, która realizuje głównie cele ideologiczno-personalne, drastycznie upolityczniając poziom ambasadorski i obniżając kompetencje oraz niezależność kadr dyplomatycznych.

Chodzi o to, żeby cała reprezentacja kraju była z klucza politycznego?

Problem zgłaszany przez wielu mianowanych przez PiS ambasadorów polegał na tym, że oni przyjeżdżają na placówkę z misją robienia nowej, „asertywnej” polityki zagranicznej, ale niestety spotykają się ze straszliwym imposybilizmem, czyli głównie z oporem szeregowych dyplomatów.

„Postkomunistyczne złogi” blokują powstanie Polski z kolan?

„Postkomunistyczni dyplomaci”, którzy mają co prawda po 35-40 lat, próbują działać według określonych reguł i procedur, właściwych służbie dyplomatycznej. I nie są skłonni tak, jakby sobie ambasadorowie życzyli, współpracować w realizacji celów politycznych, czy wręcz partyjnych, z pogwałceniem tychże reguł. A ponieważ głosy tego rodzaju nie były incydentalne, lecz coraz częstsze, wprowadzono reformę, której celem jest zniesienie problemu braku zaufania między zawodowymi dyplomatami a nowymi kierownikami placówek, głównie poprzez wprowadzenie do służby zagranicznej ludzi „zaufanych” z pominięciem dotychczasowych procedur i wymogów kompetencyjnych stawianych zawodowym dyplomatom.

Bardzo to dyplomatycznie brzmi. No dobrze, ale co z ogólną diagnozą wielkich przemian na świecie? Może ta nowa, asertywna polityka to po prostu gra na nowy układ, rodem z książek dra Jacka Bartosiaka, którego ostatnio czyta sam Jarosław Kaczyński? Może po prostu nadszedł czas suwerennych mocarstw regionalnych, a liderzy PiS wierzą, że też będziemy taką trochę mniejszą, ale jednak Turcją? Sam Kaczyński się kiedyś do tego porównania odwołał.

Tamtą wypowiedź nawet precyzowano ex post, że ta Ankara w Warszawie nie ma dotyczyć kwestii wewnętrznych, czyli torturowania niezależnych dziennikarzy i naukowców w więzieniach, lecz właśnie sposobu prowadzenia polityki zagranicznej. Ale abstrahując od różnych złośliwości, jakie ta próba porównania Turcji z Polską wywołała, jest w tej analogii coś znaczącego.

To znaczy?

Turcja przez szereg lat, jeszcze w początkach rządów Recepa Tayyipa Erdoğana, czyli od 2002 roku, prowadziła politykę europeizacji i westernizacji kraju…

Szczyt Putin–Biden: stan nowej zimnej wojny

Aż się Turcy tą adaptacją rozczarowali.

Tak, przy czym tureckie plany dołączenia do Zachodu – zostawmy na boku kwestię, kto w Turcji faktycznie do tego dążył – miały ten mankament, że Unia Europejska nigdy Turcji nie widziała w swoim gronie, wolała ją trzymać w poczekalni. Frustracja strategią dostosowawczą, która w najlepszym razie dopuszczała kraj do nieco bliższego przedpokoju, stworzyła doskonałe warunki dla rozbudzania nastrojów suwerenistycznych. Najpierw w polityce wewnętrznej, a w konsekwencji też zagranicznej.

I jak Turcy na tym wyszli?

Ich położenie geograficzne, a więc panowanie nad kluczowymi cieśninami, kontrola wybrzeży Morza Egejskiego i Czarnego, jednoczesne wyjście na Bliski Wschód, na Kaukaz i cała Europę – to wszystko sprawia, że nawet jeśli Turcja nie dostarcza rozwiązań, to może przynajmniej tworzyć problemy, których inni nie mogą ignorować.

Vide uchodźcy do Europy. I wojna w Górskim Karabachu. I w Syrii…

Jej wpływ na politykę regionalną i globalną jest obiektywnie duży. Oczywiście, to nie oznacza, że Turcja może wszystko, nie ponosząc konsekwencji gospodarczych i politycznych. Dopiero w razie dużego konfliktu w regionie okaże się, czy taka strategia „hedgingowa”, czyli lokowanie zasobów w różnych miejscach bez trwalszych sojuszy i zobowiązań, oparta na czysto transakcyjnej zasadzie, przyniesie dobre efekty. Na razie Turcja takiego solidnego stress testu nie doświadczyła.

Pieniążek: Armenia i Górski Karabach chciały toczyć XX-wieczną wojnę, a Azerbejdżan przyszedł z XXI-wieczną

A jak to się ma do Polski?

No właśnie nijak. Polska nie była trzymana w żadnym przedsionku, tylko z dużym entuzjazmem dużej części państw członkowskich, z Niemcami na czele, została do Unii stosunkowo szybko przyjęta. Uzyskała z członkostwa znaczne i wymierne korzyści, czyli dostęp do wspólnego rynku, gigantyczne fundusze, no i przede wszystkim – wraz z postępem procesu akcesyjnego – reguły rządzenia, to co nazywamy governance, a co sprawia, że żyjemy w państwie, które w miarę dobrze funkcjonuje i jest w miarę przyjazne obywatelom i przedsiębiorcom.

Ale?

Ale postrzegana pozycja Polski w UE, jak się wydaje części elit i mobilizowanej przez nie części opinii publicznej, jest nieadekwatna z perspektywy naszego potencjału, naszych zdolności i naszych aspiracji. I zaczęto szukać pomysłów, jak tę pozycję wzmocnić.

W ramach dotychczasowych się nie dało?

W rozumieniu części elit – nie, bo choć przed 2015 graliśmy w tę unijną grę, pilnie uczyliśmy się jej reguł i wzmacnialiśmy swoją pozycję na tyle, na ile to było możliwe, to zdaniem PiS tamte metody – o charakterze adaptacyjnym – utwierdzały tylko podrzędną, peryferyjną pozycję Polski i uniemożliwiały rozwój na miarę ambicji.

Ale my chyba nie możemy zaszantażować Brukseli, że wyślemy jej milion uchodźców, nie zagrozimy Amerykanom, że im narobimy problemów z bronią jądrową, którą trzymają na naszym terytorium. To czym mamy grać?

Próbujemy regionem. I co do zasady, aktywność regionalna Polski to dobra rzecz, bo i szukanie regionalnych koalicjantów jest zupełnie naturalne, właściwie wszyscy w Europie to robią. Pomysły Trójmorza, o ile traktować je jako projekt infrastrukturalny na linii północ-południe, tzn. obejmujący gazociąg z chorwackiego Krku do Świnoujścia, a także połączenia kolejowe i drogowe, mają niewątpliwie sens, ale tak długo, jak robimy to w ramach UE.

No, chyba robimy, jeszcze z niej nie wystąpiliśmy?

Nie w tym rzecz. Finansowanie projektów Trójmorza nie jest możliwe poza budżetem europejskim, ewentualnie bez środków z Funduszu Odbudowy. Marzenia o tym, że USA je sfinansują, albo że pozyskamy wsparcie zewnętrzne, np. z Chin wydają się dość oderwane od rzeczywistości. A skoro nie ma innych źródeł finansowania inicjatywy Trójmorza niż środki unijne, to trudno sobie wyobrazić, aby została ona zrealizowana jako projekt w jawnej opozycji do Niemiec.

A to tylko Niemcy płacą do unijnego budżetu?

Nie w tym rzecz. Projekt Trójmorza zakłada jakąś formę regionalnego przywództwa Polski i możliwości wpływu na partnerów środkowo-, wschodnio- i południowoeuropejskich. Dotychczasowy rozwój wypadków jednak wskazuje, że podstawowym punktem odniesienia dla wszystkich, może poza Viktorem Orbanem, są Bruksela i Berlin. Pytanie brzmi zatem: jeśli realnie Warszawa chciałaby budować blok państw pod swoim przywództwem w ramach Unii Europejskiej, to co ma do zaoferowania tym wszystkim małym partnerom? Poza obawami, że chodzi o równoważenie Niemiec czy wręcz ustawianie się w kontrze naraz do Niemiec, Francji i instytucji europejskich?

Rozumiem, że Litwinom sojusz z Polską przeciw Niemcom musi wydawać się dość egzotyczny?

To jest kwestia tego, co Polska może realnie zaoferować w kategoriach gospodarczych, technologicznych i politycznych. Czy może być eksporterem jakichś dóbr publicznych, których nie może równie korzystnie zaoferować Berlin czy Bruksela? Praktycznie wszystkie państwa unijne naszego regionu coraz bardziej ciążą do centrum unijnego, do strefy euro, tylko Czechy i Węgry nie zrobiły żadnego ruchu w tym kierunku.

W jakim sensie ciążą?

Nawet Chorwacja i Bułgaria zdecydowały się w lipcu 2020 roku na wejście do systemu stabilizującego kursy walut ERM II, w związku z obawami o wpływ pandemii na gospodarkę, Rumunia oficjalnie deklaruje wejście do strefy euro w 2024 roku. W takich warunkach pomysły budowy Trójmorza jako przeciwwagi względem centrum UE, jeżeli powstają w czyjejś głowie, to nie mają ani podstaw materialnych, ani oparcia w sferze istniejących koalicji.

A po co politycy – prezydent Duda czy minister Rau – jeżdżą do Turcji i do Chin? Żeby zrobić sobie zdjęcie z ważnymi przywódcami, czy stoi za tym jakiś poważniejszy pomysł na nową współpracę?

To dwie różne sprawy. W kwestii Chin nie przeceniałabym wizyty ministra Raua, ale też nie demonizowała bilateralnych relacji z tym krajem, bo wszystkie większe państwa UE takie próby podejmują. Tym bardziej, że unijne porozumienie inwestycyjno-handlowe z Chinami, tak mocno forsowane przez niemiecką prezydencję w roku 2020 jest w stanie zawieszenia przez Parlament Europejski i zapewne nie zostanie odwieszone w dotychczasowym kształcie.

A majowa wizyta naszego prezydenta w Ankarze?

Zakup uzbrojenia w Turcji jest ruchem faktycznie zastanawiającym, zwłaszcza w kontekście działań USA, które swego partnera w NATO niedawno obłożyły sankcjami. Dotychczas nasza polityka zakupów zbrojeniowych prowadzona była wedle zasady America first, a właściwie America only, co nie tylko w przypadku francuskich Caracali wypominano nam głośno w Europie.

A teraz?

Niezależnie zatem od walorów technicznych tureckich dronów, taki zakup wydaje się próbą realizacji strategii hedgingowej stosowanej dotąd przez samą Turcję, i ma być zapewne sygnałem wysłanym pod adresem nowej administracji amerykańskiej. Ale powtórzę, z racji położenia i potencjału, Polska w ograniczony sposób tworzy rozwiązania problemów innych partnerów. Chciałaby być na przykład eksporterem bezpieczeństwa na wschodzie, ale nadal jesteśmy i jeszcze długo pozostaniemy importerem bezpieczeństwa z USA, chociażby w formie baz na tzw. wschodniej flance.

Rozumiem, że z kolei tworzenie problemów, żeby wywierać wpływ na partnerów, to nie jest najlepszy pomysł?

Sprawdza się jakoś w przypadku Rosji, po części też Turcji, ale w naszym wypadku mam poważne wątpliwości. Polska jest sojusznikiem i partnerem USA oraz członkiem UE, a więc inne są jej zobowiązania oraz oczekiwania formułowane wobec niej, niż w przypadku państw będących strategicznymi rywalami Zachodu czy operujących na jego peryferiach. Doraźne korzyści uzyskane jako spojler nie zrekompensują strat wynikających z utraty wiarygodności jako przewidywalnego członka demokratycznej wspólnoty transatlatyckiej.

We wstępie do niedawnego numeru „Spraw Międzynarodowych” pisze pani o przejściu UE do defensywy, której celem ma być raczej większa odporność na zagrożenia niż ekspansja zewnętrzna. Wskazuje też pani na chęć dogadania się Francji z Rosją w obliczu zagrożenia chińskiego. Do tego dochodzi spór Niemiec z USA o politykę wobec Chin. Co robić w tych warunkach? A może powinniśmy skorzystać z okazji i siedzieć cicho – tak długo, jak się da?

Niewątpliwie mamy do czynienia – zarówno gdy chodzi o USA, jak i Unię Europejską – z przejściem od ekspansjonistycznej niegdyś strategii eksportu własnego modelu rozwoju i rządzenia do obrony tego, co się już udało zrobić– w samej Unii i jej sąsiedztwie – do budowy odporności, inaczej mówiąc zwiększania „rezyliencji” np. wobec działań destabilizujących, m. in. ze strony Rosji.

I Europa faktycznie tę odporność buduje?

W kwestii Rosji wiele się zmieniło – częściowo dzięki konsekwentnej polityce Polski i państw bałtyckich – po agresji rosyjskiej na Ukrainę i po zestrzeleniu samolotu nad Donbasem. Należy to podkreślić i docenić. Potem były jeszcze próby ingerencji w proces wyborczy w USA, Francji i Niemczech, ale także ataki fizyczne na terytoriach państw zachodnich: zamach na Siergieja Skripala w angielskim Salisbury, egzekucja czeczeńskiego działacza w Berlinie czy wysadzenie magazynów amunicji w czeskich Vrběticach.

Rosja stoi za zamachem terrorystycznym na terytorium Czech. Co zrobi Zachód?

I w tych wszystkich krajach upowszechniło się poczucie, że budowanie odporności państwa, dbanie o cyberbezpieczeństwo, walka z dezinformacją – to sprawy kluczowe. Np. Francja, często uważana w Polsce za konia trojańskiego Rosji w Europie, przeszła pod tym względem znaczącą metamorfozę. Oczywiście, nie licząc środowiska Marine Le Pen.

Ale to samo uwrażliwienie na fake newsy ma nas ochronić?

Rzecz w tym, że ja wcale nie mam przekonania, żeby polskie państwo – przy permanentnym i dobrze historycznie zakorzenionym poczuciu zagrożenia ze strony Rosji – zrozumiało lekcję na temat cyberbezpieczeństwa, którą przyswoili sobie, choćby i późno, Niemcy czy Francuzi. Czy, krótko mówiąc, Polska rozwiązuje u siebie problemy czy raczej je wzmacnia.

Co to znaczy?

Pojawiające się w naszej debacie publicznej apele o zajęcie się na poważnie bezpieczeństwem, zwłaszcza wschodnią flanką NATO; o wzmocnienie potencjału obronnego i odstraszania własnego i u sojuszników – dotyczą głównie zakupów sprzętu. Skupiamy się na hardware, ale dużo mniej uwagi poświęca się kwestiom właściwej odporności państwa, które trudno ograniczyć do obszarów zainteresowania MON.

Kto nas hakuje? Ważniejsze jest to, czego dowiedzieliśmy się o polskim państwie

A software to co by było?

Ochrona infrastruktury krytycznej to jedno, ale edukacja, przygotowanie obywateli do radzenia sobie z dezinformacją, która ma na celu na przykład manipulowanie ich decyzjami wyborczymi, to drugie. A to jest coś, co w ogóle nie jest przedmiotem zainteresowania chociażby ministra edukacji i nauki, a są to rzeczy absolutnie kluczowe. Kiedy mowa o bezpieczeństwie państwa, to rząd postuluje budowanie nastrojów patriotycznych i uświadamianie dzieciom polskiej martyrologii, słychać też żale, że tak niewielu Polaków chce umrzeć za ojczyznę.

OK, w tym obszarze trudno się nie zgodzić, ale poza sferą cyfrową jest jeszcze „twarde” bezpieczeństwo energetyczne. Niemcy budują rurę z Jamału, która omija Polskę i Ukrainę…

Oczywiście, Nord Stream II pogarsza naszą sytuację, o ukraińskiej nie wspominając. Zresztą, to się dzieje od wielu lat, już od pierwszego Gazociągu Północnego, który od lat był głównym punktem zapalnym w relacjach z Niemcami, zanim po 2015 roku zrobiło się ich więcej. Uważam, że polskie rządy wykorzystały bardzo dobrze wszelkie możliwości utrudniania lub opóźniania tej inwestycji, w tym współpracę z państwami skandynawskimi oraz Komisją Europejską. Dużo więcej zrobić się nie dało.

W takim razie co teraz?

Wiele zależy od tego, co będzie po wrześniowych wyborach w Niemczech i jakie ostatecznie pozycje zajmą Zieloni, którzy zapewne będą współtworzyć rząd. Oni są dla Polski ciekawym partnerem w kwestiach rosyjskich czy energetycznych, ale we wszelkich innych, z klimatycznymi na czele, będą bardzo trudnym partnerem dla rządu PiS. No i nie wiemy, czy relacje z zielonym, a właściwie zielono-czarnym rządem w Berlinie nie skończą się tak, jak obecna współpraca z Demokratami w USA.

A co powinniśmy zrobić w kontekście sporu USA z Niemcami o stosunek do Chin? Jedni chcą jak najdalej idącego rozdzielenia gospodarczego, a drudzy sprzedają tam 40 procent samochodów swego największego producenta. Jaki my mamy wybór w tej sytuacji?

Ja mam wrażenie, że tu nie ma wyboru, a raczej nie ma dylematu, o czym świadczy los wspomnianej już umowy inwestycyjnej CAI, na zawarcie której Parlament Europejski nie chce wyrazić zgody. Pandemia pokazała, że Chiny stanowią potencjalne zagrożenie i wyzwanie dla Zachodu, a odbiór ich „covidowej dyplomacji” ze strony Niemiec czy Francji był jednoznaczny i pozbawiony złudzeń. To, co jest realnie przedmiotem gry z perspektywy niemieckiej, to odbudowa sojuszu Zachodu z jednej strony, a z drugiej wyciąganie korzyści gospodarczych z relacji z Chinami tak długo jak się da.

Ale właśnie to jest sprzeczność.

Nie, jeśli zakładamy, że rywalizacja Chin i Zachodu będzie się pogłębiać i obejmować kolejne sfery. W dłuższej perspektywie wyboru zatem nie będzie, tzn. wybór i Niemiec, i Polski jest jednoznaczny. I w kwestii Chin, i w kwestii przejmowania odpowiedzialności za bezpieczeństwo przez Europejczyków, do czego Niemcy – zarówno ich opinia publiczna, jak i elity polityczne – byli latami niechętni, następuje istotna, choć powolna zmiana w kierunku transatlantyckim. Argumenty wskazujące na silną i nieuchronną polaryzację w łonie Zachodu to raczej kwestia określonej agendy politycznej, a nie diagnoza stanu faktycznego.

Buras: We wszystkich sporach USA z Europą tak naprawdę chodzi o Chiny

A czy gdyby doszło do zmiany władzy w Polsce, to na czym mogłaby polegać zmiana kursu w polityce zagranicznej?

Zakotwiczenie Polski w strukturach zachodnich czy euroatlantyckich to nie jest coś, co by się zmieniło, gdy chodzi o cele i podstawy naszej polityki. Tym bardziej nie sądzę, że zmienić się powinno. W interesie Polski, ale też każdej ekipy rządzącej jest wzmacnianie spójności Zachodu, widzianego z naszej perspektywy jako Unia Europejska i Stany Zjednoczone.

To nie jest truizm? Taki banał, że trzeba wrócić do „głównego nurtu” polityki europejskiej?

W części polskich środowisk eksperckich widać pragnienie, by w związku z przewidywanymi dramatycznymi zmianami w świecie, dokonać jakichś fundamentalnych zmian w polskiej polityce zagranicznej. Ale ja nie mam poczucia, żeby trzeba było radykalnie odwracać sojusze, wręcz przeciwnie, należy je wzmacniać. Wystarczy, że w samej UE zachodzą zmiany, skoro mamy agendę Zielonego Ładu i rewolucję technologiczno-przemysłową w perspektywie.

I na co to się dla nas przekłada?

To, o co Unia powinna walczyć, a na czym każdemu polskiemu rządowi powinno zależeć, to utrzymanie i wzmocnienie przewag konkurencyjnych UE oraz realne uczestnictwo w wyścigu technologiczno-gospodarczym z USA i Chinami. Niestety, to, w jaki sposób przygotowujemy się w Polsce do implementacji europejskiego i Polskiego Ładu, nie rokuje najlepiej. To znaczy dla nas nie rokuje, bo Europa zapewne jakoś sobie poradzi.

**

Agnieszka Cianciara – politolożka i europeistka, doktora habilitowana nauk społecznych w zakresie nauk o polityce (2018), absolwentka Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego (2005) i Kolegium Europejskiego w Brugii (2006); profesorka w Instytucie Studiów Politycznych PAN, od 2021 roku kierowniczka Zakładu Badań Organizacji Międzynarodowych i Bezpieczeństwa Globalnego, w latach 2016-2020 Zastępczyni Dyrektora Instytutu; w latach 2006-2012 pracowniczka Kolegium Europejskiego w Natolinie; w latach 2010-2016 wykładowczyni Collegium Civitas.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Michał Sutowski
Michał Sutowski
Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.
Zamknij