Kraj, Świat

Mądrość kamikaze, czyli PiS idzie na czołówkę z Ameryką

Jak się skończy to uprawianie polityki zagranicznej przez amatorów? Możliwości są dwie.

Gdy Kim Dzong Un chce zwrócić na siebie uwagę, wystrzeliwuje jakąś rakietę, grożąc sąsiadom albo samym Stanom Zjednoczonym. W ten sposób ma nadzieję wymusić na Waszyngtonie nawet nie tyle realne ustępstwa, ile samo podjęcie z nim bezpośrednich negocjacji, co samo w sobie jest dla niego wystarczająco prestiżowym dowartościowaniem. Rząd Prawa i Sprawiedliwości postanowił  więc przetestować metodę północnokoreańskiego dyktatora.

Jak donoszą Patryk Michalski i Marcin Makowski z Wirtualnej Polski, powołując się źródła w PiS, gra wokół nieprzedłużenia koncesji TVN24 oraz prac legislacyjnych mających na celu wymuszenie na amerykańskich właścicielach TVN sprzedaży przynajmniej części swoich udziałów miałaby doprowadzić do „wzmocnienia pozycji Polski w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi”.

Lex TVN: o co właściwie chodzi PiS?

Biorąc pod uwagę, że w Sejmie prawdopodobnie nie znajdzie się większość umożliwiająca przegłosowanie Lex TVN, to całą akcję – oprócz tego, że obnaża autorytarne zapędy PiS – można potraktować jako dyplomatyczną prowokację i próbę szantażu Waszyngtonu w myśl zasady, że najpierw trzeba sięgnąć dna, aby móc się od niego odbić. Rząd PiS, który całą kadencję Donalda Trumpa leżał przed Amerykanami plackiem, nagle postanowił więc pokazać pazury.

Przywołać Amerykanów do porządku

Diagnoza rządu PiS jest bowiem prosta. Michalski i Makowski cytują anonimowego polityka obozu rządzącego, nawiązującego do kilku wpisów na Twitterze zamieszczonych przez Bixa Aliu, amerykańskiego chargé d’affaires: „Tak się kończy uprawianie polityki przez amatorów. USA miały w Polsce topowego sojusznika w kluczowym obszarze Europy. Widać walka o prawa LGBT+ jest dla nich ważniejsza”.

Problem w tym, że to nie Amerykanie są tu amatorami. Zacznijmy od sprawy mniejszości seksualnych. Politycy PiS najwyraźniej nie zauważyli, że Waszyngton wcale nie zmienił kursu. „Musicie wiedzieć, że w kwestii LGBT jesteście po złej stronie historii”. To nie słowa Aliu, który jest zawodowym dyplomatą, ale Georgette Mosbacher, ambasadorki mianowanej przez Donalda Trumpa. To, co rząd PiS odbiera dziś jako „dyplomatyczny policzek”, jest nie tylko cywilizacyjnym minimum, ale także żywotnym interesem amerykańskiego biznesu. Co Mosbacher również starała się zakomunikować homofobom z Prawa i Sprawiedliwości.

Nie mniej absurdalne jest to, że PiS groźbą przejęcia TVN chce wymóc szybką nominację nowego ambasadora w Warszawie, z którym łatwiej miałoby się załatwiać sprawy wokół Nord Stream 2 i nowelizacji Kodeksu postępowania administracyjnego. Jeśli wiemy coś o Ameryce, to to, że idea wolności słowa ma tam szczególną wagę oraz że jej dyplomacja jak żadna inna przywiązuje wagę do obrony interesów amerykańskiego biznesu (jak trzeba, to jest w tym celu gotowa wywoływać wojny).

Khouri: Blair i Bush powinni stanąć przed Trybunałem Karnym

Znowu warto przywołać inne słowa ambasador Mosbacher, wypowiedziane przy okazji ataków PiS na wolne media: „Fakty TVN jest częścią rodziny Discovery, amerykańskiej firmy notowanej na giełdzie w Nowym Jorku, której priorytetem jest przejrzystość, wolność słowa oraz niezależne i odpowiedzialne dziennikarstwo. Sugestie, że jest inaczej, są fałszywe”. Czy wobec tak ugruntowanej linii amerykańskiej dyplomacji ktokolwiek o zdrowych zmysłach może zakładać, że Waszyngton w sprawie o takim ciężarze gatunkowym pozwoli sobie na jakieś targi albo przymknie oko na wypchnięcie z rynku amerykańskiej firmy, tworząc niebezpieczny dla siebie precedens?

Kolejnego smaczku dodaje fakt, że chęć pozbycia się amerykańskiego właściciela TVN politycy PiS uzasadniają ochroną przed potencjalną ingerencją wrogich mocarstw. Premier Morawiecki wspominał o Rosji, Chinach i państwach arabskich, a Marek Suski, który pilotuje całą sprawę w Sejmie, przywołał Russia Today.

To wszystko dzieje się w momencie, gdy administracja Bidena podkreśla wagę liberalnych wartości, a rywalizację globalnych mocarstw stylizuje na cywilizacyjny pojedynek demokracji i autorytaryzmów. Zestawienie amerykańskiego koncernu medialnego z chińskimi i rosyjskimi tubami propagandowymi to afront, który Amerykanie bez wątpienia odnotują i zapamiętają.

Chińskie wsparcie dla ładu polskiego

Jednak owa nowa asertywność rządu PiS wobec Stanów Zjednoczonych wykracza daleko poza tak rozpalające fantazję polskiej prawicy tematy jak mniejszości seksualne, podporządkowanie mediów czy dyplomatyczne chamstwo w postaci wstrzymania się z gratulacjami dla nowego prezydenta. Wystarczy spojrzeć na sygnały, jakie wysyła Polska na kluczowym dla USA odcinku, czyli rywalizacji z Chinami.

Mimo że część środowisk prawicowych ostrzyło sobie wcześniej zęby na współpracę z Państwem Środka, za kadencji Trumpa Polska podporządkowała się bez szemrania amerykańskiej polityce względem Chin. Rządowi nie zadrżała nawet powieka, gdy został upokorzony przez wiceprezydenta Mike’a Pence’a w sprawie podatku cyfrowego w czasie jego wizyty we wrześniu 2019 roku. Wspólna deklaracja wymierzona w Huawei w sprawie sieci 5G i tak została podpisana.

Nie inaczej było w sprawie unijno-chińskiej umowy inwestycyjnej CAI, którą Berlin forsował wbrew oporowi Waszyngtonu. Jeszcze w grudniu – ufając być może własnej propagandzie głoszącej, że Trump ma jeszcze szanse objąć prezydenturę mimo wyborczej przegranej – minister spraw zagranicznych Zbigniew Rau ostrzegał przed szybkim przyjęciem umowy i wskazywał, że potrzeba szerszych konsultacji, transparentności i zaangażowania w negocjacje „naszych transatlantyckich sojuszników”.

Buras: We wszystkich sporach USA z Europą tak naprawdę chodzi o Chiny

Przeprowadzka Joe Bidena do Białego Domu jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki odmieniła polską politykę wobec Chin. Pierwszy sygnał wysłał Andrzej Duda, który zaszczycił swoją obecnością lutowe spotkanie przedstawicieli 17+1, choć większość delegacji obniżyła rangę swoich delegacji. Kilka tygodni później za ciosem poszedł minister Rau, który nie tylko odwiedził Pekin, ale w czasie wizyty wychwalał CAI jako najlepszą opcję dla Europy i Chin, zachwycał się chińską cywilizacją i jej sukcesami w walce z koronawirusem, a także sondował chińskie wsparcie dla Polskiego Ładu. W tym samym czasie Biden montował antychińską koalicję, która ma dać odpór chińskiej inicjatywie Pasa i Szlaku.

PiS gra w tchórza. Z samym sobą

Jak wytłumaczyć ten nagły zwrot? Możliwości są dwie.

Osierocony przez Trumpa rząd Prawa i Sprawiedliwości mógł uznać, że nadeszła pora, aby przetestować cierpliwość Amerykanów i zweryfikować własne przekonanie o byciu dla Ameryki niezbędnym sojusznikiem, dla którego udobruchania Waszyngton jest gotowy iść na daleko idące koncesje.

Zastosowanie zbójeckich metod na przetestowanie sojuszniczej przydatności jest dość osobliwą taktyką, ale w tym wypadku może wystarczy mały klaps od Amerykanów, aby PiS się opamiętał.

Ale co, jeśli jednak – to jest druga, dużo gorsza opcja – rządowi PiS jest już naprawdę wszystko jedno, co sobie o Polsce pomyśli Waszyngton i ktokolwiek inny na Zachodzie?

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Adam Traczyk
Adam Traczyk
Think-tank Global.Lab
Współzałożyciel i wiceprezes think-tanku Global.Lab, Associate Fellow w German Council on Foreign Relations (DGAP). Były doradca ds. zagranicznych Roberta Biedronia. Absolwent Instytutu Stosunków Międzynarodowych UW. Studiował także nauki polityczne na Uniwersytecie Fryderyka Wilhelma w Bonn oraz studia latynoamerykańskie i północnoamerykańskie na Freie Universität w Berlinie. Doktorant na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Technicznego w Chemnitz.
Zamknij