Świat

Szczyt Putin–Biden: stan nowej zimnej wojny

Rosja stoi przed dylematem, jak ustawić się w konflikcie Zachodu z Chinami. Może zadowolić się rolą młodszego partnera Chin, państwa na wpół zbójeckiego, regularnie destabilizującego zachodnie demokracje, i jeszcze przez kilka lat, może dekad czuć się jak globalne mocarstwo. Może też spróbować się porozumieć z Europą. Komentarz Jakuba Majmurka.

Spotkaniu Putina i Bidena w Waszyngtonie towarzyszyła atmosfera przywodząca na myśl spotkania na najwyższym szczeblu z czasów zimnej wojny. Nie bez powodu − co najmniej od powrotu Putina na stanowisko prezydenta Federacji Rosyjskiej w 2012 roku Rosja i Zachód wkroczyły w fazę nowej zimnej wojny. Przyczyniła się do tego agresywna polityka Moskwy: aneksja Krymu, wsparcie dla „separatystycznych republik” na wschodzie Ukrainy, cybernetyczna i informacyjna wojna przeciw Zachodowi, wspieranie destabilizujących zachodni porządek środowisk politycznych.

Nic nie zapowiada, by w Genewie doszło do przełomu pozwalającego myśleć o końcu tego konfliktu i powrocie Putina do roli praworządnego obywatela społeczności międzynarodowej. Symbolicznie, po zakończeniu szczytu Putin i Biden nie wydali wspólnego komunikatu, nie wystąpili też na jednej konferencji prasowej. Każdy spotkał się z dziennikarzami osobno. Biden zapewnił sobie, że będzie mówił jako drugi, podkreślając, że ma ostatnie słowo.

To, co prawdopodobnie ustalono w Genewie, to wstęp do elementarnego ucywilizowania amerykańsko-rosyjskiego konfliktu, do przywrócenia formalnych i nieformalnych mechanizmów trzymających go we względnie bezpiecznych ramach.

Wybadanie wroga

Biden spotkał się z Putinem na zakończenie swojej europejskiej wizyty. Miała ona, jak pisał „Washington Post”, przypomnieć światu, czym Biden różni się od Trumpa: odbudować relacje z europejskimi partnerami, potwierdzić rolę Stanów jako globalnego czempiona demokracji, praw człowieka i rządów prawa.

Sikorski: Łatwiej postawić się Białorusi niż Rosji

Krytycy szczytu w Genewie pytali, po co w takim razie w ogóle siadać do stołu z Putinem, politykiem, który od prawie dekady prowadzi agresywną politykę przeciw Zachodowi i zachodnim wartościom, twarzą i jednym z przywódców nowej „autorytarnej międzynarodówki”. Wiadomo było, że Putin nie miał żadnych powodów, by ustąpić Bidenowi w czymkolwiek istotnym. Że wykorzysta spotkanie na potrzeby wewnętrznej politycznej propagandy, jako potwierdzenie słuszności własnego twardego kursu wobec Zachodu, jako dowód, że świat liczy się z Rosją i jej prezydentem.

To wszystko prawda, ale Biden miał też całkiem dobre powody, by zorganizować spotkanie. Stosunki amerykańsko-rosyjskie znalazły się w najgorszym miejscu od czasów zimnej wojny. Moskwa i Waszyngton odwołały nawet niedawno wzajemnie swoich ambasadorów, po tym, jak w jednym z wywiadów Biden zgodził się z dziennikarzem, który nazwał Putina „zabójcą”. Eksperci i źródła w amerykańskiej dyplomacji mówią nieoficjalnie mediom o załamaniu się także nieoficjalnych kanałów komunikacji między oboma państwami.

Przywrócenie ambasadorów i podstawowej komunikacji między Waszyngtonem i Moskwą prędzej czy później było koniecznością. Obaj przywódcy zgodzili się na to w Szwajcarii. Biden zachował się racjonalnie, że o to zadbał.

Spotkanie z Putinem było też dla amerykańskiego prezydenta próbą wyczucia przeciwnika. Pokazania, że nie boi się rosyjskiego przywódcy, potrafi z nim rozmawiać, otwarcie artykułując sporne kwestie i różnice. Na przykład sprzeciw wobec łamania praw człowieka w Rosji, o czym poprzedni prezydent, Donald Trump, wymownie milczał. Z punktu widzenia przyszłej dynamiki relacji między oboma przywódcami nie był to irracjonalny ruch. Biden na spotkaniu z dziennikarzami kilkakrotnie podkreślał, że działa dla Stanów, nie przeciw Rosji. Putin tyleż uporczywie, co skrajnie nieprzekonująco, starał się przedstawić Rosję jako ofiarę agresywnej polityki Waszyngtonu. To pokazuje, kto zakończył to spotkanie w politycznej ofensywie.

Czy Putin odpowie na propozycję?

Jak po zakończeniu spotkania mówił Biden, zależało mu na podniesieniu kilku kwestii: ustalenia podstawowych reguł dotyczących cyberwojny, kwestii praw człowieka w Rosji – głównie sytuacji Aleksieja Nawalnego – nienaruszalności granic Ukrainy, powrotu Rosji do ustaleń konferencji helsińskiej (nienaruszalność granic w Europie) i do formatu mińskiego w sprawie Ukrainy.

Czy Putin przyjmie tę ofertę porozumienia? Zależy, w których kwestiach. Propozycja Bidena – ustalmy pewne granice w cyberwojnie, których żadna strona nie będzie przekraczać, np. ataki na energetykę – wydaje się rodzajem transakcyjnej polityki, jaka może przemówić do rosyjskiego przywództwa i leży pewnie również w jego interesie. Stany, co Biden przypomniał w środę, także mają przecież środki do prowadzenia cyberwojny na najwyższym poziomie. Na konferencji prasowej Putin zaprzeczył, by hakerskie ataki na USA pochodziły z Rosji. Nikt nie spodziewał się jednak, że publicznie weźmie za nie odpowiedzialność.

W zaciszu kremlowskich gabinetów rosyjski prezydent będzie poważnie myślał o propozycji Bidena. Co nie znaczy, że ją przyjmie. Jeszcze w kwietniu, w trakcie protestów przeciw uwięzieniu Nawalnego, Putin przestrzegał Zachód przed próbami agresywnych działań wymierzonych w Rosję. „Odpowiedź będzie asymetryczna, szybka i twarda” – mówił. Porozumienie co do granic cyberwojny ograniczałoby możliwość prowadzenia asymetrycznej polityki przez Moskwę – a do takiej polityki Rosja przywykła w ostatniej dekadzie.

Większe szanse na ustalenie pewnych ram współpracy Moskwy z Waszyngtonem widać w takich obszarach jak wymiana więźniów, kryzys klimatyczny, nuklearne porozumienie z Iranem. W kwestiach najbardziej dzielących dziś Stany – i cały Zachód – z Rosją na przełom trudno jednak liczyć. Nic nie wskazuje, by po spotkaniu w Genewie w tunelu wojny w Ukrainie pojawiło się jakieś światełko. By Rosja przestała wspierać reżim Łukaszenki. By ograniczyła agresywne kampanie dezinformacyjne, destabilizujące sytuację w krajach Zachodu. Wreszcie, nic, ale to absolutnie nic nie zmieni się w kwestii praw człowieka w samej Rosji. Ani Biden, ani żaden inny przywódca na jego miejscu nie ma dziś środków, by cokolwiek tu na Putinie wymusić. Bez względu na to, jak bardzo amerykański prezydent przestrzegał Putina przed ewentualną śmiercią Nawalnego w areszcie.

Rosyjski dylemat

Globalny porządek kształtuje się dziś wokół konfliktu Zachodu i Chin. Rosja stoi przed dylematem, jak ustawić się w tym konflikcie. Może zadowolić się rolą młodszego partnera Chin, państwa na wpół zbójeckiego, regularnie destabilizującego zachodnie demokracje, by jeszcze przez kilka lat, może dekad czuć się jak globalne mocarstwo. Może też spróbować się porozumieć z Europą, wykorzystać współpracę z nią dla własnego ekonomicznego i społecznego rozwoju – z czym rosyjskie państwo, sprawne w wojnie i dyplomacji, nigdy samo nie potrafiło sobie na dłuższą metę poradzić. I to niezależnie od ustroju.

Putin wydaje się zdecydowany na chińską opcję. Rosyjski prezydent postrzega Zachód i jego wartości – rządy prawa, demokrację liberalną, prawa człowieka – jako zagrożenie dla swojej władzy. Biorąc pod uwagę, że opiera się ona na autorytaryzmie, przemocy, represjach wobec opozycji, cenzurze, kleptokracji, sojuszu z najbardziej obskuranckimi elementami rosyjskiego społeczeństwa i szczuciu na mniejszości, Putin może mieć rację. Model zachodni wygrywa z tym, stworzonym przez niego na wolnym rynku idei przez nokaut. Do przetrwania potrzebuje represji.

Dla Putina kluczowe jest utrzymanie własnej władzy i stworzonego wokół niej głęboko skorumpowanego systemu, bez względu na cenę. Ten cel uniemożliwia mu prowadzenie racjonalnej polityki międzynarodowej, zgodnej z długoterminowymi interesami Rosji. Bo długoterminowo Rosja mogłaby tylko zyskać na deeskalacji konfliktu z Zachodem i wejściu w rolę odpowiedzialnego członka społeczności międzynarodowej.

Dopóki trwa reżim Putina, na żadne faktycznie nowe otwarcie i porozumienie z Rosją jednak nie ma co liczyć, stan nowej zimnej wojny będzie trwał tak długo, jak długo Putin będzie zasiadał na Kremlu. Zimna wojna może mieć jednak różne oblicza i nie musi uniemożliwiać sensownej współpracy w niektórych kwestiach.

Genewa a sprawa polska

Co to wszystko oznacza dla Polski? Przed spotkaniem w Genewie z okolic rządzącej prawicy dochodziły głosy o nowej Jałcie. Porównanie jest całkowicie przestrzelone: Stany nie wycofują się z zaangażowania w naszym regionie i swoich sojuszniczych zobowiązań.

W polskim interesie leży to, by przeczekać epokę Putina z jak najmniejszymi szkodami dla bezpieczeństwa naszego regionu, trwałości panujących w nim granic i stabilności obecnych w nim demokracji. By powstrzymywać Rosję przed agresywnymi interwencjami w przestrzeni naszego bezpośredniego bezpieczeństwa, którą moskiewskie elity ciągle uważają za swoją strefę wpływów, potrzeba różnych środków. Czasem sankcji, ostracyzmu, twardych słów. Czasem negocjacji. Pozostaje nam czekać, dokąd zaprowadzą nas te, które właśnie otworzył Biden.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".
Zamknij