Kraj, Unia Europejska

Kaczyński gra z Unią w ping-ponga, gdy zaczyna się poker o życie

Wynegocjowanie jak największych środków na to, by dało się u nas przeprowadzić najgłębszą i najszybszą transformację gospodarki i społeczeństwa w historii, to warunek, żeby nie doszło do katastrofy. Ekologicznej, politycznej i ludzkiej. W takiej sytuacji osłabianie pozycji przetargowej Polek i Polaków to i zbrodnia, i błąd. Komentarz Michała Sutowskiego.

Trybunał Sprawiedliwości UE orzekł, że dyscyplinowanie sędziów à la polonaise to nie po europejsku. Jednocześnie tak zwany Trybunał Konstytucyjny w Polsce odrzekł, że TSUE nic do tego. Odpowiedź na fundamentalne zapytanie premiera Morawieckiego, czy prawo unijne w ogóle ma prymat nad polskim, odłożono chwilowo na kolejne posiedzenie.

Czy to już polexit? Polexit w sensie prawnym? Preludium do zamachu stanu? A może tylko kolejny – nie pierwszy, ale i nie ostatni, w żadnym razie decydujący – akord sześcioletniej wojny podjazdowej Nowogrodzkiej z Brukselą?

PiS donosi sam na siebie

Politycy opozycji, co zrozumiałe, biją na alarm, choć opinię publiczną mało już to wszystko wzrusza. Autorytety prawnicze (w tym Adam Bodnar) przestrzegają przed niezamierzonymi konsekwencjami – i słusznie, choć efekt wydaje się jak wyżej. Podejrzani politykierzy kreślą katastroficzne scenariusze – ich prawo. Politolodzy tonują i uspokajają – kto wie, może trafnie.

Gdula o decyzji TK: Międzynarodowe Rodeo Kaczyńskiego

Ale coś nam wszystkim przy okazji umyka. A konkretnie fakt, że Kaczyński pogrywa z Brukselą w ping-ponga, kiedy w Unii Europejskiej zaczyna się właśnie cywilizacyjny poker pod hasłem „Fit for 55”. Unia Europejska przedstawiła plan, jak chce zmniejszyć emisję gazów cieplarnianych w nadchodzących latach, potencjalnie rewolucjonizując wiele sektorów: od podróży lotniczych przez energetykę po żeglugę.

Polska do stołu tej gry zasiada bez asów w rękawie, a jednocześnie z opinią szulera i aroganta, który przy pierwszej okazji kopnie w stolik.

Z odmową przestrzegania prawa unijnego wiąże się wiele skomplikowanych procedur oraz możliwość uruchomienia instrumentów prawnych i politycznych o różnej mocy. Na końcu jest może nie polexit, ale na pewno wstrzymanie wypłaty gigantycznych środków z Funduszu Odbudowy. O środkach tego typu mawia się wprawdzie, że to „opcja atomowa” (w sensie: straszak, a nie broń do realnego użycia), ale przykład Węgier pokazał, że użycie taktycznej broni nuklearnej nie jest dziś wcale wykluczone.

Oto bowiem Komisja Europejska wstrzymała co najmniej do jesieni wypłatę środków na węgierski plan odbudowy. Zrobiła to w związku z obawami o korupcję (i nie bez związku z niedawną ustawą wymierzoną w osoby LGBT+) oraz jako zabezpieczenie prawidłowego wydatkowania pieniędzy.

Już dwa lata temu komisja zgłosiła do Budapesztu uwagi na temat konieczności poprawy pracy prokuratury, zwiększenia dostępu do informacji publicznych i wzmocnienia niezawisłości wymiaru sprawiedliwości (!). Teraz doszła jeszcze kwestia nieprzystąpienia Węgier do Prokuratury Europejskiej, która ściga defraudacje unijnych pieniędzy.

Opozycja na Węgrzech nie tak zjednoczona, jak ją malują

W tej sytuacji polski obóz władzy dał UE idealną wprost podkładkę do niewypłacenia lub choćby opóźnienia wypłaty pieniędzy również Polsce. Oto teraz, bez żadnych „artykułów siódmych”, trybunalskich młynów, co wolno mielą, czy innych niepraktycznych metod, będzie można włożyć Morawieckiemu… palce w imadło. Gotowe uzasadnienie przygotował Brukseli sam polski rząd: „Nie mamy żadnej gwarancji, że wasze sądy i prokuratura będą ścigać ewentualne przekręty na wspólnej, europejskiej kasie”.

Dlaczego Kaczyński to zrobił? To wie chyba tylko on, ewentualnie jacyś potajemni czytelnicy jego maili.

Unia fit, Polska martwa do 2050

Ale to problem doraźny i – zapewne – doraźnie rozwiązywalny. Blamaż, nie blamaż – jeśli KE zdecyduje o zablokowaniu środków dla Polski, albo Kaczyński się ugnie, albo elektorat – jego i cudzy – wywiezie go z Żoliborza na taczce razem z ochroną GROM-u. Bliska nam bowiem suwerenność i mołojecki honor, ale jeszcze bliższe 770 mld złotych.

Tyle że na Funduszu Odbudowy, jakkolwiek nie jest on ważny, świat się nie kończy. Równocześnie zaczyna się gra o jeszcze większą stawkę. Tego samego dnia, kiedy Trybunał Konstytucyjny ustami Stanisława Piotrowicza kazał się Unii gonić na drzewo, Komisja Europejska przedstawiła założenia tzw. Fit for 55. To, mówiąc w wielkim skrócie, garść konkretów związanych z zaakceptowanym już celem obniżenia emisji gazów cieplarnianych o 55 (zamiast dotychczasowych 40) procent do roku 2030, co ma przybliżyć nas do realizacji celu neutralności klimatycznej UE do roku 2050.

Co leży na stole? Przyspieszenie tempa redukcji wydawanych pozwoleń na emisje gazów cieplarnianych – już dziś ich cena (50 euro za tonę i będzie rosnąć) dobija ekonomicznie polską energetykę, z której reformą spóźniamy się co najmniej o półtorej dekady. Do systemu handlu emisjami mają zostać dołączone żegluga i de facto lotnictwo – nie bez znaczenia w kontekście gargantuicznych planów regulacji rzek i budowy lotniczo-kolejowego hubu transportowego w Baranowie.

CPK: Centralny Port czy Centralna Pomyłka Komunikacyjna?

Powstać ma też oddzielny system handlu uprawnieniami do emisji w budownictwie i transporcie drogowym opartym na paliwach kopalnych – podczas gdy zarówno budowa, jak i eksploatacja wielu naszych budynków są wciąż wysokoemisyjne, a dostępu do transportu zbiorowego nie ma 14,5 mln mieszkańców Polski, z czego większość skazana jest na samochód. Udział odnawialnych źródeł energii w całkowitym jej zużyciu ma wynosić 40 zamiast wcześniej zakładanych 32 procent (u nas jest to dziś poniżej 15 procent), a do tego bardziej restrykcyjnie traktowana ma być biomasa (ważna w polskim miksie energetycznym). W 2035 roku nie będzie można rejestrować pojazdów z napędem spalinowym (w Polsce elektryków i hybryd jest dziś… 22 tysiące, to mniej więcej promil wszystkich samochodów).

Skrajna prawica czeka na przegranych

Jasne, to wszystko dopiero unijne propozycje do negocjacji. Ekolodzy tonują entuzjazm, mówiąc, że te cele i tak są za mało ambitne i spóźnione, a i bez tego samolubne państwa, wielki biznes i opór społeczny zapewne doprowadzą do dalszego ich rozwodnienia i opóźnienia. W Polsce lobby zachowawcze, z rządem na czele, będzie wyjątkowo silne.

Zresztą to nie tylko kwestia zapóźnień mentalnych – po francuskich protestach przeciwko opodatkowaniu benzyny wiemy już, że sprawiedliwa transformacja nie może być pustym hasłem, bo przegrani tego procesu mogą wysadzić potem cały ten system w powietrze. W Polsce kandydatów na „żółte kamizelki” też nie brakuje, vide Bełchatów i Turów, podobnie jak ich potencjalnych politycznych reprezentantów (Kowalski, Ziobro i Konfederacja już czekają w blokach).

Jeśli nie uda się zagwarantować gigantycznych europejskich środków na cały ten proces, polskiej władzy pozostanie już tylko rola hamulcowego polityki klimatycznej. Na pohybel planecie i jej mieszkańcom, ale zapewne też Polsce jako członkowi Unii Europejskiej.

Wynegocjowanie jak największych środków na to, by dało się u nas przeprowadzić najgłębszą i najszybszą transformację gospodarki i społeczeństwa w historii, to warunek, żeby nie doszło do katastrofy. Ekologicznej, politycznej i ludzkiej.

W takiej sytuacji osłabianie pozycji przetargowej Polek i Polaków w polityce klimatycznej – poprzez obsesje jednego człowieka, wojnę z wymiarem sprawiedliwości, przepychanki w rządzącej koalicji, chęć przykrycia nieudolnej walki z pandemią, you name it – to i zbrodnia, i błąd.

Kaczyński popełnia błąd, za który nie zapłacą żadne „przyszłe pokolenia”, tylko my wszyscy, których za naszego życia PiS zepchnie trwale na peryferie cywilizowanego świata – z których od dziesięcioleci, z pewnymi sukcesami, próbujemy się wydobyć.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Michał Sutowski
Michał Sutowski
Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.
Zamknij