Kraj

Wysokie koszty wstawania z kolan

W zglobalizowanym świecie zawsze będziemy od kogoś nieco zależni – od inwestorów, rynków, zagranicznych wierzycieli lub od któregoś z hegemonów. Uniezależnienie się od Brukseli nie sprawi, że Polska stanie się suwerenna – a tylko, że uzależni się bardziej od kogoś innego, kto będzie się kierował wyłącznie zimną kalkulacją.

Wyrok TK stwierdzający niezgodność niektórych przepisów Traktatu o Unii Europejskiej z Konstytucją RP być może nie doprowadzi do polexitu, ale na pewno poważnie zwiększa ryzyko utraty środków z Funduszu Odbudowy. Kilkanaście państw Wspólnoty otrzymało już część pieniędzy, co pomaga im podnosić się po pandemicznym kryzysie, więc miliardy euro płyną już w różne części Europy, ale jeszcze nie nad Wisłę.

To tym bardziej przykre, że obecny spór naszego rządu z Brukselą jest zupełnie bezsensowny, nie przynosi Polsce absolutnie żadnych korzyści. Wspólnocie zresztą również, więc jest to gra typu lose-lose. Według PiS to walka o polską suwerenność – problem w tym, że w wyniku przeciągającego się sporu i potencjalnej utraty tych dziesiątków miliardów euro przeznaczonych na KPO nasza suwerenność nie tylko nie wzrośnie, ale wręcz spadnie. Wyzwalając nas spod „dyktatu Brukseli”, na którą jako członek Unii Europejskiej możemy realnie wpływać, PiS prowadzi nas pod dyktat kogoś lub czegoś innego, zupełnie przez nas niekontrolowanego.

Majmurek: Najgłupsza wojna współczesnej Europy

Tracona szansa

Z Funduszu Odbudowy Polska ma otrzymać 24 mld euro w formie dotacji oraz 34 mld euro w formie pożyczek. Do sfinansowania funduszu Unia zaciągnie pożyczki, które państwa będą spłacać wspólnie, co podobno jest argumentem przeciw korzystaniu z tych funduszy. Wspólnota może zaciągać pożyczki na absurdalnie niski procent, czasem wręcz ujemny, co jest nieosiągalne zarówno w przypadku Polski, jak i większości pojedynczych krajów UE.

Według ustawy ratyfikacyjnej w sprawie zasobów własnych Unii w latach 2021–2027 Polska będzie musiała zapłacić odsetki od pożyczek zaciągniętych przez KE wysokości 550 mln euro. Kwota zupełnie nieporównywalna nawet z pulą samych bezzwrotnych dotacji, które mogłyby trafić nad Wisłę. 58 mld euro z Funduszu Odbudowy to w przeliczeniu po obecnym kursie 267 mld złotych. To potężne środki: w 2019 roku łączna wartość nakładów inwestycyjnych nad Wisłą wyniosła 424 mld złotych, jednak sam sektor przedsiębiorstw zainwestował 233 mld złotych. Tak więc moglibyśmy otrzymać w najbliższych latach na inwestycje więcej, niż rocznie inwestują wszystkie przedsiębiorstwa działające w Polsce.

Według szacunków NBP do 2023 roku uda nam się wykorzystać 40 proc. środków z Funduszu Odbudowy, co zwiększyłoby roczny wzrost o 0,4 punktu procentowego. Znacznie bardziej optymistyczne szacunki przedstawił Bank Pekao. Wykorzystanie środków z funduszu do 2024 roku poprawiłoby dynamikę PKB nawet o 1,5 punktu procentowego rocznie, dzięki czemu rozwijalibyśmy się w tempie szybszym niż 5 proc. rok do roku.

Spór z Unią Europejską będzie więc nas sporo kosztował, nawet licząc tylko straty ekonomiczne. Oczywiście to wszystko w optymistycznym scenariuszu, w którym pozbawieni jesteśmy jedynie pieniędzy z Funduszu Odbudowy, a środki z Funduszu Spójności płynęłyby do nas bez przeszkód. Jeśli także one zostałyby w jakiś sposób zablokowane, to groziłaby nam utrata kolejnych 75 mld euro, co na szczęście jest akurat bardzo mało prawdopodobne. Nie zmienia to faktu, że z powodu zupełnie bezsensownego sporu proceduralnego z UE stracimy szansę na szybszy wzrost w kluczowym momencie odbudowy po pandemii. Gdyby ten spór faktycznie poprawił naszą pozycję we Wspólnocie, albo chociaż zwiększył sterowność naszego kraju w kontekście międzynarodowym, można by to jeszcze jakoś zrozumieć. Tylko że efekty będą odwrotne – pozycja Polski w Unii będzie gorsza, za to nasza zależność od zagranicy wzrośnie.

Uzależnieni od kursu

W związku z problemami dotyczącymi zatwierdzenia polskiego i węgierskiego KPO pojawiły się już głosy, że Węgry i Polska mogą same zdobyć finansowanie na odbudowę. Viktor Orbán od jakiegoś czasu zapewnia, że Węgry zdobędą pieniądze na odbudowę spoza Wspólnoty. Szef polskiego NBP na konferencji prasowej z okazji podniesienia stóp również delikatnie zwrócił uwagę, że nasz kraj bez tych pieniędzy sobie poradzi. Janusz Kowalski już pod koniec ubiegłego roku głosił teorię, że zamiast skazywać się na łaskę Brukseli, państwa Grupy Wyszehradzkiej mogłyby stworzyć własny Fundusz Odbudowy. Od tamtego czasu weszliśmy jednak w ostry spór z Czechami, a premier Morawiecki zawiesił swoją obecność na szczytach V4, więc ten plan raczej się rypnął.

Spór o Turów będzie kosztować Polskę 840 mln zł rocznie

Jedną z możliwości takiego alternatywnego finansowania opisuje co jakiś czas Leon Podkaminer. Według Podkaminera moglibyśmy sobie poradzić bez pieniędzy unijnych, gdyż fundusze europejskie przed ich uruchomieniem w Polsce muszą najpierw zostać wymienione na złote w NBP. „W rezultacie NBP emituje dodatkowy pieniądz krajowy – tak jak mógłby to zresztą czynić bez napływu funduszy z UE!” – pisze Podkaminer. Rzeczywiście, tak to z grubsza wygląda. Ministerstwo Finansów wymienia w NBP euro na złote, a ten drugi gromadzi te środki na odpowiednim rachunku. Powiększają one rezerwy banku centralnego i są pokryciem wyemitowanych złotych. W latach 2009–2013, czyli w czasie szybkiego napływu nad Wisłę unijnego Funduszu Spójności, rezerwy NBP powiększyły się dwukrotnie – z 44 do 82 mld euro – głównie z powodu napływu walut z funduszy unijnych. Dzięki zwiększeniu rezerw emisja nowych pieniędzy nie odbija się negatywnie na kursie złotego.

Gdyby Fundusz Odbudowy bezpośrednio sfinansował NBP, czyli po prostu kupił od rządu obligacje skarbowe, wtedy polskie rezerwy nie zwiększyłyby się o 58 mld euro, tylko o polskie papiery dłużne. W takiej sytuacji kurs złotego bez wątpienia by spadł, i to znacząco. Od początku pandemii NBP prowadzi ekspansywną politykę monetarną, drastycznie obniżając stopy procentowe i skupując od banków polskie papiery dłużne o wartości już ok. 140 mld złotych. W tym czasie kurs euro do złotego wzrósł z 4,28 przed pandemią do 4,61 obecnie.

Nie tylko Amerykanie nie odbierają od nas telefonu. Oto demolka zagraniczna PiS

Gdyby NBP zakupił bezpośrednio od rządu (abstrahując już od tego, że nie może) obligacje warte 267 mld złotych, czyli równe polskiej części Funduszu Odbudowy, kurs złotego przebiłby pewnie 5 złotych. Drastycznie wzrosłyby więc ceny importu, tymczasem pieniądze z funduszu mają być przeznaczone na inwestycje. A Polska ma spory deficyt zarówno w obrocie dobrami inwestycyjnymi, jak i dobrami pośrednimi, niezbędnymi do produkcji. Inaczej mówiąc, jesteśmy importerem dóbr niezbędnych do prowadzenia inwestycji i rozwijania produkcji. Na koniec I kwartału 2021 dobra inwestycyjne i pośrednie odpowiadały za zdecydowaną większość 15-procentowego wzrostu importu – import dóbr konsumpcyjnych odpowiadał zaledwie za 3 punkty procentowe tego wzrostu.

Wierzyciele lub hegemon

Gospodarka odbijająca się po pandemii potrzebuje dóbr inwestycyjnych i pośrednich, więc importujemy je na potęgę. Uruchomienie Funduszu Odbudowy finansowanego bezpośrednio przez NBP ograniczyłoby nasze możliwości importowania dóbr niezbędnych do inwestycji – tymczasem właśnie na inwestycje te środki miałyby być przeznaczone. Zupełnie mija się to z celem.

Oczywiście, rząd mógłby sam sfinansować fundusz emisją obligacji. W takim układzie do 2024 roku musiałby wyemitować 267 mld złotych nowego długu. W krótkim czasie dług publiczny zwiększyłby się więc o jedną piątą, a przecież równocześnie rządzący musieliby emitować też obligacje na pokrycie bieżącego deficytu budżetowego. Na przyszły rok zaplanowany jest deficyt wysokości 31 mld złotych, a w kolejnych również jest planowany. Wyemitowanie tak dużej liczby nowych obligacji w tak krótkim czasie musiałoby skutkować znacznym wzrostem ich oprocentowania. Obecnie 10-letnie papiery dłużne Polski oprocentowane są na 1,7 proc. To bez porównania gorsze warunki, niż otrzymuje UE. Niedawno w ramach Next Generation EU Komisja Europejska wyemitowała 10-letnie obligacje o łącznej wartości 20 mld euro. Ich oprocentowanie wyniosło niecałe 0,1 proc.

To opóźnianie zielonej transformacji przyniesie nam straty. Jej przyspieszenie to konieczność

Oczywiście moglibyśmy obniżyć oprocentowanie tych nowych obligacji, zaciągając dług w innej walucie, np. w euro. Tylko że wtedy znów skazywalibyśmy się na zależność od płynnego kursu waluty, tak samo jak w przypadku finansowania Funduszu Odbudowy bezpośrednio przez NBP.

Ostatnim sposobem zapewnienia sobie kapitału na odbudowę byłoby znalezienie jakiegoś sponsora. Z USA w czasach Bidena jest nam nie po drodze. Rosja też oczywiście odpada, bo PiS boi się jej nawet bardziej niż opozycja – słusznie zresztą. Zostają więc Chiny.

Taki plan zdaje się mieć Orbán, który dąży do tego, by Węgry stały się dla Chin bramą do Europy. Chiny sfinansują wartą 2 mld dolarów budowę kolei Budapeszt–Belgrad, Węgrzy chętnie przyjmują też chińskie inwestycje. Oczywiście, muszą się odpłacać popieraniem Chin na arenie międzynarodowej – wspierały Chiny choćby w ich dążeniu do uzyskania statusu gospodarki rynkowej. Chińczycy nabywają węgierskie firmy – np. BorsodChem, a nawet planują otworzyć filię swojej uczelni nad Balatonem, co zresztą doprowadziło do sporych napięć społecznych, a w tej sprawie planowane jest referendum.

Znalezienie bogatego sponsora w postaci któregoś z wielkich globalnych graczy będzie więc miało swoją cenę w postaci prowadzenia uległej wobec niego polityki. Suwerennościowa polityka wobec UE skończyłaby się bowiem uzależnieniem od innego hegemona, zdecydowanie mniej przyjaznego, bo już zupełnie niedemokratycznego i bezwzględnego.

Świat ograniczonej suwerenności

Jak widać, nasze wstawanie z kolan zaczyna być coraz mniej opłacalne. Każda opcja samodzielnego sfinansowania odbudowy jest drastycznie mniej opłacalna niż partycypacja w funduszu unijnym. We współczesnym, zglobalizowanym świecie kraj taki jak Polska – czyli średniej wielkości i średnio zamożny – nie jest w stanie być absolutnie suwerenny. Nawet duże i bogate kraje są skrępowane siecią przeróżnych powiązań i nie mogą prowadzić zupełnie swobodnej polityki. Zawsze będziemy od kogoś w mniejszy lub większy sposób zależni – od inwestorów, zagranicznych wierzycieli, rynków ustalających kurs naszej waluty lub też któregoś z hegemonów. To nie znaczy przecież, że nie możemy nad Wisłą stworzyć dobrego miejsca do życia ani prowadzić własnej polityki – musimy jednak z tej gęstwiny powiązań wybierać najlepsze dla nas opcje. Najbardziej opłacalną dla Polski opcją jest członkostwo we Wspólnocie i pogłębianie integracji europejskiej.

Wyrok Trybunału, czyli Kaczyński prowadzi nas na poprzednią wojnę

Uniezależnianie się od Brukseli nie sprawi, że Polska stanie się suwerenna – jedynie uzależni się bardziej od kogoś innego. Od wyżej wymienionych Unię Europejską odróżnia to, że mamy na nią wpływ dzięki naszemu członkostwu, poza tym jest obszarem lepiej od tamtych szanującym demokrację i prawa człowieka. Oczywiście, jest też obszarem ścierania się narodowych interesów, jednak przynajmniej odbywa się to według dosyć cywilizowanych zasad. Rynki kapitałowe, zagranicznych wierzycieli czy wyrastające na mocarstwo Chiny kierowałaby wobec nas wyłącznie zimna kalkulacja. Wątpliwe, żebyśmy na tym wyszli lepiej.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij