Podcasty, Serwis klimatyczny

To opóźnianie zielonej transformacji przyniesie nam straty. Jej przyspieszenie to konieczność

Zasada 10H mówi, że nie można stawiać wiatraków w odległości mniejszej niż 10-krotność wysokości wiatraka, co w praktyce, biorąc pod uwagę jak osadnictwo w Polsce jest zorganizowane, powoduje, że nie ma gdzie tego wiatraka postawić.

O tym, dlaczego ambitna propozycja unijna – Fit for 55 – powinna być traktowana jako niezbędne minimum, dlaczego OZE nie tylko hamują ocieplenie klimatu, ale też pozwalają się do zmian przystosować i czy milion aut elektrycznych to jest dobry pomysł na cywilizacyjny skok Polski – opowiada ekonomistka Adrianna Wrona z Fundacji Instrat.

Posłuchaj całości

Czytaj transkrypcję podcastu

Skróty i dopowiedzenia od redakcji.

Michał Sutowski: Dzień dobry państwu, witam w kolejnym Podcaście Krytycznym. Moją gościnią jest dzisiaj ekonomistka Adrianna Wrona pracująca w programie badawczym energia i środowisko Fundacji Instrat, absolwentka ekonomii Uniwersytetu Amsterdamskiego, obecnie studentka Global Governance and Ethics na UCL w Londynie. Dzień dobry.

Adrianna Wrona: Dzień dobry. Dziękuję bardzo za zaproszenie.

Będziemy rozmawiać trochę na kanwie opracowania dotyczącego nowych celów redukcji emisji gazów cieplarnianych, jakie wiążą się z zobowiązaniami, które państwa członkowskie Unii Europejskiej kilka już miesięcy temu przyjęły. Dotyczą one tego, iż do roku 2050 UE jako całość ma być wspólnotą neutralną klimatycznie, przede wszystkim pod względem emisji, a aby ten cel został zrealizowany, przyjęto ambitniejszy niż dotychczas zakładane, cel na okres wcześniejszy – mianowicie 55 proc. redukcji całkowitej emisji gazów cieplarnianych do roku 2030.

Popkiewicz: Polska nie może być hamulcowym zmian

Pojawiają się pytania, czy to jest realistyczne, z drugiej strony zwłaszcza środowiska aktywistyczne wskazują, że to jest źle postawione pytanie, bo należy rozważyć, czy nie jest to cel za mało ambitny, ze względu na to, jakie wpływy mają emisje na ocieplenie i generalnie zmianę klimatu.

Na blogu Fundacji Instrat czytam taki fragment apropos Fit for 55, a zatem decyzji komisji europejskiej, która konkretyzuje te cele i zamierzenia. „Opublikowany w lipcu projekt pakietu Fit For 55 obnażył nieadekwatność polskich strategii energetycznych i podkreśla potrzebę podjęcia niezwłocznych działań na rzecz rozwoju OZE w Polsce. Unijny cel udziału OZE w końcowym zużyciu energii brutto ma wzrosnąć z 32 do 40 proc. w 2030 r., a szacowany cel dla Polski to 31 proc. wobec obecnych 23 proc.” W związku z tym ja muszę zadać pytanie. Czy te propozycje przedstawione do negocjacji przez państwa członkowskie w ramach pakietu Fit for 55 są w przypadku Polski jakkolwiek wykonalne i do pomyślenia, jeśli chodzi o ich praktyczną realizację? Bo zdaje się, że my nawet do dotychczasowych, dużo mniej ambitnych celów redukcji emisji nie byliśmy gotowy zadeklarować, nawet nie wspominając o tym, żeby je wypełnić. Czy to jest wykonalne, żebyśmy zrealizowali te nowe, bardziej wyśrubowane cele redukcji emisji?

Jeśli zbierzemy wszystkie siły, a zwłaszcza wolę polityczną, jest to jak najbardziej wykonalne, a nawet podkreśliłabym fakt, że jest to konieczne. Niepodejmowanie działań dekarbonizacyjnych, w tym głównie poprzez wdrażanie OZE i uwolnienie tego potencjału w całej skali, jaką tylko możemy zrobić, przyczyni się do olbrzymich strat gospodarczych i społecznych w Polsce. Pakiet Fit for 55, jak pan powiedział, jest dość kontrowersyjny, ponieważ wydaje się, że dla Polski jest zbyt ambitny i trzeba oczywiście powiedzieć, że on będzie rewolucyjny dla Polski i będziemy musieli podjąć szereg działań, które będą zarówno kosztowne jak i muszą się zadziać w bardzo dynamiczny sposób. Cel OZE, który jest teraz ustanowiony na 40 proc. dla Polski, jest zdecydowanie niższy niż średnia unijna, już to pokazuje nam, że Polska jest w tyle w stosunku do większości państw unijnych.

Aktualnie jest to 31 proc.

Precyzując, to nie jest tak, że ktoś nam ten cel narzuci, ponieważ dyrektywa ta w taki sposób nie obowiązuje, chociaż są presje, żeby te cele rzeczywiście były wiążące prawnie, to komisja europejska zdecydowała się na taki krok jak w przypadku wcześniejszych celów na 2030 rok, czyli tych jeszcze nie zaktualizowanych w tym momencie, że każde z państw członkowskich samo w swoich krajowych planach na rzecz energii i klimatu deklaruje, ile jest w stanie spełnić. Jest tam też pewna formuła w tak zwanej the goverment regulation, która towarzyszy tym różnym pakietom. Z tej formuły można przekalkulować, jaka jest oczekiwana kontrybucja każdego z państw. Biorąc pod uwagę polskie PKB to, gdzie się znajdujemy energetycznie i szereg innych różnych czynników…

Krótko mówiąc to, że jesteśmy biedniejsi od Niemców i nie tylko oraz mamy bardzo duży udział paliw kopalnych, a przede wszystkim węgla kamiennego i brunatnego w miksie energetycznym…

Tak, to wszystko składa się na to, że od nas się nie oczekuje 40 proc. Są państwa, które deklarują 70 i 80, więc my tutaj naprawdę nie jesteśmy poszkodowani. Myślę, że jeżeli rzeczywiście dokonamy wszystkich działań, które możemy, uwolnimy potencjał OZE zwłaszcza w elektroenergetyce. Tam ten potencjał jest, widzimy jakie są trendy, widzimy jaka jest konkurencja na aukcjach OZE, zainteresowanie rozwojem fotowoltaiki…

… to znaczy, że jest popyt na energię ze źródeł odnawialnych i jak rozumiem panele fotowoltaiczne, krótko mówiąc ludzie chcą je sobie instalować na dachu i o tych trendach mówimy.

Dokładnie, o tych trendach mówimy. Dodatkowo o strategii Polski we wdrażaniu wiatraków na morzu, musimy też uwolnić potencjał energetyki wiatrowej na lądzie, który został efektywnie zablokowany w 2016 roku poprzez wprowadzenie ustawy antywiatrakowej tzw. zasady 10H, która nas bardzo mocno zablokowała.

UE zapala zielone światło na trasie do neutralności klimatycznej. Co robi polski rząd? Wciska hamulec

Zasada 10H mówi, że nie można stawiać wiatraków w odległości mniejszej niż 10-krotność wysokości wiatraka, co w praktyce, biorąc pod uwagę jak osadnictwo w Polsce jest zorganizowane, powoduje, że nie ma gdzie tego wiatraka postawić.

Dokładnie. Ponieważ nie mamy planów zagospodarowania przestrzennego takich, jakie powinny być i można sobie domek postawić na środku pola, więc to blokuje bardzo dużo potencjałów na rozwój źródeł energii, a wiemy z różnych badań, że Polacy nie są już tak temu przeciwni jak twierdzono za czasów, kiedy wprowadzano tę ustawę.

A ile my mamy OZE w miksie?

W miksie energetycznym mamy teraz 12,2 proc. A nasz cel na 2020 wynosił 15 proc.

Więc jesteśmy 3 do tyłu w stosunku do tego, co zadeklarowaliśmy.

Tak, 3 punkty procentowe.

A przez następną dekadę mamy zgodnie z wytycznymi osiągnąć 31 proc.

Tak.

No to dużo.

To jest rzeczywiście dużo. Z drugiej strony, jeżeli przyjrzymy się temu, co jesteśmy w stanie zrobić, odblokowując właśnie te wszystkie potencjały, to nagle okazuje się, że to jest po pierwsze możliwe, a po drugie powinno być traktowane jako niezbędne minimum. Tłumacząc, to co my jako Fundacja robimy i jakie szacunki przeprowadzamy, żeby pokazać w jakich sektorach te udziały OZE są najłatwiejsze do zwiększenia, to oczywiście głównym sektorem jest energia elektryczna.

Kaczyński gra z Unią w ping-ponga, gdy zaczyna się poker o życie

No właśnie, to może o tym powiedzmy, bo te obszary, w których powstają emisje gazów cieplarnianych oczywiście są bardzo liczne. To jest przemysł i energetyka, transport drogowy, morski, lotniczy to jest również budownictwo i ciepłownictwo. To jak ogrzewamy miejsca, w których żyjemy i pracujemy. Tak się składa, że transport to jest ta jedyna sfera w całej UE, w której w ostatnich latach emisje rosły i to dość znacząco zamiast spadać. W pozostały obszarach było trochę lepiej. Jeśli chodzi o ciepłownictwo z kolei to to jest taki specyficzny obszar, bo jak się wydaje w takich kwestiach jak termomodernizacja mamy duży potencjał krajowy. Już to robimy, wiemy, jak to robić, polskie firmy się w tym specjalizują. Można na tym zarobić. To jest nie tylko pewien przymus wynikający z regulacji czy stanu planety i warunków naszego życia, ale to może też być dobry interes. Dlaczego więc wskazujecie w swoim opracowaniu w Instracie, że najważniejsza jest elektroenergetyka?

Jest to głównie związane z faktem, że najskuteczniejszym sposobem na dekarbonizację innych sektorów jest ich elektryfikacja. Elektryfikacja może być zrobiona już teraz. Jeżeli mamy wystarczająco dużo mocy, która zasiliłaby samochody elektryczne czy ogrzewanie elektryczne.

Tylko rozumiem, nie chodzi o to, żebyśmy ogrzewali mieszkania grzejnikami elektrycznymi zasilanymi z elektrowni na węgiel brunatny?

Dokładnie i tak samo nie powinniśmy jeździć samochodami elektrycznymi, które są zasilane prądem na węgiel.

Ale czy to znaczy, że jeśli nie mamy dużego udziału odnawialnych źródeł energii w miksie energetycznym, to nie powinniśmy w ogóle zajmować się przestawianiem motoryzacji na silniki elektryczne? Czy może są jakieś inne powody, dla których warto skądinąd to robić?

To jest bardzo dobre narzędzie antysmogowe. Wiemy, jak wygląda sytuacja smogu w Polsce, jest co najmniej zła. Odpowiada za wiele przedwczesnych śmierci. Nawet był raport NIK-u w zeszłym roku, w którym jest bardzo jasno powiedziane, że z powodu smogu w Polsce umiera 10 razy więcej ludzi niż w wypadkach drogowych. Więc te statystyki są przerażające. Elektryfikacja transportu powiedziałabym, czy na czysty, czy na mniej czysty prąd, byłaby sensowna nawet gdybyśmy nie mieli prądu z OZE. Więc jak najbardziej elektryfikujmy, jak najbardziej starajmy się tą elektryfikację przyśpieszyć. Jeden milion pojazdów elektrycznych, który jest zapowiadany przez rząd, jest nierealistyczny – do 2025 roku powinniśmy osiągnąć milion pojazdów, a aktualnie mamy około 27 tysięcy.

A gdybyśmy posiadali czarodziejską różdżkę, to czy powinniśmy ją wykorzystać do przyśpieszenia tego procesu? Krótko mówiąc, a nawet gdyby premier Morawiecki nie fantazjował o milionie samochodów elektrycznych, tylko miał pomysł, jak stymulować ich produkcję w Polsce, to by zrobiło dużą różnicę? To by nam jakoś pomogło? To byłaby gra warta świeczki?

Czy mówimy tu o naszym polskim samochodzie Izera, który chcemy wyprodukować, czy o jakichkolwiek samochodach elektrycznych? Bo to dwie bardzo odległe wizje.

Może powiedzmy o obydwóch scenariuszach.

Ja akurat nie jestem fanką Izery. To nie jest nasza mocna strona. Nie mamy takiego know how, a mamy go np. w akumulatorach i na tym się powinniśmy skupić. Fabryka Izery jest oczywiście bardzo atrakcyjnym i sprzedawalnym pomysłem, wiadomo motoryzacja jest takim dość seksownym powiedzmy sektorem.

Wszyscy mówią, że światowa motoryzacja przestawia się na samochody elektryczne, więc my budujemy fabrykę samochodów elektrycznych. Dobrze to wygląda.

Las już nie fabryką drewna, lecz elektrycznych samochodów

Tak, ale ja uważam, że jeżeli na coś powinniśmy przeznaczyć te środki, które mają pójść na wspieranie Izery, to to powinna być rozbudowa sieci infrastruktury ładowania, bo to jest jedna z największych barier do rozwoju elektromobilności. Dodatkowe dopłaty do aut elektrycznych. Wiemy, że został teraz wprowadzony program Mój Elektryk, w ramach którego możemy spodziewać się dopłaty około 19 tysięcy złotych, co jest oczywiście jakąś tam sumą, ale może się okazać za niską przy pułapie obecnym w innych krajach.

Mówimy o tym, że Polska ma know how, czyli też pewną pamięć instytucjonalną, tradycje, możliwości produkcyjne do pewnych komponentów. Wiemy, że powstają fabryki baterii litowo-jonowych, ale to, co mnie zastanawia, czy my w ogóle powinniśmy się koncentrować na pojazdach indywidualnych? Samochód elektryczny, to bardzo dobrze brzmi jako taki przekaz do nowoczesnej, świadomej ekologicznie klasy średniej aspirującej do zachodnich standardów i stylu życia, no ale skądinąd wiemy, że względem indywidualnego transportu pewne zalety ma transport zbiorowy. Tym bardziej, że w Polsce mamy kilkanaście milionów wykluczonych komunikacyjnie, jeśli chodzi o transport publiczny i jednocześnie mamy w Polsce bardzo pokaźną tradycję i bazę produkcyjną pojazdów szynowych, tramwajów, szynobusów, wagonów i tym podobnych. Krótko mówiąc, czy w ogóle ten umowny milion samochodów elektrycznych, niezależnie od tego czy my jesteśmy je w stanie wyprodukować, to sensowny kierunek o nisko czy zero emisyjnym transporcie? Może powinniśmy zainwestować w flagowe przedsięwzięcia związane z koleją czy komunikacją miejską?

Wymiana floty pojazdów spalinowych na pojazdy elektryczne jest jak najbardziej zasadna. I to na pewno w stopniu zdecydowanie większym niż milion pojazdów. Tak naprawdę powinniśmy celować w 3 miliony do 2030 roku. Wiadomo, że przy obecnym tempie, może to nie być realne.

Osobówek w Polsce jest 22 miliony, biorąc pod uwagę, że jest kilkanaście tysięcy elektrycznych to wygląda na to, że droga jest długa.

Na wsi auto to często konieczność, ale w mieście powinno być zbędne [rozmowa]

Jeżeli chodzi o transport zbiorowy, jak najbardziej. To jest kolejny z filarów dekarbonizacji transportu, jednak również wiemy, jak Polska wygląda – nie jest możliwym zapewnienie dostępu do zbiorowych środków transportu wszystkim osobom w Polsce, również w związku z tym, jak jest zagospodarowana przestrzeń. Te osoby, które nie będą miały dostępu, powinny jeździć autami elektrycznymi, a nie spalinowymi. Nie spodziewajmy się cudów. Nigdy nie stanie się tak, że wszyscy zrezygnują z aut osobowym i się przesiądą do transportu publicznego, więc te dwa filary powinny być współwdrażane i nie powiedziałabym, że jeden jest bardziej sensowny niż drugi, ale one oba powinny być bardzo mocno zaznaczane, a w tym momencie za wiele się nie dzieje w kolei i transporcie publicznym. To jest coś, co wymaga znacznej poprawy.

Zadania czy cele redukcji emisji gazów cieplarnianych w Polsce wiążą się z bardzo dużym wysiłkiem gospodarczym, społecznym. Niektórzy podnoszą argument, że wpływ emisji polskich na temperaturę atmosfery i nie tylko jest zaniedbywalny na tle światowych potęg gospodarczych takich jak Chiny, Indie, USA czy najbogatsze kraje UE. Czy to za sprawą tego, co produkują czy to za sprawą tego, co konsumują. Bo jak wiemy bardzo wiele krajów dość skutecznie wypycha emisję za swoje granice, bo brudna produkcja dokonuje się gdzie indziej. Natomiast zamożni obywatele takich ekologicznych krajów jak Dania bardzo dużo konsumują towarów sprowadzanych z miejsc, gdzie standardy środowiskowe, pracownicze i wszelakie inne niekoniecznie są przestrzegane. Jest jeszcze jeden aspekt redukcji emisji, ponieważ mitygacja, czyli łagodzenie wpływu emisji gazów na klimat, to jest jeden aspekt, ale jest jeszcze adaptacja. To znaczy proces zakładający, że chcemy spowolnić zmianę klimatu, ale ona tak czy inaczej się dzieje i w związku z tym musimy dostosowywać swój sposób życia, swój styl konsumpcji do tych nowych warunków. Do nowych cen także. Chciałbym zapytać, czy ta przyśpieszona transformacja w stronę odnawialnych źródeł energii, taka jaką postulujecie jako Fundacja Instrat, pomaga zaadaptować się do zmiany klimatu? Czy z OZE łatwiej byłoby żyć?

To jest bardzo ciężkie pytanie. Rozwój OZE jest jednak narzędziem mitygacji zmian klimatu. My rozwijamy OZE, żeby jednak tak dużo nie emitować, finalnie przestać emitować w 2050 roku. Co za tym idzie wstrzymać wzrost globalnej temperatury i w zależności od tego, jak bardzo będziemy rozwijać te odnawialne źródła energii i jak bardzo uda nam się zmitygować skutki zmian klimatu, tym mniej lub więcej będziemy musieli zainwestować w adaptację do zmian klimatu.

No dobrze, ale co z takim argumentem, że jeśli mamy wiatrak albo farmę wiatraków w pobliżu naszej gminy albo mamy panele fotowoltaiczne na dachu, to chyba jakoś uniezależniamy się od takich zjawisk, jak na przykład braki w dostawie prądu spowodowane tym, że wielka elektrownia węglowa niezależnie od tego, że truje i ociepla klimat, to jeszcze ma kłopoty z funkcjonowaniem na bieżąco, bo w Polsce to jest szczególnie ważny problem. Mamy obniżony poziom wód w okresie wielkich upałów, czyli wtedy, kiedy właśnie najbardziej potrzeba energii.

Susza w kranie i w głowach rządzących

Tak. Jak najbardziej rozwój odnawialnych źródeł energii niesie ze sobą szereg benefitów. No i tak jak pan powiedział, uniezależniamy się jako obywatele indywidualni od dostaw w momencie, kiedy spowodowane zmianami klimatu warunki atmosferyczne doprowadzą do różnych awarii. Jak jest bardzo wysoka temperatura, jesteśmy w stanie założyć sobie klimatyzację, która działa z naszej prywatnej elektrowni z odnawialnych źródeł energii wykorzystując naszą własną energię. Ma to również olbrzymi wpływ na koszty wytwarzania energii. Jeżeli postawimy na utrzymanie statusu quo wiadomo, że koszty wytwarzania energii a potem ceny dla obywateli i przedsiębiorstw będą rosnąć i to już widzimy. Ten trend będzie się tylko i wyłącznie pogłębiał na naszą niekorzyść. Wszystkim się bardziej opłaca, żeby wdrażać odnawialne źródła energii i to zarówno przedsiębiorcom, jak i nam obywatelom, jak i oczywiście klimatowi. Są różne głosy, że transformacja energetyczna w Polsce to będzie szereg straconych stanowisk pracy, ale prawda jest taka, że to się mija z rzeczywistością. Transformacja energetyczna jest w stanie zapewnić znacznie więcej miejsc pracy, również w rejonach, które przez zmiany klimatu nie będą mogły być zaadoptowane na siedliska dla ludzi, więc ci ludzie pracując przy farmach odnawialnych źródeł energii mogliby znaleźć zatrudnienie w innym rejonie kraju.

To może jeszcze powiedzmy o kosztach. Oczywiście pojawia się argument, że ponieważ rosną ceny emisji koszt wydobycia węgla czy spalania paliw kopalnych wzrasta, co obniża konkurencyjność przemysłu tego bardziej energochłonnego i z drugiej strony powoduje wzrost prądu dla odbiorców indywidualnych. On na razie jest w Polsce mitygowany poprzez dopłaty, interwencję rządową, ale to, czego nie pokrywamy z własnej kieszeni jako konsumenci, to płacimy za to jako podatnicy. Mimo wszystko, czy nie jest tak, że owszem być może w skali makro, długiej perspektywie jest to przyśpieszenie transformacji energetycznej bardziej korzystne niż jej zaniechanie bądź prowadzenie w obecnym tempie, no ale jak to często bywa z dużymi procesami one w formie makro są korzystne, ale mikro są jednak grupy społeczne, które na tym stracą.

Jak Mysłowice zmierzają do neutralności klimatycznej? Budując kopalnię!

Ja bym odpowiedziała na to pytanie tak. Czym jest makro lub mikro perspektywa? Perspektywa 10 lat to nie jest już taka do końca makro perspektywa. Z szacunków, które wykonaliśmy w ramach raportu Co po węglu? wynika, że transformacja energetyczna i wdrożenie 70 proc. OZE w wytwarzaniu energii elektrycznej umożliwiłoby redukcję kosztów o 51 proc. w stosunku do tego, co jest zakładane w PEP-ie, czyli Polityce Energetycznej Polski zakładanej do 2040 roku. Perspektywa dekady moim zdaniem nie jest długą perspektywą. Jesteśmy w stanie widzieć dość spore benefity. Jeżeli chodzi o koszty transformacji samej w sobie, to nie chcę skłamać, ale polityka energetyczna Polski do 2040 roku zakłada, że w perspektywie tych najbliższych dwóch dekad transformacja kosztowałaby nas 1,6 biliona złotych. Rocznie to jest 80 miliardów. To nie jest aż tak olbrzymia suma w perspektywie kraju.

To jest 2 razy 500+.

To jest 1/5 tego, co i tak wydajemy na różne projekty inwestycyjne w Polsce. Jeżeli transformacja miałaby przyśpieszyć, a chcemy, żeby przyśpieszyła w stosunku do PEP-u, no to niech to będzie nawet 2 razy więcej. To wciąż są sumy, które mimo tego, że są wysokie i nie ma się co z tym kłócić, nie są aż tak straszne, jak się nam wydaje. Do tego jeszcze jedna ważna rzecz jest taka, że są fundusze. Unijne, państwowe, prywatne. Jeśli mamy wrażenie, że to pójdzie tylko z pieniędzy podatników, to to jest błędne wyobrażenie. Unia Europejska zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo jesteśmy w tyle. Mamy fundusze modernizacyjne i mamy fundusz sprawiedliwej transformacji, społeczny fundusz klimatyczny, który ma zasilać nasz budżet. No i oczywiście mamy środki państwowe, które muszą pójść. Jest bardzo duże zainteresowanie inwestorów w rozwijanie odnawialnych źródeł energii, czyli fundusze prywatne. Jeżeli tylko będzie na to odpowiednie środowisko inwestycyjne, którego teraz nie ma. Dodatkowo jest i tak bardzo wiele modernizacji, na przykład sieci energoelektrycznych, które muszą się wydarzyć tak czy siak. One często są zaliczane do transformacji energetycznej, żeby sprostać wymaganiom polityki klimatycznej UE, ale tak nie jest do końca, ponieważ nasze sieci są po prostu stare. One i tak długo już nie pociągną, więc na to będą szły kolejne pieniądze, które musimy wykorzystać w taki sposób, żeby umożliwiały przyłączenie mocy z odnawialnych źródeł.

Bardzo duży przyrost źródeł energii odnawialnej zanotowaliśmy w ostatnich latach, niektórzy stwierdzą wręcz, że najszybszy na świecie, kiedy to Polacy zaczęli masowo instalować także dzięki jednemu z rządowych programów fotowoltaikę na dachach, to oczywiście napotyka pewną barierę, że no właśnie nasze sieci energetyczne budowane były zasadniczo za kadencji dwóch sekretarzy, Edwarda Gierka i Wojciecha Jaruzelskiego. To był okres najbardziej intensywnej rozbudowy tej sieci, z której korzystamy do dziś. Jeśli chodzi o inwestycje, pojawia się jeszcze jedno pytanie, które chyba musi paść w kontekście częstych wypowiedzi różnych polityków, ekspertów, ale też dużych emocji, jakie się z tym wiążą. Czy atom przeszkadza OZE? Pomaga? Wyklucza się? To jest spór pozorny, czy wcale nie?

Ja uważam, że atom nie musi przeszkadzać OZE i mógłby wspomóc, tak jak widzimy we Francji czy w wielu innych krajach, w których atom jest jednak czystą energią i jest czystym źródłem energii. W momencie, kiedy mamy reaktory postawione, działające to jest to tylko i wyłącznie benefit z mojej perspektywy. Problem Polski nie polega na tym, żeby dyskutować zasadność atomu, problem dotyczy pespektywy. Jeżeli planujemy pierwsze bloki na 2033 rok, to też musimy brać pod uwagę, że to się opóźni, ponieważ tak wielkie projekty inwestycyjne często się opóźniają.

Zaspaliśmy na atom

czytaj także

Zaspaliśmy na atom

Paweł Musiałek, Michał Wojtyło

W Chinach się bodajże o 12 lat opóźniło. A Finlandia ma jednak nieco sprawniejsze państwo i biurokrację niż Polska.

Z doświadczeń krajów unijnych wynika, że średnio te projekty opóźniają się o około 8 do 9 lat. Więc co? Mielibyśmy atom w 2040 roku. To już jest trochę za późno, żeby na tym polegać. To jest bardzo ważna kwestia, którą należy podkreślić. Nie możemy opierać swojej polityki energetycznej na nadziei, że uda nam się rozwinąć atom. Jeżeli się uda, wszystko w porządku. Oczywiście jest to kosztowne, jest szereg kontrowersji z tym związanych, ale najważniejsze jest to, że do tego czasu my musimy bardzo dużo odnawialnych źródeł energii wdrożyć i może się okazać, że atom nie jest nam już potrzebny. Więc musimy skrupulatnie przyjrzeć się problemowi, a nie żyć w nadziei, podejmować decyzje, wyrzucając w błoto pieniądze, które mogłyby być zainwestowane w dobre cele. Jest dużo łatwiej postawić wiatraki niż reaktor. Aktualnie nasz program jądrowy trochę tak wygląda – toczy się od 12 lat i skonsumował niezwykłe zasoby środków publicznych, które powinny być wykorzystywane w inny sposób.

Oraz ogromne inwestycje o charakterze emocjonalnym, angażujące bardzo wielu uczestników debaty publicznej. Bardzo dziękuję za tę rozmowę.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Michał Sutowski
Michał Sutowski
Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.
Zamknij