Kraj

Majmurek: Najgłupsza wojna współczesnej Europy

„Reformy” PiS nie zajęły się tym, co najbardziej przeszkadza Polakom w działaniu sądów, bo celem było wzięcie sędziów za twarz, podporządkowanie ich władzy politycznej. Pytanie, czy PiS dobrze zdefiniował sobie interes partyjny w swojej wojnie z sędziami i Europą. Coraz więcej wskazuje, że nie. Pisze Jakub Majmurek.

W swoim konflikcie z europejskimi instytucjami PiS wydaje się docierać do ściany. Partia stoi teraz przed dylematem: czy dostosować się do ultimatum Komisji Europejskiej i wyroku TSUE, czy narazić na kary finansowe.

Media donoszą, że obóz władzy jest podzielony w kwestii tego, co robić w tej sytuacji. Premier Morawiecki podobno obawia się utraty europejskich środków i naciska na jakiś rodzaj kompromisu z Unią. Z kolei Jarosław Kaczyński na żadne ustępstwa nie chce się godzić, podobnie jak ziobryści.

Kaczyński gra z Unią w ping-ponga, gdy zaczyna się poker o życie

Czego jednak rząd nie postanowi zrobić, niezależnie, czy linę w swoją stronę przeciągnie premier, czy prezes, można dziś powiedzieć jedno: cała wojna z Komisją Europejską o sądownictwo od początku do końca jest pomyłką. Można nawet powiedzieć, że to najgłupsza wojna dyplomatyczna współczesnej Europy.

O co właściwie walczymy?

Wojny dyplomatyczne można, a czasami nawet trzeba toczyć. Także w Unii Europejskiej. Dobrze jednak, by wypowiadająca je strona wiedziała, o co właściwie walczy. Znała stawki, jakie może ugrać, i ryzyko wiążące się z konfliktem. Absurd obecnej wojny PiS z instytucjami europejskimi polega na tym, że rząd nie walczy o nic takiego, co warte by było konfliktu z naszymi najbliższymi sojusznikami.

Spór nie toczy się bowiem o żadną gardłową dla Polski sprawę: bezpieczeństwo energetyczne, relacje z Rosją, europejskie środki. Nie rozchodzi się także o polskie interesy gospodarcze, o to, by Polakom i Polkom żyło się lepiej, by mieli i miały w Unii dobre warunki pracy, działalności gospodarczej i rozwoju. Nawet jeśli PiS wygra spór z Europą o Izbę Dyscyplinarną i inne reformy sądownictwa, Polakom nie będzie się od tego żyło lepiej.

W wojnie z Unią nie chodzi też, wbrew temu, co mówi rządowa propaganda, o polską niezawisłość i konstytucję. To nie Unia Europejska nastaje na zapisy polskiej ustawy zasadniczej, ale obecna władza.

Ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym, a najpewniej także ustawa kagańcowa, są z istotnym prawdopodobieństwem sprzeczne z polskim porządkiem konstytucyjnym – nie mamy niestety niezależnego sądu konstytucyjnego, który byłby w stanie potwierdzić tę oczywistą oczywistość.

Podsumowując, w sporze z KE o sądownictwo PiS nie może i od początku nie mógł wygrać niczego, co minimalnie zbiegałoby się z interesem publicznym. Może za to interes publiczny poważnie naruszyć – jeśli Polska zapłaci kary albo straci dostęp do unijnych środków. Stawka sporu jest kompletnie nieproporcjonalna do ryzyka, jakie podejmuje obóz rządzący.

Reforma, która niczego nie naprawia

Na wszystkie te zarzuty zwolenniczka PiS mogłaby odpowiedzieć, że stawką jest sama reforma sądownictwa. Działania sądów wymagają przecież reformy – co przed 2015 rokiem przyznawali nie tylko politycy Zjednoczonej Prawicy – w interesie Polaków jest, by sądy działały sprawniej i orzekały bardziej sprawiedliwie.

Faktycznie, w 2013 roku, dwa lata przed wygranymi przez PiS wyborami, w sondażu CBOS tylko 20 proc. ankietowanych oceniło, że sądy funkcjonują dobrze, a aż 59 proc., że źle. Problem w tym, że ustawy sądowe, o które bije się dziś PiS, a już zwłaszcza instytucja znana jako Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego, niczego nie poprawiają w tym, jak funkcjonują sądy z punktu widzenia przeciętnych obywateli i obywatelek.

Co było największym problemem funkcjonowania sądów w Polsce? Na co najczęściej skarżą się ludzie? We wspomnianym sondażu z 2013 roku najwięcej pytanych wskazywało przewlekłość postępowań (51 proc.). Za nimi kolejno znalazły się niesprawiedliwe wyroki (14 proc.), stronniczość sędziów (10 proc.), niedostateczne rozpoznanie sprawy (10 proc.), niekompetencja sędziów (9 proc.) oraz zbyt skomplikowane procedury i biurokracja (8 proc.). W sondażu CBOS z 2017 roku pytani o to, co jest nie tak z polskimi sądami, znów na pierwszym miejscu wskazali przewlekłość postępowań (48 proc.), a następnie zbyt skomplikowane procedury (33 proc.) i korupcję wśród sędziów (30 proc.).

Majmurek: Dlaczego Polacy nienawidzą sędziów?

Reformy PiS w niczym nie poprawiły funkcjonowania sądów w obszarze, który najbardziej irytuje Polaków, czyli przewlekłości. Gdy PiS przejmował władzę w 2015 roku, na rozstrzygnięcie sprawy w sądzie pierwszej instancji średni czas oczekiwania wynosił 4,2 miesiąca. W 2020 roku siedem miesięcy. Oczywiście, rok 2020 był rokiem pandemicznym i to samo w sobie mogło spowolnić pracę sądów. Problem dla PiS w tym, że tempo orzekania spadało regularnie z roku na rok przez cały okres po 2015 roku. W 2019, ostatnim roku przed pandemią, średni czas oczekiwania wynosił 5,8 miesiąca. Przyspieszyły wyłącznie sprawy karne, wszystkie inne zwolniły.

Trudno też powiedzieć, by reformy PiS uprościły procedury i uczyniły całe postępowanie bardziej przejrzystym dla przeciętnej, stającej przed sądem osoby. Jest wręcz przeciwnie – wątpliwe prawnie reformy PiS wprowadziły do systemu nieznany wcześniej chaos. Mamy w nim ciała, co do których istnieje istotna wątpliwość, czy są niezależnym sądem w świetle prawa polskiego i unijnego – na czele z Izbą Dyscyplinarną SN. W Trybunale Konstytucyjnym mamy sędziów dublerów. Są poważne wątpliwości co do tego, jak dalece uprawnione jest orzekanie sędziów mianowanych na ich obecne stanowiska przez nową, upolitycznioną Krajową Radę Sądownictwa.

Wszystko to zmniejsza pewność obrotu prawnego. Strony stające przed sądem muszą się martwić nie tylko o przedstawienie swojej sprawy, ale także o to, jak wygląda prawo do orzekania rozstrzygającego sprawę sędziego i czy może stać się ono powodem do podważenia korzystnego dla nich rozstrzygnięcia. Jakkolwiek na to patrzeć, jak nie kręcić, w niczym nie poprawia to sytuacji panującej przed 2015 rokiem.

Wreszcie kwestia stronniczości sędziów. W sytuacji, gdy władza zwalcza sędziów, którzy jej podpadli, gdy próbuje stworzyć grupę sędziów sobie posłusznych, zaufanie do bezstronności wymiaru sprawiedliwości będzie tylko spadać. Większość obywateli, która nie głosowała i nigdy nie zagłosuje na PiS, nie zaufa już sędziom, którzy dali się zaszufladkować jako „pisowcy”, i sprawiedliwości wydawanych przez nich wyroków. I odwrotnie, nagonka na sędziów, jaką latami prowadziła władza, TVP, a nawet mająca promować wizerunek Polski za granicą Polska Fundacja Narodowa – wywieszająca wymierzone w sędziów reklamy wielkoformatowe – zniszczyła resztki zaufania, jakie pisowski elektorat miał do wymiaru sprawiedliwości.

Łętowska: Tego „wygaszenia” już się nie da odkręcić

„Reformy” PiS nie zajęły się tym, co najbardziej przeszkadza Polakom w działaniu sądów, bo ich celem nigdy nie było to, by wymiar sprawiedliwości działał lepiej z punktu widzenia obywateli. Celem było wzięcie sędziów za twarz, podporządkowanie ich władzy politycznej. Reformy od początku robione były w skrajnie złej woli i trudno się dziwić oporowi korporacji sędziowskiej wobec nich. Sądy zależne od polityków, niezdolne kontrolować, czy działają oni w ramach prawa, gdzie każdy wyrok staje się kwestią polityczną, nigdy nie są w interesie obywateli. Choć czasami sędziowska niezależność może być używana w zły sposób, jej faktyczna likwidacja nie jest pomysłem na lepsze działanie państwa.

A interes partyjny?

Nie ma więc żadnego interesu społecznego w wojnie, którą PiS toczy z Europą. Jest za to interes partyjny. Pomysł podporządkowania sądownictwa władzy wykonawczej jest jednym ze stałych elementów programu Jarosława Kaczyńskiego. W kampanię wymierzoną w „kastę sędziowską”: zainwestowano mnóstwo pracy i politycznej energii. Elektorat został umocniony w niechęci do trzeciej władzy. Wycofanie się z „reform” byłoby teraz dla rządzącej partii niezwykle kłopotliwe.

Pytanie, czy PiS dobrze zdefiniował sobie interes partyjny w swojej wojnie z sędziami i Europą. Coraz więcej wskazuje, że nie. Gdyby PiS nie otwarł sobie frontu sądowego, znajdowałby się dziś w znacznie lepszej sytuacji politycznej. Opozycja nie miałaby argumentu o PiS jako partii podważającej porządek konstytucyjny. Spór z Europą nigdy nie wszedłby na obecny poziom. Połowa społeczeństwa nie postrzegałaby PiS jako siły zagrażającej podstawom polskiej demokracji, z takimi wynikami gospodarczymi i socjalem partia mogłaby sięgać po dziś dla niej niedostępnych wyborców.

Przy tym w Trybunale Konstytucyjnym Kaczyński mógłby zrealizować swój cel – obsadzić go bliskimi sobie sędziami – bez wywoływania zimnej wojny domowej i bez bezprawnych działań. Wystarczyłoby trochę poczekać i po kolei na miejsce sędziów, którym kończy się kadencja, wybierać nowych. Nie trzeba było do tego nominować sędziów dublerów, zaprzysięganych po nocach przez Andrzeja Dudę.

W sprawie sądów powszechnych PiS poszedł na totalną wojnę ze środowiskiem sędziowskim i trudno powiedzieć, by ugrał w niej cokolwiek istotnego. Korporacja sędziowska okazała się bardzo sprawna w obronie przed pozakonstytucyjnymi działaniami władzy, trudno dziś wyobrazić sobie scenariusz, w którym PiS, nie wywracając do końca stolika, podporządkowuje sobie sądy w tej kadencji tak, jak by tego pragnęli liderzy partii i jej twardy elektorat. A polityczny rachunek, który obóz władzy płaci za tę wojnę, nie przestaje rosnąć.

Niezależnie od wszystkiego – ta wojna jest wyłącznie idiotyczna. Nie ma na niej nic do wygrania, na pewno nie dla społeczeństwa, nie dla Polski. Jest za to spory rachunek do zapłacenia: w karach, izolacji, europejskich środkach, których możemy nie dostać. Jeśli przyjdzie go płacić, jedyny pożytek może być z tego wszystkiego taki, że swój rachunek, przy urnach wyborczych, społeczeństwo może wreszcie wystawi rządzącemu obozowi.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) „Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.
Zamknij