Kraj

Wszystko zaczęło się od Zolla [list]

Wyrok Trybunału Konstytucyjnego w zasadzie udaremnił jakąkolwiek dalszą dyskusję na temat prawa kobiet do przerywania ciąży. Ale nie ten ostatni, z października, tylko ten o wiele starszy, z maja 1997 roku.

Od lat politycy wszystkich prawie maści „odwdzięczali się” Kościołowi za jego postawę wobec władz w czasie realnego socjalizmu, za wkład w porozumienie okrągłostołowe, za głos za wejściem do Unii Europejskiej. W pewnym momencie zaczęli się jednak odwdzięczać gorliwiej, niż wymagałaby tego racja stanu. Poparcie kleru stało się monetą tanią dla polityków, łapczywie przez kler połykaną. Myślenie o konsekwencjach – szczególnie że w przypadku prawa do aborcji mężczyźni szafowali zdrowiem nie swoim, lecz kobiet – zostawiono na boku.

Konserwatywni politycy i kler włożyli wiele pracy, żeby wolność dokonywania aborcji w czasach realnego socjalizmu skojarzyć ze zbrodniczymi systemami, a nie z podstawowymi prawami człowieka. „Za komunizmu i za Hitlera” – słyszeliśmy. Nie było to trudne. Ideologiczna i ekonomiczna rewolucja namieszała nam w głowach i wszyscy wiedzieliśmy, że nie może być tak, jak było. Ideologie, systemy wartości i ich źródła nie były oczywiste.

Wyrok TK ws. aborcji to krok w jedynym słusznym kierunku

Uchwalona przez patchworkowy rząd Hanny Suchockiej Ustawa o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży, zwana makiawelicznie „kompromisem aborcyjnym”, wprowadziła nas w ciemność, a może raczej cofnęła w mrok, bo Polska nigdy nie przeszła masowej reformacji ani oświecenia z prawdziwego zdarzenia. W Europie tkwimy lekko jedną nogą, a drugą mocno w zaścianku. Sama nazwa „kompromis” była potwarzą, bo środowisk kobiecych nie pytano o zdanie, a kompromis zawarli katolicy konserwatywni z katolikami ultrakonserwatywnymi, przy zagłuszonym głosie lewicy i co rozsądniejszych liberałów. Protesty organizacji kobiecych były uciszane. Kościelno-polityczna propaganda działała pełną parą.

W sierpniu 1996 roku rząd SLD uchwalił nowelizację tej drakońskiej ustawy, zezwalając na przerwanie ciąży również z powodów społecznych. Wystarczało oświadczenie kobiety, rozmowa z lekarzem, czas na zastanowienie i decyzja pozostawała przy kobiecie.

I wtedy pojawił się sędzia profesor Andrzej Zoll.

Na wniosek grupy Senatorów RP 27 maja 1997 roku Trybunał Konstytucyjny pod przewodnictwem sędziego Andrzeja Zolla, który był również sprawozdawcą w tej sprawie, orzekł niekonstytucyjność tej części nowelizacji ustawy rządu SLD, która dopuszczała przerwanie ciąży z przyczyn społecznych. Niekonstytucyjność literalnie znaczy „niezgodność z konstytucją”, ale przeczytajcie uzasadnienie tego wyroku. Gwarantuję, że będziecie przy tej lekturze otwierać szeroko oczy i nieraz zapytacie głośno „ale jak to?”.

Autorzy uzasadnienia pisanego pod kierunkiem profesora Zolla jak magik z kapelusza wyciągają wnioski, opierając się na arbitralnych definicjach całkiem złożonych pojęć, takich jak człowiek, życie ludzkie, obywatel, państwo prawa. Pojęcia te są tematem debat filozoficznych od wieków i na przyjęcie ostatecznych definicji zawsze okazuje się za wcześnie. Ale TK podjął się tego w imieniu Rzeczypospolitej. Uzasadnienie nie jest więc oparte na literze konstytucji (ani starej, która jeszcze obowiązywała, ani nowej, która wchodziła w życie za kilka miesięcy), ale na arbitralnym zdefiniowaniu ogólnych pojęć, których definicji w konstytucji nie ma, bo taka była świadoma intencja jej twórców. Skąd się zatem wzięło? Jeżeli nie z litery, to może z ducha, choć obawiam się, że nie był to duch prawa.

To nie był kompromis, to była kompromitacja

Trzech sędziów TK zgłosiło zdania odrębne, które zarzucają trybunałowi wychodzenie poza kompetencje władzy sądowniczej. Dobrym podsumowaniem jest wycinek ze zdania odrębnego sędziego profesora Lecha Garlickiego:

„Po pierwsze, nie jest rolą ani zadaniem Trybunału Konstytucyjnego rozwiązywanie kwestii generalnych o charakterze filozoficznym, religijnym czy medycznym, są to bowiem kwestie pozostające poza wiedzą sędziów i kompetencją sądów. Niezależnie od moralnej oceny aborcji, Trybunał Konstytucyjny może orzekać tylko o prawnych aspektach tego zagadnienia. Po drugie, Trybunał Konstytucyjny jest powołany tylko do oceny konstytucyjności badanych przez siebie ustaw, nie może on natomiast zastępować parlamentu w dokonywaniu ocen, ustalaniu hierarchii celów i wyborze środków służących ich realizacji. Zasada podziału władz zakazuje bowiem trybunałowi wkraczania w rolę ustawodawcy”.

To zakaz, a nie legalizacja aborcji uruchamia „cywilizację śmierci”

Dopóki sprawy aborcji były regulowane przez konstytucję i ustawy, dopóty istniała przestrzeń na debatę. Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego pod przewodnictwem sędziego Andrzeja Zolla zabetonowało przestrzeń dyskusji, bo orzeczenia tego ciała są ostateczne. Czytając uzasadnienie tego orzeczenia razem ze zdaniami odrębnymi, zastanówcie się, czy to zabetonowanie nie było przypadkiem nadużyciem władzy sędziowskiej? Moim zdaniem Trybunał Konstytucyjny pod przewodnictwem sędziego sprawozdawcy Andrzeja Zolla ukradł nam część praw człowieka, które miał chronić. Wiele osób pracowało nad stworzeniem i utrwaleniem „kompromisu aborcyjnego”, ale wyrok TK z maja 1997 roku ma w tym rolę szczególną: nie tylko utrwalił ten rzekomy kompromis, ale też uniemożliwił dalszą dyskusję o prawie kobiet do samostanowienia.

Mamy więc dzisiaj dwa wyroki trybunału, które tworzą nam piekło kobiet. W pierwszym, tym z 1997 roku, problematyczne jest nieuprawnione wejście trybunału w kompetencje władzy ustawodawczej, jak i konsekwencje tej decyzji, wynikające z ostatecznego charakteru rozstrzygnięć TK. W drugim, tym sprzed października bieżącego roku, problemem jest tryb powołania sędziów dublerów i samej magister Przyłębskiej. Czy fakt, że pierwsze orzeczenie TK odnosiło się do nieobowiązującej już konstytucji, zostawia nadzieję na zmiany? O to znów trzeba pytać konstytucjonalistów – byle nie takich, którzy wciąż roztrząsają w głowie pytanie o to, który system wartości jest ważniejszy. Polska jest państwem świeckim, a sędziowie mający wątpliwość, czy konstytucja podlega ocenie „prawa boskiego”, nie są niezawiśli.

Irlandia zerwała z dyktatem Kościoła. Jak im się to udało?

A co do drugiej decyzji tak zwanego trybunału magister Przyłębskiej, nawoływania, by nie publikować wyroku, prowadzą tylko do jeszcze większego chaosu. Propozycje, żeby parlament znowelizował ustawę i wprowadził zmiany uniemożliwiające przerywanie ciąży „tylko” z trisomią 21, byłyby dalszym przesunięciem granicy piekła kobiet poza to, co obowiązywało przez 27 lat. Jedyne, co można zrobić, to uznać, że skład TK orzekający w tej sprawie był niekonstytucyjny, a tym samym jego orzeczenie nie istnieje w obrocie prawnym. Konsekwencją tego będzie prawdopodobnie podważenie innych decyzji, które w wadliwym składzie ten trybunał podjął. Ale to niewysoka cena w walce o prawa człowieka.

Nie, nie jestem naiwny. Wiem, że nikt z rządzących nie rozważa tego kroku. Są odklejeni od rzeczywistości. Ale marzę o tym, że przez upór, wściekłość i powstającą na nowo solidarność kobiety, razem z nami, facetami, zmuszą władzę do uklęknięcia przed nimi i przeproszenia. Bo to się kobietom należy.

Nie dajmy sobie wcisnąć żadnego nowego pseudokompromisu aborcyjnego

Obawiam się przy tym, że poza Lewicą większość posłów w Sejmie po stronie opozycyjnej jest albo zadowolona z tego, że „naczelnik” wykonał za nich brudną robotę, albo, co najwyżej, ma w głowie ideę przywrócenia, jak mówią, „kompromisu aborcyjnego”. Dzisiaj dziewczyny na to już się nie zgodzą. Dlatego czeka nas długa walka polityczna. Jeśli na płaszczyźnie walki o prawa człowieka, o prawo kobiet do stanowienia o swoim ciele, Polska nie przejdzie swojego spóźnionego oświecenia, czeka nas polexit i piekło dla nas wszystkich.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij