Czytaj dalej, Miasto

W mieście z betonu nie ma żadnej przyszłości

Fot. Tomasz Kaczor

Miasto przyszłości będzie zielone albo nie będzie go wcale. Nie wiem, czy czeka nas świat rodem z „Blade Runnera”. Musimy być raczej świadomi tego, że w warunkach kryzysu klimatycznego niemożliwe stanie się przetrwanie bez drzew i zieleni, bo zabiją nas fale ekstremalnych upałów albo zaleją nawalne deszcze – mówi Jan Mencwel, autor książki „Betonoza. Jak się niszczy polskie miasta”.

Paulina Januszewska: Powiedział pan kiedyś, że ludzkość nie wymyśliła dotąd wynalazków, które pozwoliłyby ochraniać miasto przed skutkami zmian klimatycznych lepiej niż rowery i drzewa. Tymczasem w Polsce i jedne, i drugie muszą ustępować miejsca samochodozie i betonozie. Z czego to wynika?

Jan Mencwel: Na pewno z nieumiejętności docenienia prostoty i naturalnych zasobów. Zarówno rower – wynalazek sprzed dwóch stuleci – jak i drzewo, czyli nieodzowny element przyrody, są świetnymi odpowiedziami na wyzwania przyszłości, które stawiają przed nami zmiany klimatyczne. Nie wymagają wielkich inwestycji ani drastycznego przekształcenia lub niszczenia środowiska, dzięki czemu godzą interesy człowieka i natury. Niestety jesteśmy zbyt zapatrzeni w taką wizję nowoczesności, do której nie pasują owe „prymitywne narzędzia”, i często wydaje nam się, że potrzebujemy skomplikowanej machiny, by skutecznie poradzić sobie chociażby z adaptacją do skutków globalnego ocieplenia. Źle pojmujemy też takie pojęcia jak modernizacja i rewitalizacja.

Cała Polska tnie

czytaj także

Cała Polska tnie

Jan Mencwel

Tej drugiej poświęca pan sporo miejsca w swojej książce, wskazując, że dla lwiej części lokalnych włodarzy pod hasłem rewitalizacja kryje się zalewanie betonem rynków i parków miejskich oraz wycinka drzew. Jednocześnie już od paru dobrych lat mówi się, że takie działania są raczej powodem do wstydu, a nie – jak chcieliby samorządowcy – nowoczesnym trendem.

Myślę, że samorządowcom wciąż wydaje się, że nowoczesne miasto to takie, które jest sterylne, pełne gładkich powierzchni, symetrycznych linii oraz wyrównanych i wybetonowanych przestrzeni. Ten dziwny, trochę futurystyczny, ale trochę też archaiczny wzorzec na dobre zakorzenił się w polskiej świadomości, która wizję miasta przyszłości czerpie z filmów science-fiction, pełnych przeszklonych budynków, dróg szybkiego ruchu, elektrycznych pojazdów i wszędobylskiej technologii. Tymczasem prawdziwe scenariusze są dwa. Miasto będzie zielone albo nie będzie go wcale. Nie wiem, czy czeka nas świat rodem z Blade Runnera. Musimy być raczej świadomi tego, że w warunkach kryzysu klimatycznego niemożliwe stanie się przetrwanie bez drzew i terenów zielonych, bo zabiją nas fale ekstremalnych upałów albo zaleją nawalne deszcze. W związku z tym przyszłość i nowoczesność powinna być dziś zdefiniowana zupełnie inaczej. Rewitalizacji zaś trzeba oddać jej pierwotne, dosłowne i rzeczywiste znaczenie: „przywracanie życia”.

Przywiązanie do betonozy bierze się z wyobrażeń o zachodniej myśli architektonicznej, pocztówek z nowojorskimi drapaczami chmur i europejskimi alejkami pełnymi fontann. Większość krajów wie już jednak, że ta wizja jest przeterminowana. Jak radzą sobie z rewitalizacją i renaturyzacją przestrzeni?

Posłużę się przykładem, a pierwszy, który przychodzi mi do głowy, to Kopenhaga. To miasto zrealizowało jakiś czas temu wielki projekt parku linearnego, który stanowi naturalny teren zalewowy. Zaczęło się od tego, że prawie 10 lat temu Kopenhagę nawiedziła powódź, która spowodowała gigantyczne straty i zniszczyła część betonowej infrastruktury. Lokalni urbaniści i włodarze doszli wówczas do wniosku, że najlepszym sposobem ochrony przed takimi zjawiskami, wywoływanymi przez nasilające się zmiany klimatyczne, jest renaturyzacja przestrzeni. Pomyślano, że skoro rośnie ryzyko wystąpienia nawalnych deszczy i fal powodziowych, to trzeba zorganizować miejsce, w którym woda będzie mogła się swobodnie rozlać bez stwarzania zagrożeń dla miasta. W związku z tym utworzono wspomniany park, który na co dzień jest terenem rekreacyjnym, a w przypadku zalania i z uwagi na ukształtowanie terenu oraz obecność zieleni – stanowi miejską „gąbkę” wchłaniającą nadmiar wody. I to moim zdaniem jest przykład nowoczesnej, przyszłościowej inwestycji – takiej, która odpowiada na potrzeby mieszkańców i jednocześnie na kryzysy, stanowiąc infrastrukturę przeciwpowodziową.

Kwadrans na odbudowę i lata na zieloną transformację. Jak światowe metropolie walczą z pandemią?

Ale Kopenhaga to bogata metropolia. Czy nasze miasta mogą sobie pozwolić na podobne rozwiązania?

Moim zdaniem problemem polskich miast wcale nie jest to, że ich na coś nie stać. Przeznaczamy przecież nawet setki milionów złotych na przedsięwzięcia, których rentowność jest co najmniej wątpliwa. Mam na myśli nie tylko budowanie wielkich i przez większość czasu zionących pustką stadionów, ale też inwestycje drogowe typu kolejna wielka arteria przez środek miasta albo estakada, które generują olbrzymie koszty i przyczyniają się do zwiększenia ruchu samochodowego. A to wszystko w momencie, kiedy tyle mówi się o zanieczyszczeniu powietrza. Podobnie sprawa wygląda z projektami „rewitalizacji” rynków w małych miejscowościach, które opisałem w książce. To wydatek rzędu od 10 mln zł wzwyż, czyli bardzo dużo jak na realia samorządu kilkunasto- czy kilkudziesięciotysięcznego miasta.

Na co idą te pieniądze?

Na tak zwane „szlachetne” nawierzchnie, którymi na przykład w Rzepinie wyłożono 12 tys. metrów kwadratowych Starego Rynku. Stało się to rzecz jasna po niemal doszczętnym usunięciu stamtąd zieleni. Polskie samorządy wydają krocie na beton, fontanny, wycinanie drzew i inne całkowicie zbędne rzeczy, zamiast których można by na przykład skutecznie zrenaturyzować jakiś ciek wodny i dzięki temu stworzyć atrakcyjny teren rekreacyjny, a przy okazji zabezpieczyć miasto przed skutkami globalnego ocieplenia. Nie jest więc tak, że nie ma pieniędzy. Po prostu wydaje się je w nierozsądny sposób.

Na pewno żałuje się ich na drzewa, które w Polsce łatwiej i taniej wyciąć niż pielęgnować. Komu przeszkadzają one najbardziej?

Paradoksalnie nie władzom miejskim, ale firmom deweloperskim, dla których drzewa to po prostu przeszkody na drodze do kasowania milionów złotych za kolejny de facto wyszarpnięty naturze metr kwadratowy. Sprzyja temu system, prawo, niskie opłaty za wycinkę, które wręcz zachęcają deweloperów do masowego pozbywania się drzew. W efekcie jak grzyby po deszczu wyrastają kolejne koszmarne osiedla betonowe, w pobliżu których nie ma nawet skrawka parku, nie wspominając już o zielonych podwórkach. A te przecież w czasach PRL-owskich były obligatoryjnym punktem w projektowaniu blokowisk.

Nie sądzę jednak, by powrócono do założeń sprzed dekad, biorąc pod uwagę fakt, że boom mieszkaniowy trwa w Polsce od lat i ma się dobrze nawet w dobie koronawirusa. Polityczni decydenci mają duże opory, by mocniej uregulować branżę, która cały czas się rozwija. Najlepszym tego dowodem jest fakt, że w ostatnich latach opłaty za pozbywanie się zieleni znacznie spadły, bo takie decyzje zapadły m.in. przy okazji wprowadzenia „lex Szyszko”, którego efekt – jak pisałem w książce – w miastach miał bezprecedensowy charakter. Szacunki naukowców, w tym prof. Zbigniewa Karaczuna z SGGW, wskazują, że w kilka miesięcy po uchwaleniu tych przepisów pod topór poszło 1,5 miliona drzew.

Fot. Jakub Szafrański
Przebudowa parku w Janowie Podlaskim. Fot. Jakub Szafrański

W Betonozie czytamy, że wprawdzie rzeź drzew udało się częściowo zatrzymać i „dzięki masowym protestom przywrócono konieczność uzyskania zgody na wycinkę drzewa na terenie prywatnym, ale pustki w warszawskich parkach i innych miejscach zieją do dziś”. Jakie widzi pan rozwiązania, które pozwoliłyby to zmienić?

Uważam, że w pierwszej kolejności państwo, a za nim samorząd powinny zmienić priorytety w obliczu wyzwań środowiskowych, a więc nie tylko podnieść opłaty za wycinkę, ale też przyjąć rozwiązania, które zmuszą deweloperów do zakładania na własny koszt zielonych terenów do użytku publicznego jako formy zrzucenia się na elementy wspólnej infrastruktury miejskiej. Nie możemy dopuszczać do takiej sytuacji, jak choćby na warszawskich Odolanach, gdzie działki zabudowano osiedlami bez ani jednego kawałka publicznego parku. Miasto tłumaczy, że nie ma pieniędzy na takie inwestycje. Skoro tak, to nie może przyzwalać na samowolkę dewelopera, lecz obok sprzedaży ziemi i wydania zgody na budowę powinno nałożyć na niego obowiązek zazielenienia terenu. Poza tym uważam, że każde miasto musi prowadzić dokładne statystyki wycinki i inwentaryzacji drzew oraz dodatkowo wyceniać usługi, jakie te drzewa świadczą.

To się da obliczyć?

Owszem. W Nowym Jorku, który opisuję w książce, wyceniono to bardzo dokładnie. Przykładowo trzy dęby wierzbowe wykonują dla miasta pracę wartą 410 dolarów rocznie. Składa się na to m.in. przechwytywanie wód deszczowych, ochrona przed podtopieniami, oczyszczanie powietrza, redukcja emisji CO2 oraz schładzanie okolicznych budynków, które pozwala oszczędzić energię przeznaczoną w czasie upałów na klimatyzację.

Metodologii wyceniania usług świadczonych przez drzewa nie trzeba jednak szukać aż w USA, bo takie osiągnięcia mają na swoim koncie również polscy naukowcy, którzy dowodzą, że wycinki w ramach tzw. inwestycji miejskich generują straty. Problem w tym, że dokonania naukowe rzadko kiedy przebijają się w tradycyjnej narracji ekonomicznej, która każe samorządom czy deweloperom traktować naturę w kategorii problemu i przeszkody, a w najlepszym razie – ozdobnika, kwiatka do kożucha.

Jak na razie do władz lokalnych bardziej niż argumenty naukowe przemawia strach przed protestami mieszkańców. Chciałbym jednak, by ludzie nie musieli wychodzić na ulice w obronie drzew, lecz żebyśmy przeszli wszyscy na taki system, w którym ochrona zieleni jest po prostu wyznacznikiem bycia dobrym gospodarzem w mieście. Podstawą jest zbudowanie świadomości, że drzewo to nie tyle ozdoba, ile przede wszystkim ważny usługodawca. Z tego względu upominałbym się również u lokalnych samorządowców o zwiększenie nakładów na pielęgnację drzew. To właśnie ona jest przykładem dalekowzrocznej i zwracającej się inwestycji, na którą powinno stawiać nowoczesne miasto.

Drzewa giną przez ekstremalne warunki klimatyczne [fragment książki „Koniec lodu”]

Ale od samorządowców słyszymy, że to zbyt drogi interes, jak gdyby bardziej opłacało im się wycinać drzewa i sadzić nowe niż je pielęgnować. Co pan na to?

Nie powiem, że nowe nasadzenia są błędem, ale nie możemy też stawiać wieloletnich drzew i młodych sadzonek na równi. Niestety władze miejskie najczęściej w taki właśnie sposób argumentują wycinkę, a w dodatku mówią, że pod topór idą przecież chore drzewa. Zgoda, ale chore nie znaczy nieuleczalne. Dość dobrze podejście samorządowców i wydających zgody na wycinki ekspertów podsumował cytowany przeze mnie w książce Jarema Rabiński z Komisji Rewizyjnej Federacji Arborystów Polskich: „To tak, jakby dzieciom nie leczyć zębów, a potem je pozabijać, bo są szczerbate”.

Naukowcy z US Forest Service dowiedli, że niezależnie od gatunku drzewa i szerokości geograficznej, czyli nawet w suchej Arizonie, pielęgnacja może być kosztowna, ale ona zawsze się zwraca i przekłada na konkretne oszczędności w innych obszarach, np. wspomnianym już przeze mnie zużyciu prądu na klimatyzację. Nie rozumiem też, dlaczego do decydentów nie trafia prosty rachunek, że na odtworzenie 150-letniego drzewa potrzeba 150 lat. Powiem więcej – dorosłe drzewo jest zdecydowanie bardziej odporne na warunki, w jakich rośnie, i stanowi o niebo większą wartość ekosystemową niż młoda sadzonka, która niestety ma marne szanse na przetrwanie w obliczu coraz dotkliwszych susz i wzrostu poziomu zanieczyszczeń w mieście. I to już widać w miejscach, gdzie charakterystycznym widokiem są całkowicie wyschnięte, posadzone rok wcześniej drzewka.

Od samochodozy, korków i smogu wybaw nas, koronawirusie

Jak jeszcze samorządy tłumaczą się z wycinki?

Za najbardziej absurdalne uzasadnienia uważam te o odnawianiu historycznej przestrzeni, zwłaszcza w przypadku rynków, parków i ulic miejskich. Zwykle lokalni włodarze powołują się wtedy na opinię konserwatora, który mówi, że nie można zachować w danym miejscu drzew, bo np. przed wojną ich tam nie było. Skoro tak, zapytałbym tego konserwatora, może powinniśmy również zrezygnować z miejsc parkingowych albo latarni. Jakoś z tymi elementami miłośnicy tradycji nie mają problemu. Z kolei drugim coraz częściej stosowanym argumentem zwolenników wycinek jest bezpieczeństwo. Mówi się, że drzewa, głównie te stare, trzeba usuwać, bo zagrażają ludziom.

A nie zagrażają?

Oczywiście zdarzają się takie wypadki, jednak prawdą jest, że nikt nie ocenia rzeczywistej skali tego ryzyka. Po pierwsze – nieprecyzyjnie określa się to, co konkretnie stwarza niebezpieczeństwo, bo może chodzi tylko o suche gałęzie drzew, które wystarczy przyciąć, a nie od razu wyeliminować w całości. Druga sprawa to fakty i liczby. W Polsce z powodu przewrócenia się drzewa ginie średnio sześć osób rocznie – tyle, ile z powodu uderzenia piorunem w trakcie burz. Przy czym są to dane dotyczące nie tylko przypadkowych mieszkańców miast, ale także pilarzy regularnie pracujących przy wycinkach w lasach. Widać więc, że zagrożenie, jakie stanowią drzewa, jest de facto niewielkie, ale od prezydentów miast, którzy usuwają setki tysięcy drzew rocznie, i żądnych sensacji mediów usłyszy pani, że mamy wręcz do czynienia z plagą zabijających ludzi starych drzew.

Kruszwica Fot. Jakub Szafrański
Kruszwica. Fot. Jakub Szafrański

Ale z drugiej strony chyba możemy mówić o tym, że mieszkańcy i mieszkanki miast coraz aktywniej angażują się w protesty przeciwko wycinkom?

Moim zdaniem ludzie nigdy nie byli obojętni na znikanie drzew z miast, ale od jakiegoś czasu zaczęli się lepiej organizować i bardziej wierzyć w skuteczność protestów. Na pewno z biegiem lat traci na sile przekonanie, że rozwój miasta musi odbywać się kosztem terenów zielonych, a wzrasta świadomość i zaangażowanie obywatelskie. Polkom i Polakom nie są obojętne również skutki zmian klimatycznych. Te coraz dotkliwiej odczuwamy wszyscy chociażby w czasie upałów, które w zabetonowanych, ogołoconych z zieleni miastach są po prostu nie do zniesienia. Myślę, że wiele osób czuje w naszym kraju duże przywiązanie do drzew, a coraz więcej przekonuje się, że ich obecność w przestrzeni miejskiej nie jest fanaberią, lecz prawem gwarantowanym przecież przez konstytucję. Dlatego też upominają się o jego egzekwowanie u władz lokalnych oraz państwowych.

Presja ma sens. Jak lublinianie walczą o drzewa

Które z wygranych batalii o zieleń warto w tym miejscu wymienić?

Podam dwa przykłady z mniejszych miast, które uważam za szczególnie ważne, ponieważ w takich miejscach zdecydowanie trudniej jest postawić się lokalnej władzy niż w dużych aglomeracjach. Pierwszy to Włodawa na Lubelszczyźnie, gdzie 1,5 roku temu już ruszały koparki mające zrównać z ziemią drzewa na rynku, ale upór mieszkańców zdołał je powstrzymać. Dzięki temu powstał projekt faktycznej rewitalizacji tego terenu, który zakłada zachowanie większości drzew i terenów zielonych. Drugie miejsce to Świdnica, gdzie do skutku miała dojść rewitalizacja parku Młodzieżowego. To miejsce o dzikim, nieco leśnym charakterze, pełne zarośli, których miasto chciało się po prostu pozbyć, wycinając blisko 1000 drzew i jeszcze więcej krzewów. Presja protestujących na szczęście z tym pomysłem zwyciężyła, ale niestety władze ostatnio znów wracają do swoich pierwotnych planów.

Scena z koparką. Dlaczego ludzie protestują, zamiast siedzieć nad strumieniem?

Prezydentka Świdnicy Beata Moskal-Słaniewska udzieliła nam wywiadu, w którym zarzuca panu wystawienie zbyt krytycznej i niezgodnej z faktami oceny rewitalizacji innego parku – Centralnego. W rozmowie pada oskarżenie, że nie skontaktował się pan z ratuszem podczas pisania książki, a swoje wnioski oparł na relacjach świadków nieprzychylnych samorządowi zamiast na opiniach zadowolonych z wykonania projektu mieszkańców miasta. Nasza rozmówczyni przekonuje też, że wycinka drzew w parku była całkowicie uzasadniona. Jak się pan do tego ustosunkuje?

Na wszystkie zarzuty odpowiem zdaniem niezależnych ekspertów, którzy odwiedzili Świdnicę i wypowiadają się w mojej książce. To oni również wspierali protesty strony społecznej, która przecież walczyła z wycinką zarówno przed realizacją projektu w parku Centralnym, jak i Młodzieżowym. Mam tu na myśli przede wszystkim pana Jaremę Rabińskiego, arborystę i biegłego sądowego ds. środowiska z Federacji Arborystów Polskich, który bardzo negatywnie zaopiniował obie rewitalizacje. Pokazałbym też pani prezydentce badania prowadzone przez prof. Macieja Luniaka, który od wielu lat zajmuje się miejską przyrodą i udowadnia, że przedsięwzięcia takie, jak te w Świdnicy, w ramach których m.in. wycina się drzewa i betonuje oczka wodne, zubożają wartości przyrodnicze terenów zielonych, a ich odtworzenie zajmuje wiele lat lub okazuje się zupełnie niemożliwe.

Ani zapewnienia o nowych nasadzeniach, ani przywoływanie opinii konserwatorów, dla których ochrona przyrody rzadko bywa priorytetem, nie zmienią faktu, że pod topór poszło zbyt wiele drzew, mimo że w czasie kryzysu klimatycznego każde z nich jest na wagę złota. Na koniec przywołałbym jeszcze własne wrażenia ze Świdnicy. Otóż odwiedziłem zarówno park Centralny, jak i Młodzieżowy – jeden po rewitalizacji za kilkanaście milionów złotych, a drugi – przed. Jaka jest między nimi różnica? Ano taka, że gdy wchodzi się do przerzedzonego parku Centralnego, wciąż słychać samochody i hałas miasta. A w tym drugim panuje cisza, a jeśli coś słychać, to śpiew ptaków.

Rynek w Ślesinie Fot. Jakub Szafrański
Rynek w Ślesinie. Fot. Jakub Szafrański

Beata Moskal-Słaniewska broni jednak zmian w parku Centralnym, twierdząc, że przed rewitalizacją był bardzo zapuszczony, co zniechęcało Świdniczan do odwiedzin tego terenu. Teraz – jak mówi prezydentka – to miejsce tętniące życiem.

To kolejny popularny argument przekonanych o słuszności wycinek władz lokalnych. Ale czy trafiony? Moim zdaniem nie. Wprawdzie przez wiele lat – szczególnie przed tym, jak pojawiły się w Polsce fundusze unijne – rzeczywiście parki miejskie były zwykle zapuszczone, bo samorządom brakowało pieniędzy. Obecnie owo zapuszczenie stanowi jedynie pretekst do tego, by uzasadnić nie tyle mały remont za – powiedzmy – milion złotych, w ramach którego miasto postawi ławki i śmietniki, ile bardzo daleko idące, warte kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt milionów złotych ingerencje w środowisko naturalne.

W tym miejscu przywołałbym jeden z nie tak wielu warszawskich wzorów do naśladowania, czyli praski brzeg Wisły. To ogromny teren wzdłuż rzeki, który był zapuszczony, gęsty i zakrzaczony. Ale władze miasta nie zdecydowały się wyciąć tych krzaków i wykarczować całej przestrzeni. Utworzono tam szutrowe alejki, postawiono śmietniki, kilka ławek. Efekt? Ten obszar uchodzi dziś za jeden z najpopularniejszych miejsc rekreacyjnych w Warszawie, o czym może świadczyć obrazek z dni po pierwszej fali pandemii i zniesieniu obostrzeń – dzikie tłumy spacerowiczów i rowerowe korki. Nikt nie ma problemu z tym, że to półdziki teren. Co więcej, nie odnotowano tam żadnych przypadków napaści, mimo że brakuje monitoringu i oświetlenia. Okazuje się więc, że można wydać niewiele pieniędzy i nie naruszając charakteru przyrodniczego danego miejsca, zamienić je w przestrzeń przyjazną mieszkańcom miasta.

Widzisz drzewa, nie widzisz lasu

czytaj także

Gdzie jeszcze możemy znaleźć takie przestrzenie?

Myślę, że ciekawym przykładem jest Bukareszt, w którym za czasów rządów Nicolae Ceaușescu planowano stworzyć gigantyczny zbiornik na wodę, ale nie dokończono tego projektu z uwagi na brak środków. Teren leżał odłogiem i zarastał. W rezultacie powstało tam wielkie mokradło, które obecnie stanowi niezwykle malowniczy i wyjątkowy obszar przyrodniczy w samym niemal środku miasta. Miasto nie tylko objęło go ochroną, ale także przystosowało do wymagań o charakterze rekreacyjnym.

Protest mieszkańców i mieszkanek Lublina Fot. Jakub Szafrański
Protest mieszkańców i mieszkanek Lublina. Fot. Jakub Szafrański

Zauważył pan, by któreś polskie miasta już teraz wdrażały działania chroniące miasta przed ekspansją betonozy i skutkami zmian klimatycznych? A może musimy liczyć się z tym, że za kilka lat obudzimy się w sytuacji, w której konieczne będzie już tylko zrywanie betonu i bardzo kosztowna renaturyzacja?

Myślę, że można znaleźć kilka przykładów, które pokazują, że niekoniecznie tak będzie. Mówiłem o praskim brzegu Wisły, gdzie wprawdzie już nieco naruszono naturalną dzikość na rzecz powstającego tam właśnie betonowego działu przeciwpodziowego, ale wciąż istnieje w tym miejscu spory obszar zieleni. Widzę też, że podejście władz z wielu zakątków Polski się powoli zmienia. Ostatnio w Szczecinie urbaniści całkowicie przeprojektowali plac Orła Białego, sadząc trawniki i rośliny oraz tworząc niebetonowe ścieżki.

To oczywiście mikrodziałania, ale myślę, że za kilka lat staną się powszechnym trendem. W Polsce istnieje jeszcze wiele półdzikich obszarów miejskich, które z uwagi na wartość przyrodniczą trzeba ocalić przed betonem. Jestem przekonany, że tak się stanie i że władze miast wyciągną lekcję z tego, czego zabrakło w wielu miastach Europy Zachodniej czy Japonii, gdzie naturalne tereny trzeba odbudowywać od podstaw. U nas jeszcze nie jest tragicznie ani zbyt późno na zmiany.

Czego nie strawi pożar, spali elektrownia. Gospodarka leśna w Polsce to „biomasakra”

Jak powinny w tej kwestii rozkładać się proporcje zaangażowania w ochronę zieleni pomiędzy władzami centralnymi a samorządami?

Jestem przeciwnikiem mocnej centralizacji. Samorząd to samorząd. Na coś się umówiliśmy, w związku z tym władze lokalne powinny mieć zapewnioną autonomię w kształtowaniu lokalnej przestrzeni. Jednocześnie uważam, że potrzeba silnych regulacji prawnych na poziomie centralnym – przede wszystkim wobec biznesu. Ustawodawca powinien wymagać większych opłat i skuteczniejszego ich egzekwowania, ustalać bardziej restrykcyjne niż do tej pory przepisy chroniące drzewa i tereny zielone.

Poza tym państwo musi wyznaczyć wskaźniki środowiskowe, których władze samorządowe powinny się w przyszłości trzymać. Można by na przykład zarządzić utworzenie przepisu o nienaruszalności określonego odsetka przestrzeni zielonych w mieście albo ustalić ilościowe i określone w czasie wzrosty powierzchni takich terenów. Oznaczałoby to na przykład, że jeśli miasto czy deweloper chcą w jakimś miejscu dokonać nawet niewielkiej inwestycji kosztem zieleni, to jest zobowiązany do założenia lub ochrony znacznie większego zielonego skweru w okolicy tej inwestycji. W ten sposób da się zatrzymać lub zrekompensować pewne straty. To jeden z głównych i koniecznych kierunków zmian.

Niemniej jednak nie mam złudzeń, że obecna władza, która Lasom Państwowym pozwala na potęgę pozbywać się drzew, nagle zreformuje swoją politykę. Na razie deklaracje premiera Morawieckiego dotyczące zapobiegania betonowaniu miast to puste słowa. Tamę dewastacji środowiska mogą więc stawiać samorządowcy i – oddolnie – obywatele. I to – całe szczęście – już się dzieje.

**
Jan Mencwel – animator kultury, publicysta, komentator, działacz społeczny i aktywista miejski, współzałożyciel i przewodniczący stowarzyszenia Miasto Jest Nasze. Jego książka Betonoza. Jak się niszczy polskie miasta ukazała się niedawno nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Paulina Januszewska
Paulina Januszewska
Dziennikarka KP
Dziennikarka KP, absolwentka rusycystyki i dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze o kulturze, prawach kobiet i ekologii.
Zamknij