Kraj

Decentralizacyjny coming out

Jestem członkiem Inkubatora Umowy Społecznej, stowarzyszenia, które opracowało projekt decentralizacji Polski, a to jest mój coming out.

W czasach dominacji prawicowego populizmu, po tym jak lewica, choćby taka z nazwy, nie rządziła Polską od niemal 15 lat, potrzebujemy projektu decentralizacyjnego. Dobrze przeprowadzony, ma szansę wyciągnąć naszą politykę z ram chadecko-endeckiego dualizmu, a także stworzyć nowy, demokratyczny mechanizm redystrybucji.


W IUS mamy plan maksimum, zakładający reformę konstytucyjną, oraz plan minimum, w którym nasze propozycje wprowadza się ustawami zwykłymi. Obydwa projekty mają na celu przeniesienie części kompetencji rządu centralnego na poziom wojewódzki.

W postulowanym przez nas układzie województwa byłyby odpowiedzialne za kreowanie własnej polityki redystrybucyjnej, decydowały o rozłożeniu obciążeń podatkowych oraz o tzw. sprawach światopoglądowych. To oczywiście oznaczałoby wzmocnienie władz wojewódzkich i nadanie im nowych kompetencji.

Chcemy, aby w rękach rządu centralnego pozostały polityka zagraniczna oraz kwestie szeroko rozumianego bezpieczeństwa, od militarnego po społeczne. Po to, by zabezpieczyć miejsce Polski w instytucjach międzynarodowych, przede wszystkim Unii Europejskiej i NATO.

Decentralizacja dla lewicy

Mój coming out nie jest wcale łatwy, ponieważ część lewicy niemal odruchowo sprzeciwia się decentralizacji, utożsamiając silne państwo z państwem scentralizowanym. Decentralizacja ma, zdaniem wielu, prowadzić do konkurencji podatkowej, dumpingu socjalnego i płacowego – krótko mówiąc, „wyścigu do dna”, na którym zyskać miałby jedynie duży biznes. Przeniesienie spraw światopoglądowych na poziom wojewódzki oznacza zaś w takiej optyce oddanie walkowerem np. kwestii praw kobiet i oddanie realnej władzy w województwach lokalnym sojuszom tronów i ołtarzy.

Za tym odruchem, poza słuszną troską o prawa i los słabszych, kryje się jednak mesjanistyczne przekonanie, że do realizacji lewicowych postulatów wystarczy przejęcie władzy centralnej i ich odgórne wprowadzenie. Takie podejście całkowicie przekreśla tradycję lewicowego decentralizmu i federalizmu, dla których wyzwaniem były właśnie sztywne i mało inkluzywne ramy państwa narodowego, niezdolnego pomieścić społecznej różnorodności. Źródeł myślenia tego rodzaju nie trzeba szukać aż u Pierre’a-Josepha Proudhona, wystarczy sięgnąć po naszego Edwarda Abramowskiego i innych polskich socjalistów, a z autorek współczesnych – do wydanej niedawno przez Krytykę Polityczną książki Europejska wojna domowa Ulrike Guérot.

Diabeł tkwi oczywiście w szczegółach – rzecz w tym, by decentralizować mądrze. W naszej sytuacji późne wejście na drogę decentralizacji jest tak naprawdę przywilejem, bo pozwala uczyć się na błędach innych, wybierać między różnymi rozwiązaniami instytucjonalnymi bez doktrynerskiego przywiązania do konkretnego modelu i – co równie ważne – polegać na specyficznych preferencjach Polaków. Te ostatnie dotyczą kwestii, co do których panuje w miarę szeroka zgoda – jak choćby członkostwo w Unii Europejskiej czy przekonanie, że władze publiczne powinny dostarczać usług, ale też tych, wobec których Polacy z różnych regionów się różnią – tu przykładem może być sprawa dostępu do aborcji. I różnice, i podobieństwa można wykorzystać do osiągnięcia celów bliskich lewicy.

Redystrybucja na nowo

Regionalnych różnic w pojmowaniu praw i wartości nie da się unieważnić, ale można je wykorzystać. #ZdecentralizowanaRP budzi moje nadzieje właśnie ze względu na nowy sposób mierzenia się z problemem rosnących nierówności. W strukturze wielopoziomowego zarządzania można wyzwolić potężne bodźce redystrybucyjne, ale kluczem jest powiązanie oczekiwań finansowych wobec bogatych z wartościami, które dla tych bogatych są istotne. Pamiętamy, że Niemcy Zachodnie były skłonne zapłacić ogromny rachunek za zjednoczenie ze Wschodem nie z lewicowego czy solidarnościowego sentymentu, lecz dlatego, że gwarantowało ono budowę silnego niemieckiego państwa. Podobnie Europa Zachodnia była latami skłonna przekazywać swym wschodnim sąsiadom środki w zamian za nowe rynki zbytu oraz przesunięcie zewnętrznej granicy Unii na wschód.

Nadchodzi technologiczne trzęsienie ziemi, a lewica rozgrywa wojny sprzed wieku

#ZdecentralizowanaRP podobny mechanizm proponuje zastosować wewnątrz Polski. Pozwala na połączenie ważnej dla Polaków z bogatszych i bardziej liberalnych województw wolności od nakazów konserwatywnej władzy centralnej, w tym w kwestiach światopoglądowych, z daleko idącym solidaryzmem ekonomicznym. Chcemy Warszawie, Poznaniowi czy Gdańskowi zaproponować swoisty „podatek za wolność”. Szczególnie po doświadczeniach rządów PiS, które – nawet w najbardziej optymistycznym scenariuszu – pozostaną traumą postępowych Polaków na pokolenie, taki układ powinien wydawać się atrakcyjny. W jaki sposób chcemy to zrobić?

W przygotowanej przez nas Karcie Wojewódzkiej proponujemy na przykład, by województwo mogło dowolnie kształtować stawki danin lokalnych i ulg od nich oraz przeniesionych na poziom wojewódzki podatków PIT i CIT. Pod warunkiem jednak, że zmiany te nie będą skutkować zmniejszeniem dochodów województw. Będą za to mogły skutkować ich zwiększeniem.

Dodatkowo projekt zakłada utrzymanie mechanizmów redystrybucji poprzez ogólnokrajowe ubezpieczenie zdrowotne i emerytalne, a także poprzez asymetryczne wsparcie gmin z budżetu centralnego.

Zinstytucjonalizowana solidarność

W naszym projekcie proponujemy przeniesienie wielu usług publicznych na poziom wojewódzki – nie chodzi tylko o ich dostarczanie, ale też w istotnej mierze finansowanie. Oczywiście grozi to wyścigiem do dna, więc hasła solidarności społecznej w takim kontekście łatwo mogłyby stać się pustymi sloganami.

Jesteśmy tego świadomi, dlatego naszym celem jest stworzenie systemu bodźców, które skłaniałyby województwa do szukania metod dostarczania najwyższej jakości usług publicznych i dzielenia się innowacjami w tym zakresie. A jednocześnie – ograniczałyby zagrożenia związane z wyścigiem do dna. W tym celu proponujemy powołanie Kolegium Województw, ciała składającego się z przedstawicieli wszystkich regionów, którego zadaniem byłoby wyznaczać minimalne standardy usług publicznych oraz oceniać, które z województw najlepiej sobie radzi w dostarczaniu usług mieszkańcom i dlaczego.

Wciąż za mało, zawsze za późno, często niesprawiedliwie

Województwa z niższą jakością usług publicznych miałyby motywację, by tę jakość podnieść, ale – dzięki opisanej powyżej regule efektywnie utrudniającej konkurencję podatkową oraz presji ze strony innych województw, o wyższej jakości usług – nie mogłyby się uciekać do dumpingu podatkowego czy socjalnego. Innymi słowy, chodzi o to, żeby województwa konkurowały jakością życia, a nie jedynie niskimi kosztami.

Według naszych wyliczeń władze centralne musiałyby województwa wspierać. Wkład każdego z nich do budżetu centralnego zależałby od relatywnej zamożności mieszkańców, co w praktyce oznacza, że wsparcie centrum dla regionów polegałoby na redystrybucji bogactwa między regionami. W rękach mieszkańców regionów zostałaby natomiast decyzja, jak uzyskane środki podzielić.

Aborcja w rękach województw

Decydowanie o dostępie do zabiegów przerywania ciąży również proponujemy przenieść na poziom wojewódzki. Jest to próba wyjścia poza klincz zwany od lat „kompromisem aborcyjnym”. W każdym województwie będziemy mogli walczyć o nasze wartości. Łatwiej będzie wsadzić nogę w konserwatywne drzwi i w końcu – po niemal trzech dekadach – gdzieś w Polsce rozpocząć proces zmian prawnych odpowiadających zmianom świadomości społecznej.

Będziemy mogli – na początku w jednym lub dwóch województwach – zacząć wcielać je w życie, pokazywać Polakom (wielu młodszym po raz pierwszy w ich życiu), że życie w województwie rządzonym lub współrządzonym przez lewicę jest po prostu lepsze niż pod rządami chadecko-nacjonalistycznego duopolu. Takie województwo mogłoby zagwarantować realny dostęp do zabiegów przerywania ciąży czy zrównać w prawach związki jedno- i dwupłciowe i stać się wzorem dla innych.

Oczywiście to, czy na poziomie wojewódzkim dostęp do aborcji będzie prawnie i realnie zagwarantowany, zależeć będzie od regionalnej mobilizacji osób o poglądach pro choice, ale to samo dotyczy przecież jakichkolwiek zmian na poziomie centralnym.

Kościół, lewica, dialog. Dlaczego III RP dała Kościołowi tak dużo, a dostała od niego tak niewiele

Przeniesienie decydowania o dostępie do aborcji na poziom wojewódzki byłoby wielkim „sprawdzam” dla naszej zdolności przekonywania ludzi do naszej wizji społeczeństwa. Jednocześnie udana decentralizacja choćby w jednym województwie dawałaby szansę rozwiązania problemu tzw. turystyki aborcyjnej: polskie kobiety mogłyby jechać do innego regionu Polski, by przerwać ciążę, zamiast udawać się do Czech czy Szwecji.

Problemy centralizmu

W ciągu ostatnich 20 lat centralizm nieszczególnie przysłużył się lewicowym wartościom. W 2003 roku rządzący wówczas SLD zrezygnował z podniesienia kwestii liberalizacji prawa antyaborcyjnego w Polsce w zamian za poparcie polskiego Kościoła katolickiego dla wejścia Polski do Unii Europejskiej. To było wprawdzie wiele lat temu, ale przecież nie tak dawno opozycja parlamentarna nie poparła projektu „Ratujmy kobiety”.

Czarny Piątek jako pożegnanie z Kościołem

Przeniesienie decydowania o sprawach „światopoglądowych”, choć może należałoby raczej mówić o podstawowych prawach człowieka, na poziom wojewódzki nie jest bynajmniej oddawaniem pola. Prawda jest bowiem taka, że z tych praw nie ma za bardzo czego oddawać. Stan wyjściowy to praktycznie całkowity zakaz aborcji – obowiązujący w całym kraju. Realne efekty obecnego „kompromisu” znamy wszyscy: to turystyka i podziemie aborcyjne, a ostatnio również regularne demonstracje uliczne przeciw kolejnym zakusom prawicy na resztkę praw i wolności kobiet – na rzekomo liberalnych polityków zazwyczaj nie można już liczyć.

Sprawiedliwe podatki – kilka prostych trików. Liberałowie i PiS ich nienawidzą

Z redystrybucją też nie jest najlepiej. Regresywny system podatkowy również tworzono przez lata, a konieczne dla sfinansowania usług publicznych z prawdziwego zdarzenia podniesienie podatków kolejne rządy przerzucają na następców niczym gorący kartofel. Dodatkowo w dzisiejszym stanie prawnym ustawy centralne wyznaczają nie minimalną, lecz maksymalną stawkę podstawowych podatków i opłat lokalnych, w tym podatku od nieruchomości lub opłat parkingowych. Nawet zatem samorządy, które by chciały wprowadzić bardziej progresywny system podatków majątkowych, ewentualnie odciążyć centra miast od ruchu samochodowego, są związane neoliberalnym konsensusem z ulicy Wiejskiej.

Podatki do gruntownej reformy

Problem, na który wskazuję, nie jest kwestią intencji. Niebezpieczeństwo rezygnacji z „kontrowersyjnych kwestii” czy cynicznego grania polityków na strachu obywateli nie zniknie, nawet jeśli Grzegorz Schetyna odsunie od władzy Jarosława Kaczyńskiego. Nie wynika ono bowiem z różnic programowych, tylko z logiki sporu politycznego w ramach systemu partyjnego ostatnich lat. Przemożna logika zgniłego kompromisu nakazuje partiom aspirującym do pierwszej ligi politycznej ociosywać postulaty do tego, czego ich zdaniem chce „zwykły Kowalski”.

Lokalna demokracja przeciw lokalnym książętom

Zwiększenie uprawnień wojewódzkich oczywiście ma sens jedynie w sytuacji, w której same województwa nie będą regionalnymi księstwami à la Opolskie pod nieformalną władzą Patryka Jakiego i formalną – jego zauszników. Wymagałoby to zmiany pozycji wojewody i wprowadzenia mechanizmu jego kontroli oddolnej. Pierwszym ze sposobów takiej kontroli byłyby wybory wojewodów – pośrednie lub bezpośrednie – przez mieszkańców województwa, z możliwością zwołania referendum odwoławczego po zebraniu odpowiedniej liczby podpisów.

Lublin: Panel obywatelski będzie lepszy niż referendum

Drugim mechanizmem byłby wojewódzki senat składający się z wójtów, burmistrzów i prezydentów gmin danego województwa, dysponujących głosem ważonym w zależności od populacji. Senat wojewódzki poprzez sesje realne i online uczestniczyłby w ustalaniu prawa miejscowego. Taka instytucja wzmocniłaby rolę gmin w polityce regionalnej, dając im bezpośredni wpływ na decydowanie o województwie. System głosów ważonych utrudniłby z kolei podejmowanie decyzji korzystnych dla jednych gmin kosztem innych. Chcemy, aby województwo stało się w ten sposób instrumentem wzmacniającym gminę i instytucjonalizującym międzygminną solidarność.

Trzecim elementem tego układu kontroli jest centralne wsparcie dla mediów lokalnych. Media lokalne patrzące władzy na ręce są konieczne do tego, by ani województwa, ani gminy nie stały się miejscami, w których sojusze tronu, biznesu i ołtarza rządzą za pomocą klientelistycznych sieci.

Sienkiewicz: Państwo obumrze, zastąpi je partia. A potem jest barbarzyństwo

To zagrożenie występuje również w systemie scentralizowanym, ale decentralizacja czyni to wyzwanie jeszcze bardziej palącym – choćby ze względu na mniejszą uwagę mediów poświęcaną patologiom li tylko lokalnym.

Województwo w Polsce, Polska w Unii

W naszym projekcie nie proponujemy całkowitego uniezależnienia województw od władzy centralnej. Zachowałaby ona istotne funkcje wyznaczania standardów i kontroli. W szczególności dotyczyłyby one zabezpieczeń społecznych, standardów ekologicznych czy podstawowych praw człowieka.

Innym odgórnym zabezpieczeniem jest członkostwo Polski w Unii Europejskiej i NATO. Nie ma co ukrywać, że jedną z motywacji stojących za decentralizacją jest to, by na poziomie centralnym kwestie międzynarodowe i bezpieczeństwa jak najrzadziej padały ofiarą innego rodzaju sporów.

Uważam, że konflikt jest w polityce tyleż nieunikniony, ile potrzebny. Ale polityka polega też na zawieraniu kompromisów, byleby jak najrzadziej były „zgniłe” – to zaś wymaga nowego podejścia do instytucjonalizacji konfliktu. Jestem zwolennikiem przeniesienia kompetencji do podejmowania decyzji o dostępie do aborcji czy o podziale obciążeń podatkowych na poziom wojewódzki, ale nie dlatego, że traktuję je jako „tematy zastępcze” i poświęcam je kosztem rozwiązania „prawdziwych problemów”. Wprost przeciwnie. Realny dostęp do aborcji jako możliwość decydowania o swoim ciele jest szalenie istotny dla podmiotowości kobiet. Dlatego właśnie nie chcę, żeby był instrumentalnie wykorzystywany do walki politycznej partii. Decentralizacja w tej kwestii nie jest ceną, jaką trzeba zapłacić za sprawnie działające państwo. Chodzi raczej o to, żeby zmienić skalę konfliktu o dostęp do aborcji i uwolnić go od innych sporów, jak np. o Sąd Najwyższy czy politykę wobec Unii Europejskiej.

Dla mnie wyzwaniem jest stworzenie nowych ram instytucjonalnych dla różnych konfliktów politycznych, po to, by spór o kwestie europejskie i kwestie bezpieczeństwa przynajmniej częściowo oddzielić od kwestii światopoglądowych czy związanych z redystrybucją. Nie jest to próba ustąpienia na jednym polu, żeby zyskać na innym. To raczej próba stworzenia sytuacji, w której nie trzeba ustępować na żadnym, bo same pola nie będą się pokrywały. Decentralizacja to nie panaceum na nasze problemy, tylko propozycja znalezienia nowej formuły, w której możemy szukać dla nich rozwiązania.

Bio

Jan Smoleński

| Politolog, członek zespołu Krytyki Politycznej
Politolog, pisze doktorat z nauk politycznych na nowojorskiej New School for Social Research. Absolwent Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie. Stypendysta Fulbrighta. Autor książki „Odczarowanie. Z artystami o narkotykach rozmawia Jan Smoleński”. Członek Zespołu Krytyki Politycznej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.