Gospodarka, Kraj

Podatki do gruntownej reformy

W Polsce nie tylko podatki, ale i składki na ubezpieczenia społeczne są regresywne: bardziej obciążają osoby o niskich dochodach niż osoby zamożne. Jakub Sawulski, ekonomista z Instytutu Badań Strukturalnych, w rozmowie z Michałem Sutowskim pokazuje, komu cały ten system zabiera za mało, a komu o wiele za dużo.

Michał Sutowski: Czy polskie podatki różnią się jakoś od tych w innych krajach? Czy państwo ściąga dużo czy mało od obywateli? I czy robi to jakkolwiek sprawiedliwie?

Jakub Sawulski: Nasz system podatkowy odstaje od reszty krajów UE przede wszystkim przez to, w jaki sposób opodatkowujemy pracę. W niemal wszystkich państwach członkowskich ludzie zarabiający więcej płacą wyższy odsetek swego dochodu. W Polsce klin podatkowy jest praktycznie liniowy, czyli taki sam, niezależnie czy ktoś dostaje płacę minimalną czy cztery średnie krajowe. To główny powód, dla którego cały nasz system podatkowy staje się regresywny, a więc bardziej obciąża osoby o niskich dochodach niż osoby  zamożne.


Dlaczego akurat to jest takie ważne, skoro i tak największa część wpływów do budżetu pochodzi z VAT? A to jest, zdaje się, najbardziej regresywny podatek…

To może po kolei. W raporcie Kogo obciążają podatki w Polsce, który niedawno opracowałem, analizuję wpływy nie tylko budżetu państwa, ale też sektora ubezpieczeń społecznych i samorządów. Podatki i składki na ubezpieczenie społeczne traktuję więc łącznie, to raz. Dwa, że licząc tą metodą, największa część ściąganych przez państwo danin to właśnie opodatkowanie pracy. Zresztą, nawet nie licząc składek, sam podatek PIT jest drugim po VAT źródłem dochodów państwa, potem jest akcyza i dopiero na końcu CIT dla przedsiębiorców, w sumie trzy razy mniejszy od podatku od osób fizycznych. Po trzecie wreszcie, w swoich badaniach posługuję się kategorią „efektywnego opodatkowania”, tzn. sprawdzam, jaką część konsumpcji, oszczędności lub dochodów z pracy zabierają obywatelom podatki i składki.

A dlaczego akurat w ten sposób? Nie lepiej policzyć, ile państwo i z czego ściąga łącznie? Tzn. która pozycja w budżecie jest dla niego najważniejsza?

Kraje różnią się przecież tym, ile mają konsumpcji w dochodzie narodowym, ile dochodów z pracy, ile oszczędności. Dlatego patrzenie na całkowite wpływy nie pokaże nam skali opodatkowania. W Polsce akurat mamy duży udział konsumpcji w PKB, dlatego udział podatków VAT i akcyzy jest tak ważny dla naszego budżetu. Na podobnej zasadzie stosunkowo dużo wpływów jest z opodatkowania dochodów z kapitału, bo jako „kapitał” definiuje się rolników i fikcyjnie samozatrudnionych. I analogicznie – udział pracy w polskim PKB jest niski, ale część tej realnej pracy jest umieszczona w szufladzie „kapitał”.

Sprawiedliwe podatki – kilka prostych trików. Liberałowie i PiS ich nienawidzą

W takim razie pokażmy, z której sfery państwo zabiera najwięcej.

Jeśli spojrzeć na konsumpcję, na pracę i na kapitał ogólnie, to nie różnimy się specjalnie od średniej w państwach Unii Europejskiej. Konsumpcję opodatkowujemy VAT-em i akcyzą trochę poniżej średniej unijnej, to efektywnie 20 procent, natomiast pracę PIT-em i składkami na poziomie średnim, czyli 33 procent. Tu, co prawda, istotna jest różnica między „starą” a „nową” Unią – w krajach dawnej piętnastki narzut na pracę jest o 4 punkty procentowe wyższy. Z kolei podatki od kapitału stoją również przeciętnie na tle UE, a nawet nieco wyżej niż w regionie. Wyróżniamy się za to istotnie, jak wejrzymy głębiej w te kategorie, a przede wszystkim w opodatkowanie pracy.

Wolnorynkowcy twierdzą, że koszty pracy, tzn. podatki i składki, w ogóle są u nas wyjątkowo wysokie.

Opodatkowanie pracy w prawie wszystkich krajach UE jest wyższe niż konsumpcji czy kapitału. To może się wydawać zaskakujące, bo każde podatki jakoś zniechęcają do aktywności, więc można zapytać, czemu bardziej zniechęcamy do pracy niż oszczędzania czy do konsumpcji.

No właśnie?

To dlatego, że wyliczenie zawiera składki ubezpieczeniowe, które trudno jest przypisać gdzie indziej niż do pracy – dlatego łączne opodatkowanie pracy jest najwyższe.

A właściwie dlaczego w ogóle liczymy składki i podatki łącznie, skoro ze składek są nasze emerytury, a z podatków to… różnie?

Bo tak też myślą Polacy. Różnicę między kosztem pracodawcy a naszym wynagrodzeniem netto uznajemy za całość, którą zabiera nam państwo. Jakaś tego część to jest forma oszczędności, ale z różnych powodów ich tak nie traktujemy. Na pewno częste zmiany w systemie, zwłaszcza te związane z OFE – mniej lub bardziej zasadne – sprawiają, że ludzie coraz mniej traktują składki jak coś, co jest „ich”.

Tak czy inaczej, rozumiem, że państwa wszędzie zdzierają z człowieka pracy tak samo? Skoro te wskaźniki są podobne w całej Europie?

W Europie Zachodniej są jednak wyższe. Ale diabeł tkwi przede wszystkim w szczegółach – w Polsce praca ludzi o niskich zarobkach opodatkowana jest stosunkowo wysoko, ludzi zamożnych zaś stosunkowo nisko. Prawie wszędzie klin podatkowy jest progresywny, a u nas liniowy.

Przecież mamy dwie stawki.

Znowu: szczegóły. Po pierwsze, próg, od którego wpada się w drugą stawkę, jest dość wysoki, więc płaci ją tylko 3,5 procent podatników. A po drugie, nawet jak już go przekroczą, to tylko przez chwilę płacą więcej, bo po przekroczeniu progu 30-krotności średniej krajowej przestają płacić składki na emerytury i renty, więc to się kompensuje. Cały klin pozostaje niezmieniony, choć podatek jest w teorii progresywny.

A kwota wolna?

W Polsce jest bardzo niska – to jakieś 250 złotych miesięcznie, czyli dwukrotnie mniej od minimum egzystencji, i tak przecież zdefiniowanego na bardzo niskim poziomie. W większości państw UE jest ona istotnym elementem progresji, do tego wręcz stopnia, że może solidną progresję wygenerować przy liniowej stawce podatku. I oczywiście ma dużo większe znaczenie dla osób o niskich dochodach.

Wyższe progi? Szału nie ma, czyli państwo wciąż niesolidarne

A czy składka emerytalna musi być przypisana akurat do pracy?

Jeśli nie obowiązuje emerytura obywatelska, finansowana po prostu z podatków – to tak. U nas akurat składki mają relatywnie duże znaczenie, bo komponent „obywatelski” systemu, jeśli nie liczyć emerytury minimalnej, praktycznie nie istnieje. A składki są z zasady liniowe albo nawet regresywne, żeby osoby o wysokich dochodach nie miały nadmiernie wysokich emerytur.

Teoretycznie można sobie wyobrazić próg wysokości emerytury bez progu składki. Czyli bogaci płacą dużo, ale dostają relatywnie mniej.

Tak, ale wtedy jest to zakamuflowany podatek. W Polsce są regresywne składki, więc trzeba je po prostu zrównoważyć podatkiem progresywnym.

A nie należałoby podnieść limitu odprowadzania składki? Żeby bogaci płacili jednak więcej?

Nie wydaje mi się. Ten próg powinien istnieć, żeby nie było nadmiernych różnic w wysokości emerytur, a zamożni i tak przecież mogą oszczędzać indywidualnie. Powinni za to płacić wyższy podatek.

A jak najlepiej lepiej zwiększyć progresję? Skoro biedni płacą u nas dużo, a bogaci mało?

Są trzy podstawowe metody: podnieść kwotę wolną, dodać kolejne stawki podatkowe, ale najlepsza to podnieść koszty uzyskania przychodu ze stosunku pracy. Rząd zresztą chce to zrobić, aczkolwiek nieznacznie, bo tylko dwukrotnie, czyli do poziomu nieco ponad 200 zł miesięcznie. Jeszcze niedawno spekulowano w mediach, że można by je podnieść nawet pięciokrotnie. Nadzieja prysła jednak wraz z ogłoszeniem „piątki Kaczyńskiego”, bo na istotne obniżenie opodatkowania niskich zarobków po prostu nie będzie już pieniędzy.

Elita czyta „radykałów”, czyli oczywistości kontra ideologia

Czym to się różni od podniesienia kwoty wolnej – też przecież bardzo niskiej?

Z podwyższenia kwoty wolnej korzystaliby na przykład emeryci oraz ludzie z dochodami pochodzącymi z innych źródeł, a z kosztów uzyskania przychodu – tylko osoby pracujące. Dlatego ta obniżka mogłaby być głębsza.

Ale grupa beneficjentów mniejsza.

Mój pogląd jest taki, że emeryci nie są grupą, do której w pierwszej kolejności należy kierować politykę transferową. W interesie osób starszych trzeba usprawniać ochronę zdrowia i opiekę senioralną, ale ich dochodowa sytuacja jest dziś relatywnie nie najgorsza. Dlatego moim zdaniem nie należy podwyższać kwoty wolnej, lecz bardziej ulżyć pracującym biednym. W Polsce są ludzie, którzy pracują powyżej wymiaru jednego etatu, a i tak mają problem, by związać koniec z końcem – są najczęściej nisko kwalifikowani, więc pracodawcy wykorzystują ich słabą pozycję na rynku.

Jak nie nadepnąć na odcisk hegemona. Polityka podatkowa PiS

A co z podniesieniem stawek PIT?

Jeśli podniesiemy koszty uzyskania albo kwotę wolną, musimy skądś wziąć brakujące pieniądze. Dlatego podniesienie najwyższej stawki, czy wprowadzenie dodatkowej, np. 40 procent, miałoby sens. To byłby zresztą powrót do systemu, jaki mieliśmy już kiedyś: przed rokiem 2009 płaciliśmy 19, 30 lub 40 procent PIT. Ale jest jeszcze jeden element, który pogłębia obecną regresję…

Lewe samozatrudnienie?

Fikcyjne. Upowszechniło się ono szczególnie przy wysokich zarobkach. Chodzi o sytuację, kiedy ktoś wykonuje obowiązki charakterystyczne dla umów o pracę, a więc pracuje na rzecz jednego zleceniodawcy, często w jego biurze, uczestniczy w spotkaniach pracowników, sam nie zatrudnia nikogo w swoim przedsiębiorstwie – ale rozlicza się ze swoim pracodawcą, traktowanym wówczas jako „klient”, przez faktury.

I co to daje?

W Polsce praca ludzi o niskich zarobkach opodatkowana jest stosunkowo wysoko, ludzi zamożnych zaś stosunkowo nisko.

Przy zarobkach między 100 a 200 tysięcy rocznie można płacić podatki niższe nawet o jedną trzecią, a cały klin z poziomu 37 procent obniża się do 24. Dodajmy, że osoby zatrudnione na umowie o pracę mają bardzo ograniczone, bo zapisane w ustawie, koszty uzyskania przychodu. Dziś to jest sto kilkanaście złotych miesięcznie, a prowadzący „własną działalność” mogą wrzucać w koszty samochód, już nawet bez „kratki”. Mogą odliczyć VAT za jego zakup, czyli zapłacą efektywnie 18,7 procent mniej, mogą odliczyć telefon, laptopa, ale kreatywność przedsiębiorców rozszerza się nawet na papier toaletowy i pomoce szkolne.

I to naprawdę tak dużo?

Szacuję, że część fikcyjnie samozatrudnionych może płacić nawet dwukrotnie niższe podatki, niż gdyby byli zatrudnieni na umowę o pracę. A mówimy o prawie 166 tysiącach osób.

Skoro wiemy, ilu ich jest, to czemu się tego nie ściga?

To są szacunki badawcze. Żeby poprawnie zidentyfikować oszusta, trzeba każdy przypadek rozpatrzyć indywidualnie; my to zrobiliśmy w sposób uproszczony. Przyjęliśmy, że do tej kategorii łapią się ci, którzy pracują tylko lub głównie na rzecz jednego klienta i którzy nie zatrudniają innych pracowników, do tego wykluczyliśmy rolników indywidualnych. No i wyszło nam, że kryteria te poza rolnictwem spełnia około 1/10 przedsiębiorstw.

To dużo?

Podkreślam, to tylko szacunki. Mogą być zaniżone o tyle, że np. są takie fikcyjne działalności gospodarcze, gdzie zatrudnia się jednego stażystę i firma się nie łapie albo księgowa wystawia faktury na kilka spółek z jednej grupy kapitałowej. Z drugiej strony mogą się zdarzyć przedsiębiorstwa, które prowadzą normalną działalność, ale akurat w momencie badania miały jednego głównego klienta, choć w innych okresach współpracują z wieloma.

Inna ekonomia jest możliwa?

Ile to przynosi strat dla budżetu?

Nie ma takich wyliczeń, bo też instytucje publiczne nieszczególnie interesują się tym tematem.

Przecież rząd ciągle mówi o uszczelnieniu systemu podatkowego.

Ale nie w tym miejscu. W kodeksie pracy i Ustawie o podatku dochodowym mamy dość ścisłe kryteria określające, kiedy ktoś prowadzi działalność gospodarczą. Jeśli ktoś ich nie spełnia, to państwo posiada instrumenty, żeby identyfikować i opodatkować jego dochód tak jak pracę –  ale nie robi tego.

Dlaczego? Skoro to utracone wpływy, no i przestępstwo…

Domyślam się, że nie ma woli politycznej, bo uderzenie w tę grupę uderzałoby równocześnie w mit „polskiej przedsiębiorczości”. Chociaż w praktyce to nie jest żadna przedsiębiorczość – jeśli ktoś pracuje dla jednego klienta, pod nadzorem, robi ciągle to samo, nie rozwija swoich produktów czy usług, to jest to zwyczajny pracownik.

Wiemy, kto traci, a kto zyskuje?

Nisko opodatkowane działalności gospodarcze to te o umiarkowanych lub wysokich dochodach, przekraczających 100 tysięcy złotych rocznie. Zresztą nawet przy połowie tej sumy łączne obciążenie będzie trochę niższe.

Czyli opłaca się oszukiwać gdzieś od średniej krajowej w górę?

Trochę powyżej. Poniżej już się teoretycznie nie opłaca, bo wtedy klin podatkowy jest wyższy niż przy umowie o pracę. Przy bardzo małych działalnościach wartość podatków i składek przekracza nawet 50 procent dochodu.

To jaki to ma wtedy sens?

Samozatrudnienie fikcyjne występuje tym częściej, im wyższe są zarobki, aczkolwiek przy niższych też się zdarza. W tym drugim przypadku podstawową korzyść odnosi pracodawca, a polega to na tym, że ma on mniejsze zobowiązania wobec pracownika, tak jakby go miał na umowie cywilnoprawnej – bez praw pracowniczych, okresu wypowiedzenia czy urlopu.

Czyli jeśli mamy fikcyjne samozatrudnienie przy niskich zarobkach, to nie jest to przekręt pracownika, a raczej coś wymuszonego przez pracodawcę?

W zasadzie tak, aczkolwiek na korzyść pracownika mogą jeszcze grać koszty uzyskania przychodu. Bo choć jego dochód jest opodatkowany relatywnie wysoko, w skrajnym przypadku państwo zabierze nawet jego połowę, to można różne rzeczy wrzucać w koszty – per saldo może się to opłacić. No i dodajmy, że nasze badania prowadziliśmy na danych za 2017 rok, a wysokie opodatkowanie małych firm od tego roku się obniżyło przez wprowadzenie tzw. małego ZUS-u.

I co to zmienia?

Samozatrudnienie fikcyjne występuje tym częściej, im wyższe są zarobki.

Że przejście na samozatrudnienie, które dotąd opłacało się od około 5 tysięcy dochodu miesięcznie, dziś będzie korzystne już od poziomu 1200 złotych. To  teoretycznie dobre, bo może ulżyć mikrusom, ale pojawia się kolejny bodziec do fikcyjnego samozatrudnienia, już nie tylko wśród zarabiających dobrze.

My cały czas mówimy o opodatkowaniu łącznym, czyli razem ze składkami – to chyba kłopot będzie też z dramatycznie niską emeryturą w przyszłości?

Oczywiście, dlatego wysokość składek płaconych od dochodu powinna być równa dla wszystkich, a progresję należy załatwiać podatkami, nie składkami. Obniżając składki osób o niskich dochodach, powodujemy, że będą one miały bardzo niskie świadczenia.

To jedźmy dalej. Co z podatkiem CIT? Czy ktoś go w ogóle płaci?

No właśnie. Nominalna stawka podatku dla dużych korporacji, które mają osobowość prawną i płacą CIT, wynosi 19. Jednak w rzeczywistości te przedsiębiorstwa płacą ledwie 11 – tyle wynosi ich średnia „stawka efektywna”. To mniej niż średnia nie tylko w UE, ale nawet w państwach z nami sąsiadujących. Różnica między stawką efektywną i nominalną występuje wszędzie, ale u nas jest ona wyjątkowo duża.

Dlaczego wszyscy ekonomiści powinni być ekonomistami feministycznymi

Skąd się ona bierze?

Jest wiele zwolnień i ulg, a do tego firmy mogą rozliczać straty z lat ubiegłych. W jednym roku generują dużą stratę, która może być efektem procesów gospodarczych albo kreatywnej księgowości, a potem mogą ją rozłożyć na 5 lat i nie płacić przez ten czas podatku. Ośrodek badawczy GRAPE pokazał niedawno, że w Polsce mamy duży odsetek firm, które przez kilka lat z rzędu nie płacą CIT, a jednak istnieją i nie bankrutują. Można więc domniemywać, że ich sytuacja nie jest aż taka zła.

Rozumiem, że im kto bogatszy, tym łatwiej się miga od płacenia?

Są nawet konkretne badania, które pokazują, że im bardziej doświadczony księgowy w danej firmie, tym niższe jest jej opodatkowanie efektywne. Tak samo się dzieje, im częściej przedsiębiorstwo korzysta z usług dużych firm doradczych – to jasne, że mikrusów na to zwyczajnie nie stać, podobnie jak na bardzo fachowych speców od buchalterii.

To jeszcze co z tym VAT-em?

Opodatkowanie konsumpcji z natury jest regresywne, bo osoby o mniejszych dochodach wydają cały lub prawie cały swój dochód, a zamożni oszczędzają.

Chyba że wprowadzi się podatek od luksusu.

Coś takiego wprowadziła Korea Południowa, pobierając dużą daninę od towarów zagranicznych, ale to był element polityki przemysłowej, a nie redystrybucyjnej. W naszym wypadku ogranicza to Unia Europejska, która nakazuje podatki od konsumpcji harmonizować, więc pole manewru nie jest duże. Dodam jednak, że stopień regresywności tego podatku szczególnie nas nie wyróżnia na tle reszty UE.

To znaczy?

Dla 10 procent osób najbiedniejszych efektywne opodatkowanie VAT wynosi powyżej 15 procent, a dla najbogatszego decyla spada poniżej 10 procent. Po prostu ci drudzy mają większą skłonność do oszczędzania – ze względu na wyższe dochody, to prawidłowość ekonomiczna, nie psychologiczna czy moralna.

Ale przecież stawki VAT są zróżnicowane. Prosta żywność jest niżej opodatkowana niż samochody.

W założeniu stawki są ułożone tak, by wspierać biednych i np. szczecińskie Centrum Analiz Ekonomicznych CenEA przeprowadziło badania, z których wynika, że oni realnie korzystają z obniżonych stawek. Ta korzyść z istnienia stawek obniżonych nie jest jednak tak duża, żeby zlikwidować regresywność VAT-u. Jednocześnie udział obniżonych stawek w polskim systemie jest dość wysoki, więc być może mogłyby one być lepiej skalibrowane.

Zbadano nierówności dochodowe i majątkowe w blisko 60 krajach świata. Wnioski nie są optymistyczne

To znaczy?

W obniżonych stawkach VAT panuje straszny bałagan. Łapią się np. homary. Ja zresztą jestem zwolennikiem zmniejszenia stawki podstawowej i likwidacji wszystkich obniżonych stawek, które generują chaos i ułatwiają różne nieuczciwe „optymalizacje”. Oczywiście wtedy trzeba by mocno, progresywnie zrównoważyć ubytek wpływów do budżetu opodatkowaniem pracy i kapitału.

Dlaczego kapitału?

Bogaci dużo oszczędzają, a potem kupują nieruchomości albo inwestują na giełdzie. Jednocześnie w Polsce mamy bardzo niewielki udział innych podatków od kapitału, czyli np. od zysków giełdowych, od nieruchomości czy spadków. Ten najważniejszy, czyli podatek od nieruchomości, jest liczony od metrażu, a nie od wartości rynkowej. Trudno, żeby w tej sytuacji miał walor redystrybucyjny, skoro można dziś mieć np. kilka kawalerek w centrum Warszawy i płacić mniej niż płaci ubogi mieszkaniec domu jednorodzinnego na wsi.

Niedawne badania zespołu Thomasa Piketty’ego pokazują, że Polska należy do krajów o najwyższych w Europie nierównościach dochodowych. Co zatem należałoby zmienić w polskim systemie podatkowym w pierwszej kolejności?

Przede wszystkim chodzi o to, by obniżyć daniny ludziom o najniższych zarobkach. Co ciekawe, najważniejsza tego rodzaju reforma była obietnicą wyborczą PiS z 2015 roku – kwota wolna w wysokości 8 tysięcy złotych. Pozostała jednak niezrealizowana do dziś.

A czym to zrównoważyć?

Przede wszystkim należy się zająć kwestią fikcyjnego zatrudnienia poprzez instrumenty kontroli. Da się to zrobić w ramach istniejących już instytucji i procedur.

Ale chyba nie w ramach obecnych budżetów. Państwowa Inspekcja Pracy jest bardzo niedoinwestowana.

Badania pokazują, że im bardziej doświadczony księgowy w danej firmie, tym niższe jest jej opodatkowanie efektywne.

To prawda, ale już np. Krajowa Administracja Skarbowa ma odpowiednie możliwości. Fiskus ma teraz do dyspozycji Jednolity Plik Kontrolny, więc łatwo zidentyfikować podmioty, które wystawiają tylko jedną fakturę w miesiącu. To oczywiście nie dowód, że oszukują, ale na pewno powód do sprawdzenia ich działalności. Żeby było jasne – nie spodziewam się tu bardzo wielkich wpływów, ale chodzi też o poczucie elementarnej sprawiedliwości. Bo to nie jest przyzwoite, żeby ktoś zarabiający trzy średnie krajowe płacił relatywnie mniejszy podatek niż ktoś na pensji minimalnej.

Skoro to nie da wielkich przychodów, to skąd je wziąć?

Efektywne opodatkowanie dochodów korporacji mogłoby być wyższe – jestem za likwidacją możliwości odliczania straty, bo to daje bardzo szerokie pole do optymalizacji podatkowych. No i konieczne jest zajęcie się podatkami majątkowymi – przede wszystkim podatkiem od nieruchomości dałoby się sporo osiągnąć.

Trzeba wprowadzić kataster?

Tak. Na pewno dałoby to efekt redystrybucyjny, bo to w drogich nieruchomościach gromadzą się oszczędności osób o największych dochodach. Im zamożniejsi jesteśmy jako społeczeństwo, tym więcej się kumuluje właśnie tam. Oczywiście, to się wiąże z obciążeniami administracyjnymi i stworzeniem rejestru wartości rynkowej budynków i gruntów – obecny system jest dużo prostszy i generuje małe koszty poboru. Ale to nie znaczy, że jest lepszy, bo prostota nie jest wystarczającym argumentem za adekwatnością podatku.

Wspólne standardy socjalne w UE: to da się zrobić

Podsumujmy: trzeba ściągnąć więcej pieniędzy z majątku i bardziej progresywnie opodatkować pracę?

Tak. Podatki konsumpcyjne i składki ubezpieczeniowe są z natury regresywne, więc trzeba to równoważyć gdzie indziej, przez opodatkowanie majątków, progresywne podatki od pracy i uniemożliwienie zamożnym ucieczki na samozatrudnienie.

A gdzie jest górna granica ściągalności w dobrze skonstruowanym systemie podatkowym?

Nie ma takich wyliczeń. Stereotyp głosi, że im mniej, tym lepiej, ale w historii mieliśmy państwa, które rozwijały się szybko, mając wysokie podatki.

Jak były biedne, to też?

Przede wszystkim chodzi o to, by obniżyć daniny ludziom o najniższych zarobkach.

Tak, sztandarowy przykład to państwa skandynawskie. To jasne, że w latach 30. podatki w Szwecji były niższe niż dziś, ale też udział emerytur w systemie był bardzo niewielki ze względu na strukturę demograficzną. Po prostu mniej wydawało się na państwo. Natomiast w porównaniu z innymi państwami kraje skandynawskie zawsze były bardziej etatystyczne, a mimo to rozwijały się szybko. Ustalając wysokość danin, trzeba patrzeć pragmatycznie. Czy ze składek od średniej płacy przez 30 lat uda się odłożyć przynajmniej na minimalną emeryturę? Czy składka NFZ wystarcza na to, czego oczekujemy od służby zdrowia? Tym tropem warto iść – a nie szukać jakichś obiektywnych wskaźników.

**
Jakub Sawulski – doktor nauk ekonomicznych, adiunkt w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. Jest członkiem zespołu Instytutu Badań Strukturalnych i autorem opublikowanego niedawno raportu Kogo obciążają podatki w Polsce. W pracy badawczej zajmuje się analizą systemów podatkowych i emerytalnych.

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.