Gospodarka

Nadchodzi technologiczne trzęsienie ziemi, a lewica rozgrywa wojny sprzed wieku

Nadchodzi rzeczywistość 4.0. Zamiast rozgrywać przeszłe wojny społeczne za pomocą map i broni sprzed wieku, może warto się zastanowić, jak już dzisiaj przygotować się na nadchodzące zmiany i kierować nimi tak, aby przyniosły więcej pożytku niż problemów?

Kiedy obserwuję debaty ideologiczne na łamach Krytyki Politycznej, zwłaszcza te, które dotyczą pracy, kapitalizmu i relacji pracownik–pracodawca, nachodzi mnie taka refleksja. Tak wyglądają narady sztabowe generałów, którzy rozgrywają przeszłe bitwy, podczas gdy powinni przygotować się do przyszłych. Albowiem pole walki – przedsiębiorstwo, a zwłaszcza przemysł – zmienia się i zmieni się jeszcze bardziej za sprawą postępu technicznego. Zbiorczo definiujemy te zmiany jako Przemysł 4.0.

O co cały ten zgiełk?

Spróbujmy zdefiniować to pojęcie. Pierwszy i najważniejszy element to robotyzacja procesów. Czyli zamiast ludzi przy taśmach roboty operujące z wielką prędkością i precyzją. Ale także zautomatyzowane łańcuchy logistyczne, czyli dostawy odpowiedniej liczby części i komponentów, just-in-time, dokładnie w chwili, gdy są potrzebne, aby uniknąć kosztów magazynowania i nadmiarowej produkcji.

Nadchodzi koniec eldorado informatyków?

Drugi element to usieciowienie – urządzenia „rozmawiają” ze sobą, na bieżąco komunikując: „uwaga, jadę z częściami!”, „teraz dostaniesz ode mnie 140 nakrętek model M310”, „potwierdzam badanie techniczne odlewu, defekty struktury metalicznej w ramach obowiązujących norm!”.

Trzeci element to autonomia poszczególnych urządzeń. Program, który wykonują, pozwala na podejmowanie decyzji w pewnych ramach bez dokładnego algorytmu postępowania. Na przykład autonomiczne wózki, które za pomocą sensorów mierzą swoją odległość od regałów, ludzi i innych wózków w magazynie i na tej podstawie decydują, którędy dotrzeć do miejsca, gdzie czeka na nie towar.

Kolejny element charakterystyczny Przemysłu 4.0 to przetwarzanie dużej ilości danych (w chmurze obliczeniowej) i wyciąganie na tej podstawie wniosków. Autobus poruszający się po mieście przesyła na bieżąco informacje diagnostyczne o swoich komponentach do centrum danych. Algorytmy bazujące na sztucznej inteligencji (kolejny puzzel w układance) wyciągają wnioski: aha, trzeba dolać płynu hamulcowego, a wibracje w jednym z kół wskazują, że łożysko dożywa swoich dni i czas je wymienić.

Big Brother spotyka Big Data. Oto najbardziej totalna technologia władzy w historii ludzkości

Przemysł 4.0 to wreszcie także nowoczesne technologie przetwarzania produktów: druk 3D, cyfrowa obróbka, wypalanie laserem, wirtualna rzeczywistość. Wszystko to będzie szczególnie istotne na etapie prototypowania i przygotowania produkcji. Zanim w fabryce zaczniemy masowo produkować hulajnogę elektryczną, możemy wydrukować jej prototyp, sprawdzić na testowym torze, a potem w okularach 3D obejrzeć, jak będą wyglądały jej różne warianty kolorystyczne.

Znika świat, który znamy

Przemysł 4.0 oznacza disruption (tym terminem określa się poważną innowację, która fundamentalnie zmienia jakąś dziedzinę życia) dla kolejnych branż. W ciągu najbliższych kilku, może kilkunastu lat laboratorium tej zmiany, widocznym dla każdego konsumenta i obywatela, będą motoryzacja i transport. Dwie przełomowe innowacje – autonomiczny samochód oraz silnik elektryczny – fundamentalnie zmienią rynek przewozów.

Tiry nadal będą jeździć po drogach, ale zniknie ich otoczenie. Stacje benzynowe zamienią się w stacje ładowania/wymiany baterii. Znikną sklepiki przy nich – autonomiczny „kierowca” nie musi pójść do toalety ani kupić hot doga. Znikną motele dla kierowców z usługami gastronomicznymi i rozrywką. Pomoc drogowa nie będzie tak bardzo potrzebna – autonomiczne samochody są o kilka rzędów wielkości bezpieczniejsze niż te kierowane przez ludzi.

Zniknie cała kultura truckerów z jej charakterystycznym żargonem („uwaga mobilki, misiaczki suszą na dwudziestym!”), gazetami i gatunkami muzycznymi – jak polskie country. Nie będą potrzebne przystawki ViaToll ani tachografy, bo komputery zapamiętają (i wyślą do państwowej agencji) dane na temat swojej trasy; nigdy nie przekroczą dozwolonej prędkości, a ich czas pracy nie będzie miał znaczenia.

Last but not least, lekarze – zupełnie serio – martwią się nawet, że z czasem zabraknie dawców narządów – młode, zdrowe ofiary wypadków samochodowych to dzisiaj jedna z głównych grup, od której pobiera się części ciała do przeszczepów.

Spójrzmy teraz na regulacje – problem zajmujący ostatnio Unię Europejską. Przewoźnicy z Europy Środkowo-Wschodniej wypierają tych z Zachodu i próbuje się temu przeciwdziałać, wymuszając minimalną płacy dla kierowcy tira. To przestanie mieć większe znaczenie. Pieniądze za przewóz nie trafią do Polaka/Rumuna/Ukraińca za kierownicą, tylko producenta autonomicznej elektrycznej ciężarówki, oprogramowania do niej oraz dostawców usług pośrednich: ładowarek, producentów prądu, mobilnych serwisów i producentów komponentów. W tym łańcuchu kierowca tira – jeden z ostatnich zawodów, który daje dobre wynagrodzenie za ciężką pracę fizyczną – zostanie wyeliminowany.

Nie inaczej będzie w fabrykach i centrach logistycznych. Zmiany techniczne wymuszą zmniejszenie zatrudnienia „niebieskich kołnierzyków” bezpośrednio pracujących przy linii produkcyjnej.

Z punktu widzenia przedsiębiorcy w pełni zautomatyzowane procesy są pod wieloma względami atrakcyjniejsze niż te obsługiwane przez ludzi. Robot nie ma ośmiogodzinnego dnia pracy, nie ma gorszych dni, nie trzeba mu zapewnić przerw i posiłków regeneracyjnych, nie weźmie macierzyńskiego i chorobowego. Nie założy związków zawodowych, nie napisze do lokalnej gazety o nieludzkich warunkach, w jakich pracuje; nie będzie kandydował w wyborach lokalnych pod hasłami poprawy bytu innych robotów w fabryce.

Rowerem z kebabami przez polski Dziki Zachód

Owszem, trzeba go serwisować – ale nie robi tego duża liczba „niebieskich kołnierzyków”, a stosunkowo niewielu specjalistów. „Białe kołnierzyki” (a częściej – kraciaste koszule i luźne dżinsy) to inżynierowie danych, procesów, maszyn i logistyki oraz pracujący ramię w ramię z nimi matematycy i ekonomiści, którzy te wszystkie urządzenia i procesy projektują, serwisują i doskonalą. Często – z dala od miejsca, gdzie fabryka czy centrum logistyczne się znajdują, w klimatyzowanym biurowcu albo w ogóle na karaibskiej plaży, z laptopem na kolanach i long drinkiem w dłoni.

Co robić, jak żyć?

Co stanie się w innych branżach? Dziś chyba trudno powiedzieć. Wydaje się, że to proces, który można monitorować, spowalniać, ujmować w ramy regulacyjne – ale odwrócić się go nie da.

Kryzys wczesnego kapitalizmu sprzed wieku rozwiązało tak naprawdę przyjęcie reguły sformułowanej przez Henry’ego Forda: „Robotnik w mojej fabryce musi zarabiać przynajmniej tyle, żeby było go stać na kupowanie produktów, które jego fabryka produkuje”. Podniesiona do rangi obowiązującej zasady stała się fundamentem tzw. New Deal. Uzupełniona o przeniesienie odpowiedzialności za część usług (ubezpieczenia zdrowotne, emerytalne, edukacja itd.) na państwo, doprowadziła do powstania współczesnej socjaldemokracji oraz zachodnioeuropejskiego państwa dobrobytu.

Na kogo głosuje sztuczna inteligencja?

Czy da się taką zasadę sformułować dla Przemysłu 4.0? Czy jest nią nowy rodzaj opodatkowania, na przykład podatek od przychodu płacony w miejscu jego osiągania, jak postulują niektórzy? Z rewersem – czyli bezwarunkowym dochodem gwarantowanym?

„W fabrykach roboty produkują, ale ludzie konsumują; ci, którzy mają zbyt niskie kwalifikacje, aby pracować w tym stechnologizowanym świecie, otrzymują pieniądze za to, że są, aby mogli kupować produkty z tych fabryk”. Brzmi to logicznie i poważne autorytety ekonomii rozważają te pomysły, a niektóre kraje eksperymentują z ich wdrożeniem. Czy – jak w antyutopiach literackich z XX wieku, u Lema czy Zajdla – pojawią się „ludzie zbędni” i potrzeba pomysłu na skierowanie ich energii życiowej np. na zabawę w wirtualnej rzeczywistości, aby nie wyszli na ulicę i nie zaczęli podpalać domów i autobusów?

Czy raczej rozwiązaniem jest ścisła regulacja technologii, aby służyły ludziom, a nie wyrzucały ich na życiowy aut? A może trzeba podatku od robotyzacji, jak postuluje nikt inny, tylko ikona technologii, Bill Gates? A może po prostu musimy mieć więcej czasu, który pomoże technologiczne tsunami „spłaszczyć” i rozciągnąć w czasie, aby dać społeczeństwom szansę na poradzenie sobie ze zmianą – zwłaszcza od strony edukacyjnej?

„Strajk” w Dolinie Krzemowej świata nie zbawi

Znów będziemy leczyć skutki

Zapewne nie dowiemy się szybko. Naukowców poważnie zajmujących się zmianami, które wywołuje Przemysł 4.0, można dzisiaj policzyć na palcach dwóch rąk. Zawsze jest tak, że nadciągająca zmiana wydaje się mniej realna niż „tu i teraz”. Póki we Francji płoną barykady „żółtych kamizelek”, a nad Europą krąży widmo populizmu i nacjonalizmu, nikt nie ma głowy, aby zastanawiać się nad konsekwencjami zmian technologicznych, które masę krytyczną osiągną za 10–20 lat.

Wiele wskazuje na to, że będziemy leczyć skutki. Jak to wygląda i czy jest realnie możliwe, pokazały niedawne przesłuchania Marka Zuckerberga, nieśmiałe próby uregulowania monopoli cyfrowych i próby dowiedzenia się, gdzie, jakie i czy w ogóle jakiekolwiek podatki płaci Amazon.

Kiedy nad Europą krąży widmo populizmu i nacjonalizmu, nikt nie ma głowy, aby zastanawiać się nad konsekwencjami zmian technologicznych, które masę krytyczną osiągną za 10–20 lat.

Czyli – proces regulacji jest rozwleczony, przeciwdziałają mu bardzo silne lobbies, a opinia publiczna manipulowana jest sprzecznymi, emocjonalnymi komunikatami, jak świetnie widzieliśmy to przy okazji ostatnich debat w Parlamencie Europejskim i plotek, jakoby UE planowała zakazać memów. W tym czasie kolejne linie produkcyjne przechodzą upgrade, białko zastępowane jest krzemem, kolejne miejsca pracy „niebieskich kołnierzyków” znikają, a kolejne dzieci kończą szkoły z zawodem nieprzystającym do nowej Rzeczywistości 4.0.

Zamiast więc rozgrywać przeszłe wojny społeczne za pomocą map i broni sprzed wieku, może warto się zastanowić, jak już dzisiaj przygotować się na nadchodzące zmiany i kierować nimi tak, aby przyniosły więcej pożytku niż problemów?

 

Bio

Jakub Chabik

| Informatyk, menedżer, wykładowca
Jakub Chabik (1971) – informatyk i doktor zarządzania, od ćwierćwiecza zarządza wdrożeniami w sektorze nowoczesnych technologii. Pisuje do magazynu „Computerworld”, w przeszłości publikował w „Harvard Business Review Polska”. Wykłada na podyplomowych studiach inżynierii oprogramowania na Politechnice Poznańskiej. Mieszka i pracuje w Gdańsku.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.