Kraj

Awans społeczny to nie grzech

Części osób zamożnych, czy to z awansu, czy z urodzenia, lewica nigdy do siebie nie przekona. Jednak nie ma powodu, żeby na starcie osoby o wysokich dochodach wrzucać do jednego worka. Lewica powinna mieć ofertę dla tych, którzy dobrą pozycję materialną zawdzięczają nie bogatym rodzicom, ale swojej pracy – pisze Kamil Fejfer.

Od dawna chodził mi po głowie tekst o tym, że lewica powinna przychylniejszym okiem spoglądać na osoby, które awansowały społecznie i ekonomicznie. Miałem wrażenie, że zbyt często ludzie przechodzący drogę od społecznych dołów do klasy średniej (czy nawet średniej wyższej) przestają być obiektem jakiegokolwiek zainteresowania większości lewicowych środowisk.

Wydawać by się to mogło całkiem logiczne: lewica tradycyjnie zabiega o interesy osób wykluczonych, tych w gorszej sytuacji, tych, o których system zapomniał, od których się odwrócił, które wypycha za burtę. Ale spójnego, dobrego społeczeństwa nie da się budować z pominięciem osób lepiej sytuowanych. Nie tylko dlatego, że osoby te mają władzę i wiele od nich zależy. Również dlatego, że lepiej się żyje w społeczeństwie, w którym różne grupy mają do siebie wzajemny szacunek.

Jednak ostatnie dyskusje, które uruchomiła zapowiedź wprowadzenia delikatnej progresji podatkowej, wszystko pomieszały. Wcześniej myślałem, że tekst będzie mieć tytuł Lewico, miej w opiece awansujących; teraz mam większą ochotę napisać tekst pod tytułem Roszczeniowy jak klasa średnia. Ale po kolei.

Sok z liberalnego komentatora A.D. 1999. Na przykładzie Rafała Grupińskiego

Bardzo dobrze, że do debaty szerzej wrócił temat klasowości. I, tak – to stwierdzenie zahaczające o banał – osoby z niższych klas społecznych częściej w klasach niższych pozostają, a osobom „dobrze urodzonym” trudno jest się zdeklasować. Bo w razie kłopotów pojawiają się pieniądze rodziców, również pieniądze na prawnika. Bo społeczna siatka zabezpieczeń złożona z zamożnych znajomych i rodziny chroni przed popadnięciem w finansowe tarapaty. Bo zawsze mamy w telefonie numer do kogoś, kto pomoże załatwić nam dobrą pracę. Choćby po to, żeby uczynić z naszego ojca, małżonka bądź przyjaciela swojego dłużnika.

Jednak awans z klasy niższej do klasy średniej, średniej wyższej, czy nawet wyższej nie jest niemożliwy. I zapewne każdy z nas zna osoby, które się wygrzebały z biedy. I znów – duża część tego awansu to zwykły łut szczęścia. Bo poznaliśmy w odpowiednim momencie kogoś, kto nas wyciągnął za uszy, bo w drodze na wyższe pozycje nie powinęła nam się noga, bo nikt z bliskich nie zachorował poważnie, nie mieliśmy wypadku, nie odbiliśmy się od szklanego sufitu dyskryminacji, bo nikt nas nie strącił z rowerka, bo zainwestowaliśmy czas i wysiłek w branżę, która okazała się strzałem w dziesiątkę. No właśnie: czas i wysiłek.

Tu ważna uwaga na marginesie. Klasy społeczne postrzegam w tekście głównie przez pryzmat badania opublikowanego przez Polski Instytut Ekonomiczny. PIE posługuje się kategorią klasy średniej jako pochodną tzw. dochodu rozporządzalnego podzielonego przez pierwiastek z liczby mieszkańców gospodarstwa domowego (EHDI – Equivalised Household Disposable Income). W takiej optyce za klasę średnią uznaje się gospodarstwa domowe o średnim dochodzie, czyli takim, który się mieści między 0,67 mediany a jej dwukrotnością.

Kto w Polsce jest klasą średnią? Wyjaśniamy

Według tej perspektywy klasa niższa w Polsce to około 30 proc. społeczeństwa (PIE podawał wartości dla osób w wieku 24–64 lata). Klasa średnia to mniej więcej 54 proc. (próg wejścia do niej to 1500 zł EHDI, a próg jej opuszczenia to 4500 zł EHDI), a klasa wyższa to 16 proc. Podobną metodologią posługuje się również renomowany Pew Research Center, szacując liczebność klasy średniej w USA. Te kategorie nie biorą pod uwagę np. majątku. PIE przeprowadził również analizę klasowej pozycji zawodowej (tak zwany schemat EGP, będący standardem europejskich porównań struktury społecznej). Po tej poprawce do klasy wyższej zalicza się 12 proc. społeczeństwa.

Zdaję sobie sprawę z problematyczności tych kategorii, wydaje mi się jednak, że dla tego tekstu są to kategorie wystarczające. W tekście czasem mówię o klasie średniej wyższej, dzieląc każdą klasę (intuicyjnie) na trzy mniejsze podklasy. Dla klasy średniej będzie to: klasa średnia niższa, klasa średnia średnia, klasa średnia wyższa.

Moja przyjaciółka pochodząca z niewielkiej, biednej mieściny, córka pielęgniarki i frezera, zaliczyła spory awans. Był to awans raczej społeczny niż ekonomiczny. Dzisiaj będąc osobą po trzydziestce, jest jedną z ważniejszych postaci animujących kulturę w północno-wschodniej Polsce. Co prawda praca w kulturze nieczęsto idzie w parze z dużym dochodem, jednak przyjaciółka z uwagi na swoje klasowe umiejscowienie dysponuje władzą symboliczną. Jej znajomości zapewne pomogłyby również w czarnej godzinie. Zapewne zna jakichś lekarzy, a jeżeli nie ona, to przyjaciół lekarzy mają jej znajomi (tak, znajomość z lekarzem to również rodzaj klasowego przywileju w Polsce). I mówi, że emocja towarzysząca awansowi społecznemu, który stał się jej udziałem, jest doświadczeniem bardzo dla niej istotnym.

Jesteś z klasy wyższej? Dodaj lekarza do znajomych. Nie? Gnij w kolejce

Koleżanka z innej małej miejscowości, również córka pielęgniarki, po latach nauki i ciężkiej pracy dzisiaj zarządza ludźmi w firmie farmaceutycznej w Szwajcarii. Ile musiała poświęcić pracy, żeby bez reprodukowanego z pokolenia na pokolenie kapitału ekonomicznego, kulturowego i intelektualnego przebyć drogę z małej polskiej miejscowości w biednym rejonie kraju do ekskluzywnych biur w Bazylei, wie tylko ona.

Awans społeczny jest powodem do dumy; towarzyszy mu poczucie sprawczości, przejęcia kontroli nad własnym życiem, którego osoby uboższe często są pozbawione. To bardzo ważne i wartościowe emocje. Awans wymaga nieraz tytanicznej pracy. Wymaga znacznie więcej pracy niż utrzymanie wysokiej pozycji z urodzenia; potencjalnie wymaga również więcej pracy niż pozostanie w naturalnym habitusie.

A praca jest wartością, którą lewica – ale przecież nie tylko ona – powinna cenić. Awans społeczny można zresztą rozumieć również jako wartość samą w sobie. Dobrze jest, jeśli ludzie stają się zamożniejsi, zyskują kontrolę nad swoim losem, jeśli są w stanie pozwolić sobie na lepsze życie.

Zrozumienie ogromu pracy i emocji towarzyszących społecznemu awansowi jest więc istotne. Większe otwarcie na osoby awansujące to polityczny pragmatyzm: lepiej jest mieć zamożnych (a więc przede wszystkim tych, których interesy reprezentują media) po swojej stronie. Ale jest to też pragmatyzm życia codziennego. Jak wyżej pisałem: społeczeństwo, w którym różne grupy społeczne nie patrzą na siebie wilkiem, jest lepszym miejscem do życia.

Tak, części osób zamożnych, czy to z awansu, czy z urodzenia, lewica nigdy do siebie nie przekona. Jednak nie ma powodu, żeby na starcie osoby o wysokich dochodach wrzucać do jednego worka. Ponieważ są tam najzwyczajniej na świecie różni ludzie, z różnymi biografiami, którzy w różny sposób myślą o świecie.

Dla takich osób lewica powinna mieć swoją ofertę. Jej część w tekście dla Krytyki Politycznej przedstawił Kastor Kużelewski (co prawda nie mówił on o awansujących, ale szerzej, o klasie średniej). Jaki jego zdaniem powinien być program lewicy dla klasy średniej wyższej? Silne instytucje publiczne, dobrej jakości edukacja dla dzieci zamożnych rodziców, sprawna opieka zdrowotna.

Wielka narracja albo stagnacja. Lewicy potrzeba kaznodziei

Choć co prawda nie wierzę w to, że publiczna ochrona zdrowia może konkurować z prywatną (ponieważ ta druga może sprawnie diagnozować pacjentów dzięki temu, że ta pierwsza bierze na siebie ciężkie i kosztowne przypadki), a klasa średnia wyższa nagle zacznie posyłać dzieci do publicznych szkół, nawet jeśli te będą nieźle finansowane (ponieważ wybór szkoły to również, a może przede wszystkim, element klasowej dystynkcji; istotna jest nie tyle jakość nauczania, ile ornamenty prestiżu oraz potencjał tworzenia sieci znajomości utrzymujących ludzi na wysokich klasowych pozycjach w późniejszym życiu), to ufam, że lepiej finansowane i lepiej pomyślane państwo stwarza lepszą przestrzeń do życia. Również dla klasy średniej wyższej.

Bo zrobienie z połowy kraju grodzonego osiedla i wyrzucenie osób z klasy niższej poza jego mury to nie jest dobry sposób na urządzenie społeczeństwa. Mniejsze rozpiętości dochodowe, większa dostępność wysokiej jakości usług publicznych i większa wygoda życia również najbiedniejszych to większy komfort i bezpieczeństwo dla bogatszych.

Tak, część awansujących (i to są przypadki najtrudniejsze) swój awans przekuwa na oręż, którego ostrze kieruje przeciwko tym, których zostawili z tyłu. Mówią: jeśli ja mogłem, to mogą inni. I z takim argumentem, znając cały bagaż pracy i starań, które ktoś włożył we własny dobrobyt, trudno jest dyskutować. A przynajmniej trudno jest to robić bez umniejszania ich pracy i poświęcenia. Myślę, że taka strategia jest nie tylko nieskuteczna, ale również nieuczciwa. Ponieważ część z nas naprawdę bardzo dużo poświęciła, żeby zapewnić sobie wygodne życie. Ale choćby po to, aby zmniejszać liczbę ludzi zamożnych stawiających na patologiczny indywidualizm, lewica powinna stawiać na bardziej otwarty język wobec awansujących.

Tutaj może się kryć rozwikłanie dylematu, o którym wspominałem na początku, a który miałem, czytając roszczeniowe komentarze zamożnych osób na temat odebrania im stu czy dwustu złotych w podatkach. To, że ktoś wam każe płacić podatki, nie jest karą. Doceniam pracę, którą włożyłaś w awans, jednak bardziej szczodre dorzucanie się do wspólnej kasy zazwyczaj czyni państwa lepszymi miejscami do życia. Również dla ciebie.

Tak, część komentujących, która plecie bzdury o zarzynaniu klasy średniej z powodu delikatnego podniesienia składki zdrowotnej, to właśnie ci ludzie: zdolni, pracowici, trochę bezwzględni. Ale część awansujących wcale tak nie myśli. A przynajmniej nie ma konieczności, która skłaniałaby ich do takiego postrzegania świata (choć istnieją pewne psychologiczne mechanizmy, które konserwują status quo, np. hipoteza sprawiedliwego świata, czy też opisywany przez Paula Piffa „efekt dupka”, czyli statystycznie wyższa egocentryczność osób zamożnych). Jeśli jednak lewica będzie miała im przede wszystkim do zaoferowania pohukiwania i sztorcowanie, to przyjdą po nich hardzi liberałowie, którzy będą im suflować narrację o rozwalaniu ich pieniędzy na głupoty. Tak zresztą się działo przez ostatnie 30 lat.

Moim zdaniem awansującym warto powiedzieć: rozumiemy i doceniamy waszą pracę, dzięki której znaleźliście się w tym miejscu, w którym jesteście. Ale gdyby nie było instytucji publicznych, które wam w tym pomogły, gdyby nie szkoły finansowane z pieniędzy publicznych, gdyby nie uniwersytety, gdyby nie infrastruktura, którą dało nam państwo, wasz awans byłby jeszcze trudniejszy. Nie doszlibyście do tego poziomu, na którym jesteście, w Afganistanie. Wasze wyższe podatki mogą pomóc takim jak wy awansować. A pomoc słabszym jest nie tyle waszym obowiązkiem, ile czymś, co może być powodem do dumy. I nie, nie wystarczą charytatywne zbiórki. Choć same w sobie nie są złe, to nie są one również w stanie rozwiązać systemowych problemów. To tak po prostu nie działa.

Markiewka: Dobro wspólne potrzebne na wczoraj!

W ten sposób o redystrybucji myśli się w krajach skandynawskich. Osoby zamożne często są dumne z tego, że mogą pomóc tym, którzy są nieco słabsi. Że mogą pomóc tym, którzy chcą awansować.

Nie chcę być też źle zrozumiany. Nie fetyszyzuję awansu społecznego. Społeczeństwo, w którym wszyscy prą jak najwyżej, może być społeczeństwem dysfunkcyjnym, kładącym zbyt duży ciężar na barki osób, które z różnych powodów nie chcą go nieść. Najlepsze społeczeństwo to takie, w którym szanuje się po prostu obywateli – czy też szerzej – mieszkańców danego kraju; szanuje się ich wkład w dobrostan społeczny.

Jasne jest, że dystynkcje i ornamenty klasowe zawsze pozostaną. Dla spójności społecznej jednak istotne jest, żeby te podziały były mniejsze. Ale żeby je zmniejszać, potrzebne jest poparcie polityczne. Również tych, którzy przebyli drogę z dołu go góry.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Kamil Fejfer
Kamil Fejfer
Publicysta ekonomiczny
Publicysta zajmujący się rynkiem pracy i tematyką ekonomiczną. Autor książek: „O kobiecie pracującej. Dlaczego mniej zarabia chociaż więcej pracuje” oraz „Zawód”.
Zamknij