Gospodarka

Zniesienie podatku Belki jest głupsze niż wchodzenie na Rysy w klapkach

Zniesienie podatku Belki to postulat niezwykle wręcz szkodliwy. Doprowadzi do gigantycznego transferu pieniędzy budżetowych do najbogatszych, a jego wpływ na stopę oszczędności będzie co najwyżej śladowy.

Platforma Obywatelska nie ustaje w wysiłkach, by nam udowodnić, że mentalnie tkwi w latach 90. W jej „recepcie na kryzys” najbardziej progresywną zmianą jest podniesienie kwoty wolnej od podatku, a pozostałe rozwiązania to głównie różnego rodzaju „ułatwienia dla przedsiębiorców”, m.in. natychmiastowa amortyzacja inwestycji. Repertuar polskiej centroprawicy nie zmienił się więc specjalnie w ciągu ostatnich lat, szczególnie gdy mowa o kwestiach gospodarczych. Jak widać, nieprzypadkowo jednym z prezentujących „receptę na kryzys” był Sławomir Nitras, czyli były członek skrajnie wolnorynkowej Unii Polityki Realnej (gdyby ktoś nie pamiętał – zakładali ją m.in. Janusz Korwin-Mikke i Andrzej Sadowski).

Wśród różnych liberalnych postulatów zaprezentowanych przez Budkę, Nitrasa i Leszczynę znalazł się jeden szczególnie szkodliwy. Mowa o likwidacji tak zwanego podatku Belki, czyli podatku od zysków kapitałowych, który jest jednym z nielicznych dobrych elementów spuścizny po rządach SLD.

Podatek od zysków, a nie oszczędności

Podatek od zysków kapitałowych został wprowadzony w 2002 r., gdy ministrem finansów był późniejszy premier Marek Belka. Został on więc nazwany w skrócie podatkiem Belki i w powszechnej świadomości funkcjonuje jako podatek od lokat. Takie uproszczone spojrzenie na tę daninę uczyniło jej wiele złego, a cała zła sława wynika z powszechnego w społeczeństwie przekonania, że danina ta szabruje drobnych ciułaczy z odsetek od ich niewielkich oszczędności. To zresztą efekt błędu samych jej twórców, którzy początkowo faktycznie obciążyli nią jedynie lokaty bankowe – stawka tego podatku wynosiła wtedy 20 proc. W 2004 r. obniżono ją do obecnych 19 proc., a sam podatek rozszerzono także na inne dochody kapitałowe. W takiej formie przetrwał do dziś, pomimo czarnego PR-u, jaki robią mu zwolennicy zniesienia opodatkowania kapitału.

Pora na świat bez podatków! (ale tylko dla korwinistów)

Podatek Belki to ryczałtowe opodatkowanie przychodów z kapitałów pieniężnych. Przychodami tymi są m.in. dyskonta i odsetki od różnego rodzaju papierów wartościowych, a także przychody „od środków pieniężnych zgromadzonych na rachunku podatnika lub w innych formach oszczędzania”. To właśnie dotyczy lokat bankowych. Jednak opodatkowane nie są całe oszczędności, a jedynie oprocentowanie, które zwiększa ich wartość. Jak się to przekłada na realne kwoty? Ulokowanie przykładowych 10 tys. zł na pięcioletnią lokatę z 3-procentowym oprocentowaniem w skali roku pozwala na zwiększenie kapitału do niecałych 11,6 tys. zł. Z tego trzeba odprowadzić ok. 300 zł podatku – zostaje nam więc 1,3 tys. zł netto. Podatek Belki nie „zjada oszczędności”, jak często się przekonuje w debacie publicznej, a jedynie część zysków od nich.

Niewielka opłacalność trzymania pieniędzy na lokatach w Polsce nie wynika z istnienia podatku Belki, tylko z rekordowo niskich stóp procentowych. Na nich korzystają zresztą kredytobiorcy hipoteczni, którym raty kredytu mieszkaniowego spadły czasem nawet o kilkaset złotych. Niskie oprocentowanie pomaga więc milionom gospodarstw domowych w Polsce, mieszkającym w kupionych na kredyt mieszkaniach. Warto o tym pamiętać, krytykując niskie stopy procentowe w Polsce. Owszem, trudno obecnie zarobić na lokacie, ale też płacimy rekordowo mało za kupione na kredyt mieszkania.

Prezent dla najbogatszych

Same wpływy z podatku od lokat bankowych nie pozwoliłyby oczywiście budżetowi zbierać z tytułu tej daniny niecałych 4 mld zł rocznie. Innym ze źródeł dochodów budżetowych z tego podatku są dywidendy z tytułu udziału w zyskach osób prawnych oraz dochody z tytułu udziału w funduszach inwestycyjnych. Mowa więc m.in. o części zysków, jakie wypłacają spółki z ograniczoną odpowiedzialnością swoim udziałowcom. A także o zyskach wypłacanych przez spółki akcyjne swoim akcjonariuszom – a te niejednokrotnie idą w miliony złotych. Zniesienie podatku Belki oznaczałoby zwolnienie z podatku najbogatszych Polaków. Przykładowo Janusz Filipiak, właściciel Comarchu, w 2018 r. tylko z tytułu dywidendy skasował 3 mln zł. Elżbieta Filipiak, jego żona, dzięki dywidendzie wzbogaciła się o 2 miliony.

To i tak są marne kwoty. W zeszłym roku Cyfrowy Polsat zdecydował się wypłacić rekordową kwotę 640 mln zł dywidendy, z czego 367 milionów trafiło do Zygmunta Solorza-Żaka. Głośno było także o dywidendzie wypłaconej przez spółkę Mennica Polska, która przekazała akcjonariuszom 26 mln zł, choć w 2019 r. miała zaledwie milion złotych zysku. Jak to możliwe? Spółka musiała poświęcić na to część kapitału zapasowego. Prawie połowę z tej dywidendy otrzymał Zbigniew Jakubas, a kolejne 6 proc. jego córka, Joanna.

Tę wyliczankę można kontynuować długo – wyżej wymienione osoby to jedynie pierwsze z brzegu przykłady. Kluczowe jest to, że najbogatsi Polacy i Polki znaczną część swoich zarobków otrzymują z tytułu dywidend. A te opodatkowane są właśnie podatkiem Belki. Likwidacja podatku od zysków kapitałowych zwolni z podatku część zarobków najbogatszych Polaków. Sławomir Nitras i spółka chcą więc doprowadzić do wielomilionowej redystrybucji ze wspólnej kieszeni do kieszeni najbogatszych.

Korzyści makro brak

Swojska nazwa „podatek Belki” sprawia też wrażenie, jakby to była jakaś nasza, specyficzna, lokalna danina. A to przecież zupełna nieprawda, bo podatki od zysków kapitałowych obowiązują na całym świecie. W rzeczywistości polski podatek jest jednym z najniższych w Europie. W państwach nordyckich jego stawka przekracza 30 proc., a w Danii wynosi nawet 42 proc. Idźmy dalej: w Niemczech od dochodów kapitałowych trzeba zapłacić ponad 26 proc., we Francji 30 proc., podobnie zresztą jak w Holandii. Nawet w liberalnej Wielkiej Brytanii podatek od dochodów kapitałowych jest o jeden punkt procentowy wyższy niż w Polsce. Faktycznie, w państwach naszego regionu stawka tego podatku jest nieco niższa niż nad Wisłą – na Węgrzech i w Czechach wynosi ona 15 proc. Nie zmienia to faktu, że podatek Belki funkcjonuje w zdecydowanej większości państw rozwiniętych, a ten nasz wyróżnia się wśród nich niską, a właściwie bardzo niską stawką. Już teraz traktujemy akcjonariuszy największych spółek wyjątkowo delikatnie. Dlaczego mielibyśmy jeszcze ich dopieścić tak gigantycznym zwolnieniem podatkowym?

A może warto jednak iść na rękę najbogatszym i poświęcić te kilka miliardów złotych rocznie, by zwiększyć stopę oszczędności i przyspieszyć wzrost gospodarczy? Z taką tezą nie zgodziłby się np. amerykański ekonomista Thomas L. Hungerford, który przygotował raport na temat podatku od zysków kapitałowych w USA dla Congressional Research Service, czyli instytucji badawczej pracującej dla amerykańskiego Kongresu. Hungerford zauważa, że stopa oszczędności w USA spadła w ciągu 30 lat, choć w tym czasie obniżono podatek od zysków kapitałowych z 28 do 15 proc. Dlaczego tak się stało? Według Hungerforda zadziałały podstawowe prawidła ekonomii behawioralnej. Podczas oszczędzania ludzie nie kierują się zmianami w podatkach, bo nawet ich specjalnie nie śledzą, tylko docelowym poziomem zamożności, po którego osiągnięciu zwykle wstrzymują się lub przynajmniej ograniczają.

Rozwadowska: Wszyscy jesteśmy frajerami, póki prezes korporacji płaci 19% podatku

Według Hungerforda obniżka podatku od zysków kapitałowych nie wpłynie też na rozruszanie amerykańskiej gospodarki – to raport z 2009 r., a więc z czasów poprzedniego kryzysu finansowego. Hungerford zauważa, że nawet jeśli obniżka tego podatku zwiększy nieco stopę oszczędności w krótkim terminie, to do przywrócenia wzrostu potrzebny jest wzrost popytu zagregowanego, który wymaga wydatków, a nie oszczędności. Według Hungerforda jedynym wyraźnym skutkiem obniżenia podatku od dochodów kapitałowych będą korzyści podatników o bardzo wysokich dochodach. To głównie do nich trafią benefity z takiej reformy. Podpiera się przy tym twardymi danymi dotyczącymi zasobności portfeli inwestycyjnych w gospodarstwach domowych w USA. W 2007 r. aż trzy czwarte wszystkich akcji i udziałów w funduszach inwestycyjnych należało do górnych 10 proc. społeczeństwa, które posiadało także aż 90 proc. papierów dłużnych (czyli m.in. obligacji). Dlatego też górne 10 proc. społeczeństwa odpowiada za 80 proc. dochodów budżetowych z tytułu podatku od dochodów kapitałowych. Tak więc jakieś cztery piąte tej obniżki trafi do jednej dziesiątej najbogatszych.

Skrajnie szkodliwe rozwiązanie

Jak to wygląda w Polsce? Może u nas kapitał jest rozdysponowany nieco bardziej egalitarnie? No, nie bardzo. Według danych Narodowego Banku Polskiego współczynnik Giniego dla majątku netto w Polsce wynosi 56,8, czyli jest prawie dwukrotnie wyższy niż współczynnik Giniego dla dochodów (32,4). Jednak w poszczególnych klasach aktywów te nierówności są jeszcze wyższe. O ile w przypadku aktywów rzeczowych (np. nieruchomości) Gini wynosi 56,7, o tyle w przypadku aktywów finansowych Gini sięga aż 72,2. Aktywa finansowe w Polsce są silnie skoncentrowane w rękach najbogatszych. W 2016 r. 10 proc. najbogatszych gospodarstw domowych posiadało 4,6 mld zł w akcjach i 25 mld zł w funduszach inwestycyjnych. 10 proc. gospodarstw domowych o przeciętnej zamożności miało w akcjach zaledwie 691 mln zł oraz 1,3 mld zł w funduszach inwestycyjnych. Najbiedniejsze 10 proc. rodzin takich aktywów prawie w ogóle nie miało.

Już ani słowa o filantropii. Czas zacząć mówić o podatkach. Reszta to bullshit

Zniesienie podatku Belki to postulat niezwykle wręcz szkodliwy. Doprowadzi do gigantycznego transferu pieniędzy budżetowych do najbogatszych. Jego wpływ na stopę oszczędności będzie co najwyżej niewielki, za to wzrost gospodarczy potencjalnie mógłby na tym nawet nieco ucierpieć – przynajmniej w krótkim terminie. Co gorsza, takie rozwiązanie mogłoby też zwiększyć skalę optymalizacji podatkowej, gdyż w celu uniknięcia składek przedsiębiorcy będą zakładać fikcyjne spółki z o.o., których udziałowcy są zwolnieni z ZUS (o ile nie jest to spółka jednoosobowa). Trzeba to powiedzieć wprost – najnowszy pomysł Platformy Obywatelskiej jest głupszy niż wchodzenie na Rysy w klapkach.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij