Gospodarka

Premier czyta, rząd planuje, urzędnicy wdrażają? „Przedsiębiorcza Rzeczpospolita” dziś

PiS od kampanii 2015 roku regularnie starał się posługiwać językiem innowacyjności i obiecywać modne tematy (np. elektryczne auta), radykalne przełomy, całościowe wizje, zerwania z polityką poprzedników lub przynajmniej „nową jakość” – tak było np. w przypadku programu Rodzina 500+, ale też Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju. Im więcej jednak wiadomo o Polskim Ładzie, a więc ostatnim tego typu przedsięwzięciu, tym mniej wyraźnie widać, czym miałby różnić się od dotychczasowej polityki rządu.

Polski Ład, jak przystało na rasowy program partii politycznej, definiuje główne problemy stojące przed polską gospodarką i społeczeństwem. Wśród nich na pierwszy plan wysuwają się: poprawa usług zdrowotnych, zielona transformacja w energetyce i przemyśle, dostosowanie państwa i gospodarki do warunków starzejącego się społeczeństwa, cyfryzacja oraz rozwój lokalnej infrastruktury komunikacyjnej. Jeśli do celów politycznych rządu dodamy zadania, które Polska przyjęła na siebie w związku z wieloletnimi ramami finansowymi UE na lata 2021–2027, to jasne stanie się, że najbliższa dekada w naszym kraju powinna oznaczać przyspieszoną i gruntowną, ale też pod wieloma względami trudną modernizację.

W ciągu ostatnich dziesięcioleci zobaczyliśmy, że przekonanie – dominujące przez wiele lat – o wyższości modelu wolnorynkowego z możliwie niewielką rolą państwa bywa niezwykle kosztowne. W przypadku każdego z trzech wielkich kryzysów XXI wieku – bańki internetowej 2001 roku, kryzysu finansowego lat 2008–2009 oraz pandemii COVID-19 – okazywało się, że niedomagania sektora prywatnego muszą ratować państwa za pomocą środków publicznych.

Nowy ład, stara bieda

czytaj także

Nowy ład, stara bieda

Kamil Trepka

Tak samo jest w Polsce. Jednym ze źródeł sukcesu wyborczego Prawa i Sprawiedliwości w 2015 roku było porzucenie retoryki, w której wolny rynek jest niezawodny, a rola rządu i parlamentu powinna ograniczać się do „nieprzeszkadzania” przedsiębiorczym obywatelom. „Zwrot wspólnotowy”, obok wyraźnych funkcji politycznych przeciwstawiających „zdrowy naród” (reprezentowany przez PiS) „moralnie zbankrutowanym kosmopolitycznym elitom” (uosabianym przez rządy Tuska i Kopacz), wynikał także z sięgnięcia przez partię Kaczyńskiego do nowych inspiracji ekonomicznych.

MM&MM

Za dobry symbol tej zmiany może posłużyć nie tylko fakt, że Jarosław Kaczyński przeczytał i polecał Kapitał w XXI wieku Thomasa Piketty’ego, ale też fascynacja premiera Mateusza Morawieckiego koncepcjami profesor Mariany Mazzucato, jednej z najbardziej wpływowych badaczek gospodarki na świecie. Amerykańsko-włoska ekonomistka z University College London to jedna z osób, które w ostatniej dekadzie miały największy wpływ na to, jak na świecie myśli się i rozmawia o państwie i gospodarce. Podstawową kategorią, poprzez którą Mazzucato ocenia sukces państw, jest mianowicie innowacyjność, realizowana jednak – to istotne – pod auspicjami i przy wsparciu administracji publicznej. Kraje, które potrafią w inteligentniejszy sposób wykorzystywać dostępne im zasoby, inwestują w edukację i naukę, a także odważnie wdrażają nowe rozwiązania technologiczne i cywilizacyjne, tworzą podstawy pod trwały i dynamiczny rozwój gospodarczy oraz społeczny. Jednocześnie firmy, które potrafią komercjalizować finansowane ze środków publicznych wynalazki, powinny oddać część zysków państwu, które wzięło na siebie koszt ryzyka związanego z prowadzeniem badań podstawowych o bardzo niepewnym zwrocie.

Bliskość ideową wobec ekonomistki premier wyraził w napisanym przez siebie wstępie do polskiego wydania Przedsiębiorczego państwa zatytułowanym Rzeczpospolita przedsiębiorcza. Morawiecki podkreśla w nim, że choć to firmy prywatne nadal powinny pełnić podstawową funkcję w polskiej gospodarce, to zmienia się „podejście do roli państwa i wiara w to, że może ono wnieść istotną wartość dodaną […], a nie musi pozostawać pasywnym, «nocnym stróżem» w obliczu zmieniających się warunków gospodarczych i ekspansywnej polityki prowadzonej przez inne państwa czy największe światowe korporacje”.

Aktywne podejście do roli państwa współgrać miało z nową, słuchającą głosu społeczeństwa polityką socjalną: „Jeżeli poważnie myślimy o trwałym, zrównoważonym rozwoju polskiej gospodarki, to […] bez mądrze rozumianej solidarności nie da się zapewnić stabilnego wzrostu gospodarczego. Jedynie wzrost inkluzyjny i odpowiedzialny społecznie może być skałą, na której zbudujemy nowoczesną gospodarkę mogącą stawić czoła wyzwaniom XXI wieku”. Na tym zaskakującym jak na szefa rządu wyrazie uznania dla jednej z najbardziej wpływowych ekonomistek na świecie się nie skończyło. Na zorganizowanej w ramach Kongresu Innowatorów Europy Środkowo-Wschodniej w 2017 roku debacie, w której Morawiecki osobiście rozmawiał z Mazzucato, mówił on o potrzebie wprowadzenia nowych form opodatkowania, zwłaszcza międzynarodowych firm, argumentując, że cały zysk z tworzonych w społeczeństwie innowacji „nie może należeć do ludzi, którzy dali radę wyciągnąć wartość dodaną z tych wynalazków”.

Mazzucato: Odbudujmy państwo

czytaj także

Mazzucato: Odbudujmy państwo

Mariana Mazzucato

Polski Ład: nowa nadzieja czy opakowanie?

PiS od kampanii 2015 roku regularnie starał się posługiwać językiem innowacyjności i obiecywać modne tematy (np. elektryczne auta), radykalne przełomy, całościowe wizje, zerwania z polityką poprzedników lub przynajmniej „nową jakość” – tak było np. w przypadku programu Rodzina 500+, ale też Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju. Im więcej jednak wiadomo o Polskim Ładzie, a więc ostatnim tego typu przedsięwzięciu, tym mniej wyraźnie widać, czym miałby różnić się od dotychczasowej polityki rządu. To raczej dostosowanie dotychczasowych trendów w politykach publicznych do postpandemicznych okoliczności. Do tego zazwyczaj mało szczegółowe – otrzymaliśmy raczej deklaracje intencji, a nie przedstawienie rozwiązań.

Mamy zatem zapowiedź dalszego ucyfrowienia administracji (z uwzględnieniem emerytów, rolników czy rodzin) oraz wymiaru sprawiedliwości i procesów partycypacji społecznej. Do 2024 roku wszystkie sprawy urzędowe powinno dać się załatwić w Polsce za pomocą maila i telefonu – jeśli tak się faktycznie stanie, będziemy mogli się czuć jednymi z liderów cyfrowej administracji w Europie. Cyfryzacja zakłada też m.in. wprowadzenie jednolitego systemu zbierania danych o obywatelach, objęcie całego kraju szerokopasmowym internetem i rozwój technologii 5G w metropoliach oraz stworzenie bezpiecznej „polskiej chmury obliczeniowej”. Prezenty czekają także przedsiębiorców i korporacje – preferencje podatkowe i ułatwienia w prowadzeniu działalności (IP Box, uproszczenia w rozliczaniu cen transferowych) mają pójść jeszcze dalej niż dotąd. Ciekawym pomysłem jest także możliwość odliczania od przychodów środków poniesionych na „innowacyjne” etaty badawcze.

Rozwój transportu publicznego? Tak, ale dziś jeszcze ważniejsza jest cyfryzacja

Kilka tygodni po ogłoszeniu programu na konwencji Zjednoczonej Prawicy okazało się, że jest to w rzeczywistości aż kilkaset osobnych aktów prawnych, z których zapewne duża część jest wciąż w fazie koncepcyjnej i będzie przedmiotem dalszych negocjacji. W przeciwieństwie do spektakularnej formy prezentacji i promocji poza zapowiedzią zmian w systemie podatkowym Polski Ład nie wprowadza żadnych nowych projektów reform o charakterze systemowym, a co najwyżej przyspiesza procesy zapoczątkowane w poprzedniej dekadzie oraz uwzględnia priorytety unijne.

Propozycje i projekty nie mogły się zresztą pojawić deus ex machina. Są kontynuacją analitycznej pracy wykonywanej przez rząd i podległe mu agendy w ostatnich latach oraz wynikiem dyskusji z instytucjami europejskimi. Widać to wyraźnie, jeśli porównamy główne punkty Polskiego Ładu z dokumentami, które nasz rząd wynegocjował z Brukselą w ramach unijnego i krajowego planu odbudowy czy wcześniej „inteligentnych specjalizacji”, a więc programów strukturalnych finansowanych z unijnych funduszy. Te ostatnie w Polsce obejmują m.in. inwestycje w ochronę zdrowia, intensywne rolnictwo i leśnictwo, biotechnologię, zrównoważoną energetykę, transport, elektronikę i fotonikę czy robotyzację i automatyzację, są to więc projekty bliźniaczo podobne do tych z Polskiego Ładu.

Większa progresja podatkowa to mniej wypłat pod stołem

Z kolei propozycje dla emerytów wpisują się w poprzednie formy zwiększania nakładów na politykę senioralną, zaś wzrost nakładów na ochronę zdrowia to de facto modyfikacja obywatelskiego projektu, jaki trafił do Sejmu już w 2017 roku. Tezę o konsolidującym, a nie reformatorskim charakterze Polskiego Ładu wzmacniają także kolejne informacje płynące z rządu, dotyczące szczegółów nowych zasad opodatkowania. Sugerują one, że zmiana poziomu obciążeń publicznych może nie okazać się tak znacząca, a podwyżki podatków czy składek będą zawierać wiele wyjątków. Na razie nie wiadomo jednak, która opcja w rządzie zwycięży, równolegle bowiem wraca temat tzw. jednolitej daniny. To rozwiązanie, które znacząco uprościłoby obywatelom i firmom rozliczanie się ze skarbem państwa, a instytucjom publicznym nadzór i zarządzanie polityką fiskalną.

Oczywiście, trudno mieć pretensje do rządu, że kluczowe polityki rozwojowe są wynikiem prac polskich urzędników i ekspertów uzgadnianych z Brukselą. Szczególnie jeśli z tego samego kierunku popłyną dziesiątki miliardów euro, z których w nowej perspektywie budżetowej i Europejskim Planie Odbudowy duża część przeznaczona jest na klimat, energetykę niskoemisyjną, cyfryzację czy ochronę zdrowia. Trzeba jednak zauważyć, że patrząc na relacje Zjednoczonej Prawicy z Komisją Europejską, trudno nie dostrzec paradoksu. Polski głos w UE, zwłaszcza w kontekście kryzysu związanego z praworządnością, nie jest dziś traktowany jako ważny i mimo pewnych sukcesów – jak wysokość wynegocjowanych na lata 2021–2028 środków czy korzystne, dziś już tylko historyczne decyzje komisji w sprawie Nord Stream 2 – w wielu sprawach nie możemy liczyć na przychylność europejskich instytucji.

Tak czy inaczej, na przekór politycznej narracji Zjednoczonej Prawicy po raz kolejny okazuje się, że przyszłość technologiczno-społeczną mebluje nam ta sama Europa, z którą otwieramy coraz to nowe obszary konfliktów politycznych i kulturowych. Owo meblowanie będzie się jednak dokonywać w ramach programów nadzorowanych spoza kraju i według zapowiedzi samej komisji, dużo surowiej i wnikliwiej analizowanych pod kątem nieprawidłowości niż dotąd. Tę napięcie między poziomem narodowym i europejskim wykorzystywać będą w coraz większym stopniu ugrupowania bardziej lub mniej otwarcie antyunijne: Konfederacja, Ruch Narodowy czy Solidarna Polska. Problemów z praktyczną wykonalnością Ładu jest więcej, a biorą się z rozdźwięku między oficjalną narracją a codzienną praktyką urzędniczą i gospodarczą.

Innowacyjność w praktyce

Jak zatem wypada polska innowacyjność w praktyce? Patrząc na statystyki gospodarcze, zobaczymy, że Polska wciąż nie jest krajem, który naukę i rozwój technologiczny traktuje jako priorytety. Według najbardziej aktualnych danych GUS nakłady na działalność badawczo-rozwojową wyniosły w 2019 roku ponad 30 mld zł, czyli 1,32 proc. PKB, a więc poniżej unijnej średniej wynoszącej 2,19 proc. Oceniając potencjał innowacyjności Polski, należy pamiętać o tym, że mimo wzrostu nakładów w ciągu ubiegłej dekady o 0,65 punktu procentowego (z 0,67 proc. PKB w roku 2010) na badania i rozwój wydajemy i tak prawie o punkt procentowy mniej niż europejscy liderzy tacy jak Szwecja, Austria czy Niemcy. Dobrą informacją jest jednak to, że od 2015 roku to firmy prywatne, a nie państwo, są głównym źródłem nakładów na B&R. Ten ostatni trend jest dynamiczny i optymistyczny – w latach 2015–2018 wydatki sektora prywatnego na ten cel się podwoiły.

Pandemia może nas cofnąć społecznie do lat 90.

Praktycznym testem nadwiślańskiej przedsiębiorczości i innowacyjności okazała się pandemia. Oczywiście za wcześnie na końcową ocenę, ale mocno widoczny jest rozdźwięk między jej dwoma wymiarami. Jeśli patrzeć od strony logistyczno-technologicznej, to Polska zdała egzamin. W dość krótkim czasie dostosowała się do nowych okoliczności i udostępniła obywatelom m.in. cyfrową administrację, edukację i szkolnictwo wyższe, a także dystrybucję środków publicznych w ramach tarcz antykryzysowych, „awaryjne” szpitale polowe, wreszcie – stosunkowo dobrze na tle Europy poradziła sobie z dystrybucją szczepionek.

Równocześnie jednak nasze instytucje zawiodły od strony zarówno prawno-formalnej, jak i administracyjno-organizacyjnej. Brak dostępu do lekarzy specjalistów i okresowy paraliż systemu ochrony zdrowia, spory wokół statusu prawnego ograniczeń w gospodarce, kontrowersje wokół organizacji wyborów czy niekończąca się rywalizacja w szeregach większości rządzącej osłabiły tak potrzebne zaufanie do instytucji publicznych. To wszystko pośrednio przełożyło się na lekceważenie przez część społeczeństwa zagrożenia epidemicznego, czego efektem były m.in. nadmiarowe zgony.

Polski system innowacji

Obok ograniczeń finansowych trudności wynikają również z samej struktury administracyjnej. Polski „ekosystem innowacji” (modny termin, który opisuje powiązania instytucji publicznych, prywatnych i społecznych, które umożliwiają wprowadzanie zmian technologicznych i kulturowych usprawniających procesy i produkty) od dekad jest silnie sfragmentaryzowany i sprawia wrażenie chaotycznego. Nawet pobieżne opisanie jego elementów może przyprawić o zawrót głowy. Współcześnie bowiem w Polsce za nowe technologie, wiedzę i ich aplikacje po stronie państwa odpowiadają m.in.: Kancelaria Premiera, Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii oraz Ministerstwo Edukacji i Nauki. W celu koordynacji działań powołano w 2016 roku kolejne ciało: międzygabinetową Radę ds. Innowacyjności, ale jej dotychczasowa działalność upłynęła pod znakiem permanentnej rekonstrukcji rządu.

Gdula: Wstrzymać autonomię, ruszyć kasę

Na poziomie agend wykonawczych kompetencje także są podzielone. Lista kluczowych graczy jest długa, wśród najważniejszych wymienić trzeba aż piątkę:

– Narodowe Centrum Nauki, w którym dużą rolę odgrywają recenzje wybranych przez agencję (a więc i resort) ekspertów;
– Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, działające poprzez programy grantowe i fundusze kapitałowe;
– Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, która prowadzi m.in. badania nad innowacyjnością polskich firm czy organizuje konkursy dla firm;
parki przemysłowo-technologiczne i ośrodki innowacji, które dostarczają know-how, wsparcia prawno-administracyjnego, biur czy sieci wsparcia;
Platforma Przemysłu Przyszłości, która organizuje warsztaty, szkolenia i dostęp do afiliowanych ekspertów.

Instytucje te nie tylko rozdzielają środki, ale także przekazują wiedzę i kształcą kadry eksperckie, urzędnicze i menedżerskie. Ma to dodatkowo zwiększać potencjał absorpcji nowych technologii zarówno w sektorze publicznym, jak i prywatnym. Jak dotąd, jeśli patrzeć przede wszystkim w statystyki dotyczące inwestycji firm w B&R, w innowacje i nowe technologie, cały ten wieloelementowy układ najlepiej sprawdza się jako oferent środków na rozwój przedsiębiorstw.

Warto przy tym zaznaczyć, że nawet w optymistycznym scenariuszu, tzn. jeśli to wszystko będzie działać, efektem naszej (taniej) wersji budowania innowacyjności nie będą polskie „jednorożce” (czyli najwyżej wyceniane start-upy). Szanse są na to małe, bo rynek innowacji jest dziś silnie umiędzynarodowiony i skonsolidowany, a dobry pomysł coraz rzadziej wystarcza do zdobycia silnej pozycji rynkowej. Prawdziwą różnicę robi zaplecze kapitałowe: zdolność wykupywania konkurencyjnych firm i patentów czy pompowanie pieniędzy w marketing – a tych pieniędzy w polskich warunkach nie ma ani w ramach środków publicznych, ani prywatnych. Próby stworzenia „narodowych czempionów” do tej pory się nie udawały, a z naszych państwowych potentatów właściwie tylko KGHM radzi sobie nieźle na rynku (w dużym stopniu dzięki rosnącym na rynkach międzynarodowych cenom miedzi). Sny o potędze Orlenu czy PGE w średniej i dłuższej perspektywie – głównie ze względu na zmiany klimatu i to, jak dziś inwestorzy postrzegają tradycyjne paliwa kopalne – trzeba włożyć między bajki. Realistycznie rzecz biorąc, powinniśmy się cieszyć, jeśli nasi państwowi giganci, dzięki wsparciu państwa i efektowi skali, będą w stanie choćby mitygować wzrost rachunków za energię w polskich gospodarstwach domowych.

Wszystko to nie znaczy, że inwestowane w B&R fundusze nie przynoszą nam korzyści. Owszem, zwiększają innowacyjność krajowych firm, jednak tylko pośrednio. Chodzi raczej o efekty uboczne: wzmacnianie i usieciowienie firm tworzących nowe rozwiązania czy zwiększoną świadomość potrzeb w zakresie stosowania nowych technologii i procedur, nawet gdyby miały one de facto pochodzić z zagranicy. Podobne efekty mają także inwestycje w edukację: dzięki programom cyfryzacji polskich szkół oraz wspomagania gmin (które według PŁ będą kontynuowane) zmniejsza się ryzyko nierówności spowodowanych cyfrowym wykluczeniem.

Pięć wyzwań…

Zmierzając do podsumowania, można stwierdzić, że Polski Ład to przede wszystkim innowacja komunikacyjna, a więc nowy sposób opowiedzenia przez Zjednoczoną Prawicę, dlaczego powinna dalej rządzić krajem. W rzeczywistości najważniejsze pomysły na to, w jaki sposób będziemy adaptować się do nowej sytuacji gospodarczej, technologicznej i klimatycznej, powstały dość dawno i tylko w ograniczonym stopniu faktycznie zależą od polskich władz. Nie oznacza to jednocześnie, że na pewno unikniemy porażki w ich realizacji. Tym bardziej że w większości swych zapisów PŁ wymienia jedynie pomysły, a nie konkretne rozwiązania dotyczące np. wysokości ulg, skali programów czy terminów realizacji. Jak zatem wyglądają największe wyzwania związane z innowacyjnością w kontekście Polskiego Ładu i polityk europejskich?

Po pierwsze, po polskiej stronie znajdzie się odpowiedzialność wyboru metod dystrybucji środków, wyboru wykonawców czy docelowych beneficjentów. Tutaj zapowiedziana jest istotna zmiana w stosunku do sytuacji dotychczasowej: odtąd w zamówieniach publicznych preferowane mają być firmy polskie. Sam pomysł, mimo oczywistej wątpliwości co do możliwości jego realizacji w zgodzie z prawem unijnym, może okazać się świetnym kołem zamachowym dla polskich firm. Jego wdrożenie oznaczałoby wiele miliardów potencjalnego zysku dla polskiego kapitału, równocześnie rodzi jednak duże ryzyko korupcyjnego powiązania firm z politykami i urzędnikami.

Po drugie, wątpliwości budzi także wpisanie w Ład wielkich projektów takich jak np. Centralny Port Komunikacyjny czy orientacja na drogi wodne. Założenia obydwu powstały lata temu – w czasach, kiedy nie mówiło się jeszcze o poważnych problemach dla przyszłości światowego transportu po pandemii, a o dramatycznej sytuacji polskiej gospodarki i zasobów wodnych dyskutowało się w akademicko-aktywistycznej niszy. Szczególnie w przypadku ewentualnego międzynarodowego kryzysu finansowego i wzrostu kosztów obsługi długu może się okazać, że za kilka lat te kilkadziesiąt miliardów (które wspomniane projekty będą kosztować) warto było zainwestować raczej w ochronę zdrowia, kapitał ludzki czy ekologię.

CPK: Centralny Port czy Centralna Pomyłka Komunikacyjna?

Po trzecie, nagromadzenie się problemów klimatycznych oraz międzynarodowych (zielone światło od USA dla Nord Stream 2, dziwaczne manewry Białorusi w sprawie ropociągu Przyjaźń, stała presja na dekarbonizację europejskiej gospodarki…) obnażyło krytyczną sytuację, w której znajduje się polska energetyka. Debata wokół niej ma charakter wojny pozycyjnej między trzema obozami (atom, węgiel, OZE), na którą nakłada się jeszcze polaryzacja polityczna, co łącznie utrudnia wypracowanie i wdrażanie rozwiązań alternatywnych dla wydobycia węgla i importu gazu, a opartych na jakimś złożonym miksie energetycznym. W tej grze rolę odgrywać będzie też polityka mocarstw, zarówno na poziomie unijnym, jak i globalnym (USA, Rosja, Ukraina, Białoruś). Jeśli zaś w ciągu najbliższych lat nie powstaną w Polsce nowe niskoemisyjne, bezpieczne i obejmujące cały kraj elektrownie i systemy wymiany energii, to niestabilne, wysokie ceny prądu oraz blackouty mogą stać się jednym z głównych problemów firm działających w Polsce.

Po czwarte, coraz trudniej rządzącym będzie utrzymywać narrację o rosnącej solidarności i spójności społecznej w sytuacji, w której w 2020 roku po raz pierwszy od dojścia obecnego obozu do władzy wzrósł opisujący nierówności dochodowe współczynnik Giniego. Polaryzacja ekonomiczna zapewne będzie wzmacniać temperaturę politycznego sporu, a koktajl wysokiej inflacji i rosnących kosztów nieruchomości oraz niedofinansowania sektora budżetowego i świadczeń społecznych mogą szybko doprowadzić do poważnych kryzysów politycznych i społecznych. Jednocześnie rząd wciąż nie planuje podwyżek (a w zasadzie: wyrównania) pracownikom budżetówki, co w kombinacji z obietnicą dalszych ułatwień i obniżek dla przedsiębiorców może zadziałać jak inkubator nierówności majątkowych.

Budżet 2021. Władza wymierza potężny cios pracownikom

Po piąte, na pozycję technologiczno-biznesową Polski silniej niż w ostatnich latach wpływać będzie sytuacja międzynarodowa. Prezydent Biden, obok unikania oficjalnych spotkań z polskimi władzami, kontynuuje m.in. zapoczątkowaną przez Trumpa politykę zwiększania nacisku ekonomicznego na chińskie firmy. Wbrew niedowiarkom potrafi to przynieść spektakularne rezultaty, jak np. ekspresowe wyeliminowanie Huawei (do niedawna potentata) z globalnego rynku smartfonów. Polska, jako kraj silnie spenetrowany przez chińskie technologie elektroniczne, znów może znajdować się pod presją ekonomiczną (chiński sprzęt jest na ogół znacznie tańszy) i geopolityczną (związaną z cyberbezpieczeństwem w ramach NATO). Ceną za określone decyzje dyplomatyczne może być więc albo słabnąca pozycja wśród państw Zachodu (jeśli pozwolimy Chińczykom zostać), albo odcięcie od dostępu do najbardziej opłacalnych rozwiązań (w przeciwnym przypadku).

…i pięć pytań

Do tego wszystkiego dochodzą problemy stricte wewnętrzne. Wciąż nie znamy odpowiedzi na pytania związane z kolizją różnych wizji polityki reprezentowanych przez różne frakcje Zjednoczonej Prawicy. Jak bowiem pogodzić marzenia o innowacyjnym społeczeństwie z tradycjonalistyczną ofensywą w kulturze i edukacji? Czy nieustępliwość w kwestii sądownictwa nie będzie generowała ciągłe ryzyka zawieszenia lub odebrania środków unijnych? Jak unikać kolejnych lockdownów, jednocześnie flirtując ze środowiskami antyszczepionkowymi? Jak walczyć o odwrócenie czarnych scenariuszy demograficznych przy równoczesnym utrudnianiu dostępu do zabiegów przerywania ciąży, a nawet antykoncepcji? I w końcu, jak budować wizerunek innowacyjnej i otwartej gospodarki w warunkach coraz większych napięć wokół procesów sekularyzacyjnych, praw reprodukcyjnych i mniejszości seksualnych czy stosunku do imigrantów?

Mazzucato: Trzy kryzysy kapitalizmu

czytaj także

W wydanej właśnie po polsku kolejnej książce Wartość wszystkiego Mariana Mazzucato zwraca uwagę, że nie uda się sprostać wyzwaniom współczesności bez odwrotu od logiki komercjalizacji i urynkowienia. Konieczne jest odejście od systemu nastawionego na osiąganie zysku i przejście do innego modelu gospodarczo-społecznego, skoncentrowanego na wartościach. To warunek, aby współczesne państwa w ogóle miały szansę sprawnie działać i radzić sobie z dużymi, strukturalnymi problemami: zmianami klimatu, polaryzacją społeczną, patologiami globalizacji i finansjalizacji.

Wiemy, że Zjednoczona Prawica potrafi odejść od logiki wolnorynkowej – tak było np. z obniżeniem wieku emerytalnego, wprowadzeniem programu Rodzina 500+ czy zakazem prywatyzacji lasów państwowych. Teraz priorytet wartości społecznych nad zyskiem ma zostać zastosowany m.in. w odniesieniu do innowacji ekologicznych (lokalne zbiorniki wodne, inwestycje w OZE) oraz w ochronę zdrowia.

Równocześnie jednak styl polityki rządu podsyca stare i generuje nowe konflikty, co obok protestów konkretnych grup społecznych przekłada się na niemal najniższy w państwach OECD poziom (zaledwie 27,3 proc.!) deklarowanego zaufania do państwa. A żeby móc na poważnie myśleć o tworzeniu skutecznych scenariuszy na dziś i jutro, potrzebne jest przede wszystkim obniżenie temperatury sporów politycznych i społecznych. Nie jest niestety jasne, czy wśród aktualnych frakcji w polskiej polityce: ani w rządzie, ani na opozycji, znajdzie się siła, która byłaby tym długofalowo zainteresowana.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Filip Konopczyński
Filip Konopczyński
Współzałożyciel Fundacji Kaleckiego
Współzałożyciel Fundacji Kaleckiego. Prawnik i kulturoznawca, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Realizował projekty badawcze i edukacyjne m.in. dla Institute For New Economic Thinking, Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, Narodowego Banku Polskiego, Uniwersytetu Warszawskiego czy Rzecznika Praw Obywatelskich. Publikował w Gazecie Wyborczej, Przekroju, Oko.press, Newsweeku, Magazynie Kontakt, Kulturze Liberalnej, Res Publice Nowej.
Zamknij