Gospodarka

Większa progresja podatkowa to mniej wypłat pod stołem

Z powodu płacenia pod stołem polskie finanse publiczne co roku tracą ponad 17 mld zł. Główną przyczyną są wysokie obciążenia podatkowe i składkowe osób mniej zarabiających. Najwyższy już czas wprowadzić progresję podatkową z prawdziwego zdarzenia.

Słusznie oburzamy się na korporacje, które na różne sposoby unikają podatków i drenują budżet naszego państwa z miliardów złotych dochodów, tymczasem sami robimy sobie mniej więcej to samo. W 2018 roku luka w CIT wyniosła 22 mld zł. O tyle powinny być wyższe wpływy budżetowe z podatku korporacyjnego, gdyby wszystkie spółki, także te krajowe, należycie odprowadzały swój podatek dochodowy. To niewiele więcej, niż wynosi ubytek wpływów budżetowych z powodu płacenia pod stołem.

Według najnowszej publikacji Polskiego Instytutu Ekonomicznego w 2018 roku polski sektor finansów publicznych stracił 17 mld zł z powodu wypłacania części wynagrodzeń poza umową. A to przecież tylko fragment całej szarej strefy w Polsce. Wypłacanie części zarobków pod stołem jest powszechne i najwyraźniej akceptowane. Mogłaby to zmienić wyższa progresja podatkowa, która błędnie jest przedstawiana jako podwyżka podatków. A przecież ma też tę drugą stronę – obniżenie obciążeń najmniej zarabiających. To właśnie oni najczęściej pobierają wypłaty pod stołem.

Dochody niższe niż rozchody

Polski Instytut Ekonomiczny zmierzył się z wyzwaniem oszacowania skali wypłacania wynagrodzeń poza umową w Polsce. To ważna część całej szarej strefy – oprócz niej jest jeszcze spora grupa zatrudnionych, którzy pobierają wypłaty w ogóle bez żadnej umowy. W tym celu analitycy PIE, w tym autor książki Pokolenie ‘89 Jakub Sawulski, porównali dochody oraz rozchody (tj. wydatki powiększone o m.in. spłaty kredytów) gospodarstw domowych w sektorze publicznym i prywatnym. Kluczowym założeniem badania było przyjęcie generalnej zasady, że w sektorze publicznym nie dochodzi do wypłat pod stołem. Co jest raczej niekontrowersyjne – nawet jeśli gdzieś w gminach takie przypadki występują, to są zupełnie marginalne.

Pod względem rozchodów gospodarstwa domowe osób zatrudnionych w sektorze publicznym i prywatnym są niemalże identyczne. Największą grupę stanowią gospodarstwa domowe, w których rozchody wynoszą ok. 3 tys. zł na osobę miesięcznie – mowa o 15 proc. gospodarstw. Wraz ze wzrostem rozchodów per capita odsetek gospodarstw domowych spada – 5 tys. zł na osobę przypada jedynie w 5 proc. gospodarstw domowych w Polsce. Rozchody na poziomie 7 tys. zł na głowę dotyczą już jedynie ok. 2–3 proc. rodzin nad Wisłą. I dotyczy to, powtórzmy, w równym stopniu gospodarstw domowych zatrudnionych w sektorze publicznym i prywatnym.

Struktura dochodów zatrudnionych w obu sektorach powinna również się mniej więcej pokrywać. Tylko że jest zupełnie inaczej. W sektorze prywatnym występuje gigantyczna wręcz nadreprezentacja osób zarabiających pensję minimalną lub w jej okolicach. Prawie jedna czwarta pracowników w sektorze prywatnym zarabia pensję minimalną lub podobną, tymczasem w sektorze publicznym to mniej niż 10 proc. To oczywiście skutkuje tym, że odsetek zarabiających w okolicy mediany i średniej krajowej jest o kilka punktów procentowych niższy w sektorze prywatnym niż publicznym. Brzydko mówiąc, osoby będące tymi zgubionymi kilkoma punktami znajdują się po prostu wśród zarabiających minimalną – oczywiście oficjalnie. To wśród nadwyżkowej liczby zarabiających 2–2,5 tys. zł miesięcznie należy szukać tych, którzy otrzymują część pensji pod stołem.

Kombinujące mikroprzedsiębiorstwa

Tak też została oszacowana przez analityków PIE skala płacenia pod stołem w Polsce. Nadwyżka sumy niskich wynagrodzeń w sektorze prywatnym ponad rozkład z sektora publicznego została potraktowana jako przypadki wypłat poza umową. Następnie za pomocą metod matematycznych nadwyżkowi zatrudnieni na minimalnej zostali przesunięci w odpowiednie miejsce rozkładu dochodów, które odpowiada sektorowi publicznemu. Różnica w kwotach wynagrodzeń to właśnie skala płacenia pod stołem w Polsce. Taki sposób oczywiście sprawia, że kwota ta jest jedynie szacunkowa, a nie dokładna. No ale jak ktoś jest bardzo mądry, to zawsze może przedstawić lepszy sposób oszacowania tego zjawiska. Jak na razie taki mądry się nie znalazł.

Co irytuje Niemców, czyli ile naprawdę zarabiają Polacy?

Według badania PIE aż 15 proc. zatrudnionych w sektorze prywatnym pobiera część swojej wypłaty pod stołem. W całej gospodarce to 12 proc. zatrudnionych – czyli co ósmy. Prawie 6 proc. wypłat w Polsce jest uiszczana poza umową. Zdecydowanie najwięcej tego typu przypadków występuje w mikroprzedsiębiorstwach – prawie jedna trzecia zatrudnionych tam osób pobiera część pensji na lewo. Co wyjaśnia przy okazji, dlaczego średnie wynagrodzenie w firmach do dziewięciu pracowników jest tak znacząco niższe od średniej krajowej – po prostu oficjalne pensje są tam zaniżone. W firmach zatrudniających więcej niż dziewięć osób odsetek zarabiających pod stołem jest już znacznie niższy i wynosi 11 proc. – choć to i tak sporo.

W mikroprzedsiębiorstwach nie tylko więcej osób pobiera pensje pod stołem, ale też wypłacana jest w ten sposób większa część wynagrodzenia. Ponad jedna czwarta dochodów z pracy osiąganych w mikrofirmach jest wypłacana na lewo. W przypadku pozostałych mówimy tylko o 4 proc. Najprawdopodobniej w firmach małych, średnich i dużych zjawisko to dotyczy głównie dodatków do pensji – premii, nagród lub prowizji. W mikroprzedsiębiorstwach pod stołem wypłacana jest także znaczna część pensji zasadniczej.

Rozwadowska: Po pandemii będziemy pracować jeszcze bardziej śmieciowo, na własnym sprzęcie. I mało kogo to obejdzie

Nie jest niespodzianką, że zjawisko to dotyczy w większym stopniu najsłabszych grup pracowników. 41 proc. pracowników z wykształceniem zawodowym spotkało się z propozycją płacenia pod stołem – wśród absolwentów uczelni to 32 proc. Płacenie pod stołem najczęściej dotyczy osób w wieku 25–34 lata – czyli wchodzących na rynek pracy, a więc i niemających jeszcze dobrej pozycji przetargowej i stabilnej sytuacji finansowej. Zjawisko płacenia pod stołem najczęściej występuje w drobnych usługach, czyli m.in. gastronomii, usługach kosmetycznych czy fryzjerskich. Ponad połowa przedsiębiorców z handlu i budowlanki również wskazuje, że w ich branżach zjawisko to jest powszechne. W transporcie, usługach biznesowych i przemyśle „tylko” jedna trzecia.

Znikające miliardy

Jak to się przekłada na liczby? Wypłaty pod stołem w 2018 roku zwiększały realne średnie wynagrodzenie w Polsce o 240 zł – oficjalnie wyniosło ono 4,6 tys. zł. Z powodu wypłacania części pensji poza umową sektor finansów publicznych stracił ponad 17 mld zł. To kwota porównywalna z luką VAT (19 mld) oraz luką CIT (22 mld zł). W efekcie polski system ochrony zdrowia traci prawie 3 mld zł z powodu nieuiszczonych składek zdrowotnych. Samorządy i państwo są pozbawione po 1,5 mld niezapłaconego podatku PIT. Stratny jest również system ubezpieczeń społecznych – wpływa do niego 6,6 mld zł mniej składek emerytalnych i 5 mld pozostałych składek.

Najgroźniejsze w tym wszystkim może być oczywiście obniżenie kapitału emerytalnego zgromadzonego przez pracowników będących częściowo w szarej strefie. Prawie 7 mld zł ukrytych składek emerytalnych rocznie przełoży się na wyraźnie niższe emerytury tej grupy zatrudnionych. A przecież mówimy głównie o najmniej zarabiających, których składki nawet w pełnej wysokości byłyby niewielkie. Pracownicy ci jednak tracą już teraz – świadczenia społeczne, takie jak chorobowe lub macierzyńskie, są wypłacane od kwoty na umowie. Bezpieczeństwo ekonomiczne zarabiających pod stołem jest więc bardzo niskie.

Autorzy raportu PIE wskazują też trzy główne przyczyny tego zjawiska. Jedną z nich jest słabość instytucji kontrolnych, z Państwową Inspekcją Pracy na czele, o której problemach pisaliśmy niedawno, więc nie ma sensu tu się nad tym rozwodzić.

Jest takie prawo, które można łamać niemal bezkarnie: prawo pracy

Kolejną przyczyną jest przyzwolenie społeczne. Obywatele Polski generalnie patrzą z przymrużeniem oka na różne nieprawidłowości podatkowe, co ma zwiększać skalę płacenia pod stołem. Jako dowód przytoczone jest badanie CBOS z 2016 roku, według którego 19 proc. ankietowanych stwierdziło, że unikanie podatków jest wyrazem zaradności życiowej. W tym samym badaniu jednak 87 proc. pytanych odpowiedziało, że uchylanie się od płacenia podatków jest okradaniem współobywateli. A 74 proc. pytanych nie zgodziło się z twierdzeniem, że oszukiwanie na podatkach to wyraz zaradności. Więc być może z tym podejściem naszego społeczeństwa do kombinowania nie jest aż tak źle. To raczej efekt adaptowania się do określonych warunków instytucjonalno-społecznych, a nie głęboko zakorzenionego kombinatorstwa. I tu właśnie dochodzimy do ostatniej przyczyny, czyli systemu podatkowego.

Niesprawiedliwy klin

Według raportu PIE główną przyczyną wypłacania części wynagrodzeń pod stołem są wysokie obciążenia nakładane na niskie pensje. „O ile klin podatkowy dla średnich i wysokich wynagrodzeń jest w Polsce umiarkowany lub nawet niski na tle innych państw, o tyle opodatkowanie niskich wynagrodzeń jest jednym z najwyższych wśród państw OECD” – piszą autorzy. Co oczywiście jest prawdą.

Według publikacji OECD Taxing Wages 2021 klin podatkowy dla zarabiających 67 proc. średniego wynagrodzenia (czyli nieco więcej niż pensja minimalna) wynosi 34 proc. Średnia OECD jest prawie 4 punkty procentowe niższa. Klin podatkowy dla zarabiających średnią krajową jest niemalże identyczny, jednak w tym wypadku jest on dokładnie na poziomie średniej OECD. Klin podatkowy dla zarabiających 167 proc. średniej krajowej jest wyższy, ale minimalnie – wynosi 35,4 proc. I to już jest o 4 punkty procentowe mniej, niż wynosi średnia OECD. Tak więc dobrze zarabiający płacą w Polsce niższe podatki i składki niż w pozostałych państwach OECD, za to mniej zarabiający znacznie wyższe. Nie licząc Węgier, w których obciążenia są identyczne we wszystkich grupach dochodowych (43,6 proc.), to polski system podatkowy jest najbardziej liniowym w OECD.

Czy może być coś gorszego od podwyżki podatków?

Tymczasem polskie społeczeństwo oczekuje innego systemu. Jest na to sporo dowodów. Chociażby wymienione już badanie CBOS o postawach wobec płacenia podatków w Polsce. Dwie trzecie respondentów twierdzi, że zamożni powinni płacić procentowo wyższe podatki niż mniej zarabiający. Tylko niecała jedna czwarta stwierdziła, że stawka podatkowa najlepiej zarabiających powinna być taka sama jak pozostałych. Według opublikowanego w marcu badania LiveCareer Co Polacy sądzą o podatkach 58 proc. Polek i Polaków uważa, że „progresywny system podatkowy jest sprawiedliwy i służy społeczeństwu”. Dwie trzecie ankietowanych stwierdziło, że „osoby o najwyższych dochodach powinny płacić wyższe podatki”.

Mamy więc kolejny argument za wprowadzeniem progresji podatkowej – ograniczy ona zjawisko płacenia pod stołem. Występuje ono głównie w mikrofirmach, w których płaci się mało. Podwyższenie podatków lepiej zarabiającym nie będzie skutkować rozrostem szarej strefy, gdyż wysokie dochody osiągane są najczęściej w dużych podmiotach, które działają jako spółki, więc muszą prowadzić pełną księgowość. A to właśnie uproszczona księgowość, którą prowadzą mikrofirmy działające jako osoby fizyczne, ułatwia im wypłacanie części pensji poza umową. Jest też społeczne poparcie dla tego rozwiązania. Wystarczy je tylko odpowiednio opakować.

Progresja podatkowa zwykle jest przedstawiana jako podwyżka podatków, co wzbudza sprzeciw nawet w niższej klasie średniej. Zupełnie niesłusznie – przecież dla większości będzie ona oznaczać obniżenie obciążeń. Czas więc wprowadzić wielką lewicową obniżkę podatków – czyli taką, w której ubytek wpływów budżetowych zostanie pokryty z kieszeni zamożnej mniejszości.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij