Gospodarka

Pakiet ratunkowy dla klasy wyższej

Christine Berry

Pandemia i wywołane przez nią gospodarcze zawirowania przypominają kryzys finansowy z 2008 roku. Podobnie jak on wywołują poczucie, że teraz wiele rzeczy musi się zmienić. I podobnie jak wtedy, wszystko może zostać po staremu: w pierwszej kolejności zadbano o rentierów.


Pandemia koronawirusa postawiła politykę na głowie. Rządy na całym świecie narzucały niespotykane dotąd zamknięcie gospodarek. Jednocześnie próbowały, na równie niespotykaną skalę, ograniczać szkody za pomocą pakietów koniunkturalnych i zapobiec głębokiej recesji. Panowało poczucie, że praktycznie wszystko jest możliwe.

Jedno jest jednak pewne: kiedy do pełnego nierówności systemu gospodarczego wpompuje się więcej pieniędzy, wyjdzie z tego jeszcze więcej nierówności. Tu i ówdzie wyrażana jest nadzieja, że za sprawą państwowych programów pandemicznych polityka zwróci się na lewo. Taki optymizm – przynajmniej w Wielkiej Brytanii, przynajmniej w przewidywalnej przyszłości – nie ma jednak uzasadnienia.

COVID-19: i co dalej, gospodarko?

Przypomina to nieco kryzys finansowy roku 2008. Wówczas można było usłyszeć, że ratowanie banków wreszcie odczaruje mit wolnego rynku i otworzy nową erę postępowej interwencji państwa. Tymczasem wydarzyło się coś wprost przeciwnego. Państwa interweniowały po to, by zrekompensować straty kapitału finansowego, a obywatelki i obywatele zapłacili za to rachunek dziesięcioma latami polityki zaciskania pasa.

Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że użyte przez państwo narzędzia w roku 2020 wyglądają inaczej. Teraz przecież ratuje się gospodarkę realną: wspiera się zatrudnionych, którzy nie mogą pracować, i przedsiębiorstwa, które nie mogą prowadzić działalności. Jak jednak dobitnie pokazują w niedawno opublikowanym raporcie brytyjskiego think tanku IPPR Laurie Macfarlane, Shreya Nanda i autorka tego tekstu, warto przyjrzeć się sprawie dokładniej. W rzeczywistości parasol ochronny przed koronawirusem w pierwszej kolejności ratuje znów kapitał finansowy, a dopiero na drugim miejscu ludzi.

Szczególnie chronione są bowiem dochody z kapitału, a zatem nie uzyskiwane przez produktywną pracę, lecz pochodzące z posiadania rzadkich lub zmonopolizowanych zasobów majątkowych. To między innymi czynsze pobierane przez właścicieli nieruchomości, ale także rachunki płacone przedsiębiorstwom użyteczności publicznej, które dysponują ważnymi surowcami naturalnymi, jak również odsetki naliczane przez banki w zamian za odpowiednio kierowane strumienie pieniądza. Tymczasem wielu ludzi o niskich dochodach mocno ucierpiało finansowo, a niektórzy popadają w (jeszcze większe) długi.

W Wielkiej Brytanii gospodarka już przed kryzysem bardzo mocno przesuwała się w kierunku ekonomii renty. Środki na walkę z kryzysem pandemicznym odzwierciedlają i zaostrzają jeszcze brak równowagi bogactwa i władzy między biednymi, co pracują, i bogatymi, którzy posiadają majątek. Poprzez swe sztandarowe programy rząd wpompowuje przede wszystkim więcej pieniędzy do gospodarki – w dużej części pod postacią długów prywatnych – żeby zatrudnieni i przedsiębiorstwa mogli dalej opłacać rachunki na rzecz rentierów.

Przykładem może być tzw. program Furlough, w którym 80 procent wynagrodzenia do poziomu 2500 funtów miesięcznie wypłaca się tym zatrudnionym, którzy nie mogą pracować z powodu zamknięcia gospodarki. Na pierwszy rzut oka działa to jak pakiet ratunkowy dla ludzi pracy. W naszej analizie dochodzimy do wniosku, że aż 45 procent tej pomocy ląduje na kontach właścicieli nieruchomości i banków – poprzez czynsze, hipoteki i raty kredytów. Tymczasem notowane na giełdach firmy, które z tej pomocy korzystają, dalej wypłacają dywidendy akcjonariuszom i premie swej kadrze kierowniczej. Znaczy to tyle, że program jest również pośrednio parasolem ratunkowym dla bogatych, posiadających aktywa majątkowe. Bez tej pomocy wielu pracowników nie mogłoby zwyczajnie opłacić swych czynszów i rachunków.

Koronawirus i walka klas. Klasa pracująca znów przegra

Pomimo tego programu według naszych obserwacji najsłabsze dochodowo gospodarstwa domowe i tak ponoszą straty, których nie mogą skompensować niższymi wydatkami, w efekcie czego ich zadłużenie rośnie. Ponieważ wielu prywatnych najemców ma zwiększające się zaległości w opłatach, rośnie również strach przed bezdomnością, gdy tylko obecny zakaz przymusowej eksmisji zostanie zniesiony. Postulaty zamrożenia czynszów, które zmusiłoby wynajmujących do poniesienia choć części kosztów kryzysu, odrzucane są zarówno przez rząd, jak i opozycję. Zamiast tego najsłabsi finansowo muszą ponosić dodatkowe ofiary, aby ochronić dochody finansowo najsilniejszych.

Partia Pracy pod przewodnictwem Keira Starmera reprezentuje pogląd, że zamrożenie czynszów narusza prawo poszanowania własności wynajmujących na gruncie Europejskiej Konwencji Praw Człowieka; rząd powinien im to w pełni wynagrodzić. Kraje takie jak Hiszpania starają się w ramach tych samych wytycznych zabezpieczyć uczciwy podział obciążeń: mali wynajmujący otrzymują czynsz w pełnej wysokości, ale właściciele większych nieruchomości muszą obniżyć czynsze o połowę lub rozłożyć spłatę na trzy lata.

W tym miejscu pojawia się decydujące pytanie o zasady: czy na gruncie praw człowieka faktycznie niedopuszczalna jest wszelka ingerencja państwa, kiedy posiadacze nieruchomości dostosowują czynsze do warunków rynkowych bez względu na skutki dla płacących je ludzi? Jeśli rzeczywiście tak jest, to trzeba sobie zadać pytanie, jak w takich warunkach można w ogóle myśleć o zbudowaniu bardziej sprawiedliwej i demokratycznej gospodarki. Jeśli jednak jest inaczej, to wtedy musimy postawić sobie pytanie inne – jak daleko może sięgać proporcjonalna i usprawiedliwiona ingerencja? W bardzo nierównej brytyjskiej gospodarce renty interwencja jest jednak nieunikniona: bez niej zamożni wynajmujący byliby chronieni w pełni, zaś prywatni najemcy zepchnięci w masową nędzę.

Podobna dynamika ujawnia się przy okazji pomocy dla małych przedsiębiorstw. Tak jak wiele innych krajów, Wielka Brytania wprowadziła poręczenia kredytowe, aby firmy mogły przetrwać lockdown. Postawienie na kredyty prywatne jest jednak ryzykownym podejściem, gdyż wiele firm już teraz jest nadmiernie zadłużonych. Inne kraje zapewniły małym przedsiębiorcom wyższe dofinansowania ze strony państwa, którymi mogą zrekompensować sobie utracone w czasie zamknięcia gospodarki dochody. Za to poręczenia kredytowe nie chronią przedsiębiorstw, które w razie recesji ponoszą pełne ryzyko kredytowe, lecz wspierają banki. Jeśli firma nie może spłacać swego kredytu, tak czy inaczej bankrutuje. Tymczasem bank otrzymuje 80 procent należności od państwa (a w razie małych pożyczek nawet 100 procent).

Im większe nierówności, tym więcej ofiar COVID-19

Tak jak w roku 2008, uspołecznia się straty banków, a zyski prywatyzuje. Co gorsza, Wielka Brytania nie zrobiła praktycznie nic, by te zyski ograniczyć lub zapobiec zarabianiu przez banki na odsetkach kosztem małych przedsiębiorców i podatników. W Szwajcarii, którą szeroko chwali się za jej skuteczność, w podobnym programie odsetki od poręczonych przez państwo kredytów zostały obniżone do 0,5 procent lub nawet do zera. Tymczasem w Zjednoczonym Królestwie nie ma – jeśli nie liczyć nowych kredytów ze stuprocentową gwarancją państwa, których odsetki nie mogą być wyższe niż 2,5 procent – żadnej górnej granicy oprocentowania.

Banki otrzymujące pieniądze na procent bliski zeru i do tego jeszcze wsparcie ze strony Banku Anglii – po to, by udzielały przedsiębiorstwom więcej kredytów – są w stanie z kryzysowych pożyczek wyciągnąć jeszcze więcej zysku. To znów może doprowadzić do bankructwa wielu firm, które nie będą w stanie swych kredytów obsługiwać.

W gospodarce nie chodzi o pieniądze. Chodzi o to, żeby było co jeść

Podsumowując, można powiedzieć, że w Wielkiej Brytanii małe firmy i mniej zamożne gospodarstwa domowe muszą ponieść poważne ryzyko ekonomiczne i dużą część kosztów pandemii. Bez interwencji państwa ich położenie byłoby jeszcze gorsze, ale przez taki rodzaj interwencji rząd w sposób nieproporcjonalny zabezpiecza interesy banków, wynajmujących nieruchomości i innych rentierów. Przypadek Wielkiej Brytanii jest szczególnie jaskrawy, ale podobną dynamikę można zauważyć także w innych krajach. Jeśli życzymy sobie, by po pandemii światowa gospodarka nie była jeszcze bardziej nierówna, lecz bardziej sprawiedliwa, musimy poważnie zająć się władzą rentierów.

**
Christine Berry jest ekonomistką, dziennikarką i współautorką książki People Get Ready! Preparing for a Corbyn Government.

Artykuł ukazał się w magazynie IPG Journal. Publikację polskiego tłumaczenia dofinansowano ze środków Fundacji im. Friedricha Eberta. Z niemieckiego przełożył Michał Sutowski.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać