Gospodarka

COVID-19: i co dalej, gospodarko?

Fot. Carlos de Toro/Unsplash

Wiemy już, że odbicie gospodarki od dna nie nastąpi szybko, a rynki nie poradzą sobie same. Teraz trzeba wybierać, co warto ratować i gdzie w pierwszej kolejności powinno zaingerować państwo.


NOWY JORK – Choć mogłoby się wydawać, że zamrażanie światowych gospodarek w reakcji na pandemię COVID-19 zaczęło się wieki temu, w rzeczywistości stało się to całkiem niedawno. Na początku kryzysu przeważały opinie, że wkrótce nastąpi odbicie gospodarcze w kształcie litery V, ponieważ zakładano, że gospodarce wystarczy tylko krótki oddech. Po dwóch miesiącach troskliwego doglądania i rozdawania pieniędzy garściami miała wrócić na swoje stare tory.

Była to zaiste krzepiąca myśl. Tymczasem mamy lipiec, a odbicie w kształcie litery V najprawdopodobniej przyjdzie nam włożyć między bajki. Gospodarka po pandemii będzie raczej anemiczna – i to nie tylko w krajach, które nie poradziły sobie z pandemią (czyli w USA), ale również w tych, które wyszły z niej obronną ręką. Międzynarodowy Fundusz Walutowy przewiduje, że pod koniec 2021 roku światowa gospodarka ledwo doścignie wyniki z końca 2019 roku, przy czym gospodarka amerykańska i europejska nadal będą pozostawać o około 4% w tyle.

W gospodarce nie chodzi o pieniądze. Chodzi o to, żeby było co jeść

Aktualne prognozy gospodarcze można analizować na dwóch poziomach. Jeśli patrzeć okiem makroekonomicznym, czeka nas obniżenie wydatków w wyniku osłabienia bilansów gospodarstw domowych i firm, lawiny bankructw, które zniszczą kapitał organizacyjny i informacyjny, oraz nader ostrożnych zachowań spowodowanych niepewnością co do dalszego przebiegu pandemii i związanych z tym decyzji politycznych. Z kolei mikroekonomia sugeruje, że wirus działa trochę jak podatek od aktywności wiążących się z kontaktami między ludźmi. Dlatego będzie prowadzić do głębokich zmian we wzorcach konsumpcji i produkcji, co z kolei będzie skutkować szerzej pojętą transformacją strukturalną.

Jak wiadomo z teorii ekonomicznych i historii, rynki pozostawione samopas nie potrafią radzić sobie z tego typu zmianami, zwłaszcza jeżeli zmiany pojawiają się w sposób tak nagły i niespodziewany. Trudno bowiem nagle przekwalifikować pracowników linii lotniczych na specjalistów od Zooma. A gdyby to nawet było możliwe, kwitnące obecnie branże nie wymagają aż takich nakładów siły roboczej jak te, które ustępują im pola, za to potrzebują konkretnych umiejętności i kwalifikacji.

Wiadomo również, że szeroko zakrojona transformacja strukturalna może prowadzić do tradycyjnego keynesowskiego problemu wynikającego z tego, co ekonomiści nazywają efektem dochodowym i substytucyjnym. Nawet jeśli mamy do czynienia z boomem w branżach niewymagających kontaktów międzyludzkich, co może świadczyć o wzroście ich „względnej” atrakcyjności, powiązany z tym skok w wydatkach zostanie zniwelowany przez spadek wydatków na skutek obniżenia dochodów w kurczących się branżach.

Co więcej, w przypadku pandemii wystąpi jeszcze trzeci efekt: wzrost nierówności. Ponieważ maszyny nie mogą złapać wirusa, będą się wydawać pracodawcom relatywnie bardziej atrakcyjne, zwłaszcza w branży budowlanej, zatrudniającej pracowników ze stosunkowo niższymi kwalifikacjami. A ponieważ osoby o niskich dochodach wydają większą część swoich zarobków na dobra podstawowe, każdy wzrost nierówności wywołany przez automatyzację będzie mieć efekt ograniczający.

Jakby tego było mało, mamy jeszcze dwa inne powody do pesymizmu. Po pierwsze, polityka monetarna może co prawda pomóc niektórym firmom poradzić sobie z przejściowymi ograniczeniami płynności, jak to miało miejsce w trakcie kryzysu ekonomicznego w latach 2008–2009, jednak nie rozwiąże problemów związanych z wypłacalnością ani nie jest w stanie pobudzić gospodarki w sytuacji takiej jak obecna, kiedy stopy procentowe już ocierają się o zero.

Wirus, kryzys i koniec świata

czytaj także

Wirus, kryzys i koniec świata

Hubert Walczyński

Po drugie, w USA i kilku innych krajach „konserwatywny” opór wobec wzrostu deficytów i zadłużenia stanie na drodze tak potrzebnego bodźca fiskalnego. Przy czym pamiętajmy, że najgłośniej krzyczą przeciwko takim rozwiązaniom ci, którzy nie mieli żadnych oporów, by w 2017 roku obniżyć podatki miliarderom i korporacjom, w 2008 roku wyciągnąć z tarapatów Wall Street i podać pomocną dłoń korporacyjnym kolosom w roku bieżącym. Dopiero gdy chodzi o poszerzenie zakresu ubezpieczenia od bezrobocia, służbę zdrowia i dodatkowe wsparcie dla grup najbardziej narażonych na skutki kryzysu, okazuje się, że nie ma na to pieniędzy.

Krótkofalowe priorytety były jasne od początku obecnego kryzysu. Na pierwszy plan oczywiście wysuwa się konieczność opanowania sytuacji związanej ze zdrowiem (np. przez zapewnienie wystarczających środków ochrony indywidualnej i miejsc w szpitalach), ponieważ nie może być mowy o odbudowywaniu gospodarki, dopóki nie zostanie powstrzymany wirus. Zarazem potrzebne są rozwiązania polityczne, które będą chronić najbardziej potrzebujących, zapewnią płynność, pozwalając uniknąć przedsiębiorcom niepotrzebnych upadków, oraz podtrzymają więzi między pracownikami i pracodawcami, tak potrzebne, jeżeli zależy nam na szybkim restarcie w swoim czasie.

Opieka to najlepsza (po)pandemiczna inwestycja

czytaj także

Choć jednak są to oczywiste i podstawowe postulaty, i tak wymagają podjęcia trudnych decyzji. Nie powinniśmy dofinansowywać firm takich jak tradycyjni detaliści, które podupadały na długo przed obecnym kryzysem. Doprowadziłoby to bowiem jedynie do powstania masy „firm zombie”, a w efekcie – ograniczyło dynamikę i rozwój. Nie powinniśmy również ratować firm, które były już tak zadłużone, że nie potrafiły wytrzymać żadnego ciosu. Decyzja amerykańskiej Rezerwy Federalnej, która przez wprowadzenie programu skupu aktywów postanowiła wesprzeć rynek obligacji śmieciowych, wydaje się raczej chybiona. Niewątpliwie znajdujemy się w sytuacji, kiedy pokusa nadużycia słusznie stanowi powód do obaw. Władze nie powinny chronić firm przed ich własną głupotą.

Ponieważ wygląda na to, że COVID-19 nieprędko nas opuści, powinniśmy zadbać o to, by nasze wydatki odzwierciedlały nasze priorytety. W momencie wybuchu pandemii amerykańskie społeczeństwo było rozdarte przez nierówności rasowe i ekonomiczne, pogarszające się standardy opieki medycznej czy zgubne uzależnienie od paliw kopalnych. Teraz kiedy zaczęto szczodrze sypać z publicznej kiesy na prawo i lewo, opinia publiczna ma prawo domagać się od firm otrzymujących wsparcie, by w zamian zaczęły wspierać działania zmierzające ku większej sprawiedliwości społecznej i rasowej, lepszej opiece medycznej i przejściu na bardziej ekologiczną gospodarkę w większym stopniu opartą na wiedzy. Są to wartości, które powinny znaleźć swoje odzwierciedlenie nie tylko w tym, jak są alokowane publiczne środki, ale również w warunkach, które są stawiane beneficjentom tej pomocy.

Narodziny klasy domowej

czytaj także

Narodziny klasy domowej

Bartosz Migas

W niedawno opublikowanej analizie wraz ze współautorami artykułu zwracam uwagę, że właściwie ukierunkowane wydatki publiczne, w szczególności inwestycje w rozwiązania proekologiczne, mogą być wprowadzane stosunkowo wcześnie, będą być może wymagać dużych nakładów siły roboczej (co pomoże rozwiązać problem gwałtownie rosnącego bezrobocia) i mogą okazać się silnym bodźcem, przez co przyniosą większe zyski niż, na przykład, ulgi podatkowe. Z ekonomicznego punktu widzenia nie ma żadnego powodu, by kraje, w tym USA, nie mogły przyjąć ambitnych, zrównoważonych programów odbudowy gospodarki, będących afirmacją wartości społecznych, które państwa te niosą na sztandarach. Albo przynajmniej takich, które będą stanowić krok w stronę tych wartości.

 

**
Copyright: Project Syndicate, 2020. www.project-syndicate.org. Z angielskiego przełożyła Dorota Blabolil-Obrębska.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Joseph E. Stiglitz

| Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii
Ekonomista, laureat Nagrody Nobla z ekonomii w 2001. Profesor Columbia University. Był szefem Zespołu Doradców Ekonomicznych Prezydenta Stanów Zjednoczonych i głównym ekonomistą Banku Światowego.