Gospodarka

Pan bankier: handlarz marzeniami Polaka o dachu nad głową

Oprocentowanie kredytów hipotecznych w Polsce jest zależne od zmiennego WIBOR-u po to, by móc w łatwy i szybki sposób ściągać nadmierną ilość gotówki, która znalazła się w portfelach Polaków. To jedyny powód dominacji kredytów ze zmiennym oprocentowaniem w Polsce.

Najpierw państwo polskie wycofało się z budownictwa mieszkaniowego, a gminy sprywatyzowały zdecydowaną większość swojego zasobu mieszkaniowego. Instytucje publiczne postanowiły więc nie zauważać problemu, jakim jest potężna luka mieszkaniowa istniejąca już od czasów PRL. Oferta mieszkań na rynku wtórnym była i jest zbyt uboga, żeby zaspokoić coraz większe potrzeby wchodzących w dorosłość przedstawicieli ostatniego boomu demograficznego, czyli milenialsów.

Nie rozwinął się też solidny rynek mieszkań na wynajem. Tych było i jest za mało, a relacje z właścicielami przypominają stosunek pan wasal lub feudał chłop. Ludzie szukający czegoś dla siebie zostali więc skazani na zakup lokalu od dewelopera.

Oczywiście milenialsi nie mają własnych pieniędzy, bo w większości pochodzili z rodzin niedysponujących bogatym kapitałem materialnym. Na mieszkanie musieli więc zaciągnąć kredyt. U bankiera.

Szukanie dachu nad głową staje się drogą przez mękę. A to dopiero początek

Banki jako OFE polityki mieszkaniowej

Jakby tego było mało, państwo samo napędzało ludzi do banków, tworząc prokredytowe programy mieszkaniowe.

Mieliśmy więc Rodzinę na Swoim, w której państwo dopłacało przez kilka lat do raty odsetkowej, a następnie Mieszkanie dla Młodych, w którym państwo pokrywało wkład własny. W ten sposób państwo zaangażowało banki, które w większości są prywatne, do prowadzenia pośrednictwa w rządowej polityce mieszkaniowej. Najpierw swoją biernością w zakresie mieszkalnictwa, a następnie prokredytowymi programami rządowymi zapewniło im stały dopływ świeżej gotówki.

Przypomina to sytuację z OFE, gdy państwo zaangażowało do pośrednictwa w systemie emerytalnym prywatne fundusze inwestycyjne, które operowały przymusowo ściąganymi składkami podatników, pobierając za to sowite prowizje, niezależne od efektów (w pewnym momencie sięgające 10 proc. składki). Obecna polityka mieszkaniowa jest odpowiednikiem systemu OFE, który na szczęście został już zlikwidowany, gdy rządzący zorientowali się wreszcie, że służy on głównie do drenowania pieniędzy z obywateli, jak i samego państwa.

Tymczasem prywatyzacja i komercjalizacja polityki mieszkaniowej trwa w najlepsze. Politykom nawet nie przechodzi przez myśl, żeby coś zmienić. Choć aby być uczciwym, trzeba wspomnieć, że przez chwilę nawet próbowali, gdy rząd PiS starał się uruchomić program Mieszkanie Plus, jednak skończyło się ono potężnym zawodem. Na autorów pomysłu spadła zasłużona krytyka, pojawiało się wiele kłopotliwych pytań, więc rządzący postanowili dać sobie spokój z tak wymagającym tematem jak polityka mieszkaniowa, bo są z tym same problemy i odciąga uwagę od kluczowej kwestii, jaką jest nieustanna walka o władzę.

W Polskim Ładzie rządzący wrócili więc do starych i „sprawdzonych” metod, czyli napędzania ludzi do placówek bankowych. Za ponad miesiąc, dokładnie 27 maja 2022, ruszy program Mieszkanie bez wkładu własnego. Zapewni ono bankom kolejny dopływ świeżej krwi – tym razem w postaci ludzi bez żadnych oszczędności, którzy do tej pory byli dla bankowców bezwartościowi. Od końca maja banki będą mogły udzielać im kredytu na pełną wartość nieruchomości, dzięki czemu raty, a co za tym idzie: odsetki będą wyższe niż przy tradycyjnym kredycie z wkładem własnym.

Oczywiście banki panicznie boją się ryzyka i gdy tylko mogą, przenoszą go na inne podmioty, najczęściej klientów. W tym przypadku na szczęście część ryzyka weźmie na siebie państwo, czyli my – wszyscy podatnicy, którzy będą gwarantować spłatę wkładu własnego w razie niewypłacalności kredytobiorcy.

Banki przesunęły też znaczną część ryzyka na samych klientów, udzielając im niemal wyłącznie kredytów ze zmiennym oprocentowaniem, zależnym od wskaźnika WIBOR. Ten zaś zależy od stopy referencyjnej NBP. W ten sposób kredytobiorcy biorą na siebie ryzyko zmiany stóp procentowych, tak jak wcześniej frankowicze brali na siebie zmianę kursu szwajcarskiej waluty wobec złotego.

Przy ratach kredytu szybujących do góry tak jak teraz oszczędne życie nie wystarczy

Na ok. 2 milionów hipotecznych kredytów złotowych przytłaczająca większość ma zmienne oprocentowanie. Takie kredyty odpowiadały za 95 proc. wszystkich udzielonych w 2021 roku. Owszem, w ostatnim czasie pojawiają się wreszcie kredyty ze „stałym” oprocentowaniem, jednak ustalona wysokość raty trwa jedynie 5–7 lat. Po tym czasie znów bank może ją zmienić, to znaczy „dopasować do realiów rynkowych”.

Banki podwyższają nam podatki

Zmienność oprocentowania ma w założeniu chronić banki przed stratami w sytuacji podwyższania stóp procentowych. Gdy one rosną, wzrasta też koszt pozyskiwania pieniędzy na rynku międzybankowym – a więc rosną koszty po stronie banków.

Dzięki zmiennemu oprocentowaniu, zawartemu w umowach kredytowych, wzrost stóp procentowych NBP w założeniu ma być dla banków neutralny. Tylko że nie jest, wręcz przeciwnie, on jest dla nich bardzo korzystny.

Koniec taniego pieniądza

Według komunikatu z oficjalnego konta biura prasowego Narodowego Banku Polskiego „nie wszyscy tracą na podwyższaniu stóp procentowych. Dotychczasowe podwyżki stóp procentowych NBP przyniosły bankom nawet ok. 4 mld zł dodatkowego zysku w skali roku. Każda dalsza podwyżka o 1 pkt proc. to kolejne kilka miliardów”. To był komunikat z 30 listopada, gdy stopa referencyjna wynosiła jedynie 1,25 proc. Od tamtego czasu wzrosła o ponad 3 pkt proc. – do 4,5 proc. Tak więc dzięki dotychczasowym podwyżkom stóp procentowych banki zyskają w skali roku nawet 16 mld złotych.

Te pieniądze oczywiście nie wezmą się z niczego. One zostaną ściągnięte z kredytobiorców hipotecznych.

Podwyżka podatków o 16 mld złotych skończyłaby się potężną awanturą w mediach, tysiącami katastroficznych tłitów przedstawicieli wyższej klasy średniej i najpewniej rezygnacją z reformy. Tymczasem przymusowe ściągnięcie dodatkowych kilkunastu miliardów złotych przez banki, a więc w dużej części podmioty prywatne, odbywa się bez większych napięć i w atmosferze ogólnego zrozumienia. 

Dlaczego podwyżka stóp procentowych jest korzystna dla banków? Przecież w założeniu powinny im rosnąć koszty?

Dlatego że banki nie pożyczają pieniędzy od NBP albo od innych banków – mają wystarczająco dużo własnych. Zwraca na to uwagę Komisja Europejska w swoim dokumencie na temat stabilności sektora finansowego w UE.

„Od czasu kryzysu finansowego na rynkach bankowych Europy Środkowej, Wschodniej i Południowo-Wschodniej pojawił się nowy model finansowania. Przed kryzysem działające w tym regionie banki zależne od podmiotów zagranicznych finansowały swoją działalność kredytową w znacznym stopniu z kredytów udzielanych przez ich banki macierzyste, których siedziby znajdowały się np. w Austrii, we Włoszech, w Szwecji lub w Niemczech. Po zakończeniu kryzysu banki zależne stopniowo zastąpiły finansowanie ze swoich banków macierzystych lokalną działalnością depozytową. W 2016 roku we wszystkich sektorach bankowych Europy Środkowo-Wschodniej portfele kredytowe miały całkowite pokrycie w depozytach. Korzystne warunki rynkowe i niskie stopy oprocentowania umożliwiły w całej Unii dalsze ograniczenie finansowania ze środków banków centralnych. W 2016 roku większość krajowych sektorów bankowych nie zaciągała dużych pożyczek w banku centralnym – ich udział w całkowitych zobowiązaniach wyniósł poniżej 2 proc.” – czytamy w dokumencie Komisji Europejskiej.

Inaczej mówiąc, banki nie muszą zasilać się zewnętrznym finansowaniem, gdyż nasze depozyty wystarczają im na prowadzenie akcji kredytowej. Dotyczy to większości sektorów bankowych w UE. W 2016 roku jedynie w pięciu państwach członkowskich – Danii, Szwecji, Holandii, Francji i Włoszech – wskaźnik kredyty/depozyty wynosił ponad 100 proc., a więc wartość kredytów przewyższała tam wartość depozytów. W Danii wskaźnik ten wyniósł aż 211 proc., a w Szwecji 178 proc., więc w Skandynawii wartość kredytów była nawet dwukrotnie wyższa od depozytów.

Jednak we wszystkich pozostałych państwach członkowskich to wartość depozytów przeważała. W Polsce wskaźnik kredyty/depozyty wyniósł 93 proc.

Prawdziwy cel zmiennego oprocentowania

Tak więc wzrost kosztów po stronie banków jest fikcyjny – a raczej umowny. Gdy rośnie wskaźnik WIBOR, obrazujący oprocentowanie pożyczek na rynku międzybankowym, który bezpośrednio wpływa na oprocentowanie kredytów hipotecznych, koszty banków wcale nie rosną, bo nie muszą one od siebie pożyczać pieniędzy na rynku. Dlatego wzrost stóp w połączeniu ze zmiennym oprocentowaniem kredytów hipotecznych, zamiast być dla banków neutralny, jest dla nich niesamowicie korzystny.

Donald w czerwonym tramwaju

Pojawił się więc pomysł, autorstwa ekonomisty dra Marcina Wrońskiego, żeby zamrozić WIBOR dla starych kredytobiorców. Spotkał się on jednak ze zmasowaną krytyką.

Jednoznacznie skrytykował go także szef Narodowego Banku Polskiego. Adam Glapiński stwierdził między innymi, że byłaby to „niedopuszczalna ingerencja w prywatne stosunki prawne”, i przywołał jeszcze kilka innych argumentów, które były tutaj drugorzędne. Kluczowe było to, że według Glapińskiego zamrożenie WIBOR-u „zasadniczo utrudniłoby walkę z inflacją”.

I tu dochodzimy do sedna – oprocentowanie kredytów hipotecznych w Polsce jest zależne od zmiennego WIBOR-u nie dlatego, żeby chronić banki (a więc też i ich depozytariuszy) przed wzrostem kosztów, lecz po to, by móc w łatwy i szybki sposób ściągać nadmierną ilość gotówki, która znalazła się w portfelach Polaków. To jest jedyny powód dominacji kredytów ze zmiennym oprocentowaniem w Polsce. Gdyby oprocentowanie kredytów było stałe, wpływ podwyżek stóp procentowych na inflację byłby niższy, bo nie dałoby się zabierać tak łatwo ludziom pieniędzy.

Konieczny: Kapitalistyczny Zachód krytykuje zbrodnicze reżimy, ale na nich zarabia

A więc banki, w większości prywatne i w dużej mierze zagraniczne instytucje, nie tylko zostały zaprzęgnięte do prowadzenia polityki mieszkaniowej nad Wisłą, dzięki czemu mają stały dopływ nowych klientów przymuszonych do wzięcia kredytów hipotecznych, ale są w dodatku bezpośrednim wykonawcą polityki antyinflacyjnej naszego banku centralnego, na której notują ogromne zyski.

Tradycyjna polityka antyinflacyjna polega na ściąganiu nadwyżki pieniędzy z rynku. Przyjmijmy, że w takiej formie jest ona skuteczna (co akurat w obecnej sytuacji jest dosyć wątpliwe, gdyż większość czynników inflacyjnych jest zewnętrzna, wynika z barier podażowych oraz skokowego wzrostu cen surowców wywołanych m.in. wojną w Ukrainie i agresywną polityką Rosji).

Ale skoro wysoka inflacja wymaga ściągnięcia części pieniędzy z rynku, to dlaczego muszą one trafiać do prywatnych banków, a nie do budżetu państwa?

To może antyinflacyjna podwyżka podatków?

Skoro zmagamy się z wysoką inflacją, rząd powinien podwyższyć podatki lepiej zarabiającym, żeby ściągnąć pieniądze z rynku – ale od tych, których to nie zaboli.

Dzięki temu państwo nie musiałoby też zaciągać długu publicznego, co obecnie jest wyjątkowo drogie. Wystarczy zerknąć, co się dzieje z polskimi obligacjami na rynku – ich rentowność wzrosła w ciągu roku z 1,5 do 6 proc. Inwestorzy nabywający na rynku polskie obligacje oczekują obecnie czterokrotnie wyższej stopy zwrotu, gdyż życzą sobie wyższej premii za ryzyko – po części z powodu wojny w Ukrainie. Ten wzrost awersji do polskich papierów dłużnych w niedługim czasie odbije się na koszcie obsługi długu publicznego.

Powinniśmy więc podwyższyć dochody państwa, by nie musiało się ono zadłużać, bo obecnie jest to znacznie droższe niż chociażby w czasie pandemii.

Zamiast tego rząd planuje kolejną obniżkę podatków, która łącznie z Polskim Ładem uszczupli budżet państwa i samorządów o kolejne 30 mld zł. Wpompuje więc te pieniądze na rynek, co zaś skłoni Radę Polityki Pieniężnej do kolejnych ostrych podwyżek stóp procentowych. Do banków trafią wtedy kolejne miliardy złotych na czysto. Od końca maja banki dostaną kolejny zastrzyk świeżej krwi w postaci potencjalnych kredytobiorców bez oszczędności, których część zobowiązania będzie gwarantować państwo, czyli wszyscy podatnicy. Banki będą mogły więc udzielać im kredytów bez większych obaw.

Inaczej mówiąc, sprywatyzowaliśmy politykę mieszkaniową oraz politykę monetarną państwa. I powierzyliśmy ją bankom. W rezultacie mogą one generować stałe zyski bez większego wysiłku, a nawet bez obaw, gdyż większość ryzyka instytucje finansowe przeniosły na swoich klientów, ewentualnie państwo. Banki w Polsce osiągnęły pozycję prawdziwie hegemoniczną. I w sumie nic dziwnego, wszak premierem jest były prezes jednego z nich.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij