Gospodarka, Kraj

Baca-Pogorzelska: Związkowców i ekologicznej młodzieży nie da się pogodzić

Państwowe spółki importowały węgiel, rząd mówił, że trwanie przy nim to sprawa suwerenności. A związkowcy myśleli, że transformacja energetyczna to ściema dla Brukseli – mówi Karolina Baca-Pogorzelska, ekspertka w dziedzinie górnictwa.

Michał Sutowski: Ostatnio w kilku kopalniach pod ziemią strajkowali górnicy, domagając się gwarancji pracy i utrzymania wydobycia węgla do roku 2060, za to na ulicach kilkudziesięciu miast protestował Młodzieżowy Strajk Klimatyczny, który chce szybszego odejścia od węgla, niż zakładają plany Unii Europejskiej. Czy aspiracje i postulaty tych dwóch grup da się pogodzić?

Karolina Baca-Pogorzelska: Nie da się, choć polska polityka w obszarze klimatu, górnictwa i energetyki w ostatnich latach zakładała, że zjemy ciastko, a i tak nam zostanie na później. Dobrym tego przykładem jest niedawna wypowiedź Wacława Czerkawskiego, przewodniczącego Rady OPZZ Województwa Śląskiego, który na łamach „Biznes Alertu” bez żenady przyznał, że plany transformacji energetycznej związkowcy traktowali jako „ściemę dla UE”. Padły słowa: „myślałem, że my mimo wszystko będziemy robić swoje […], a tu okazuje się, że naprawdę jesteśmy po wyborach, oni naprawdę chcą skończyć z węglem”.

PiS nie ma już w perspektywie trzech wyborów, nie ma więc permanentnej kampanii wyborczej i w związku z tym nie musi się dogadywać z górnikami ani tym bardziej unikać konfliktu za wszelką cenę. Ostatnie tygodnie przyniosły najpoważniejszy kryzys w branży węglowej od początku rządów PiS, choć wcześniej udawało się – też PiS-owi – dość bezboleśnie zamknąć cztery kopalnie, czyli Makoszowy w Zabrzu, Śląsk w Rudzie Śląskiej, Krupiński w Suszcu i Wieczorek w Katowicach.

A co się zmieniło po stronie władzy? Bo w ostatnich latach nie tylko związkowcy mogli odnieść takie wrażenie, tzn. że rząd robi wszystko, by faktycznie przy węglu zostać jak najdłużej. I poprzednie rządy tak samo… Teraz nie było bezboleśnie. Dlaczego?

Bo kopalnia Ruda, gdzie ogniskował się protest, to nie jedna kopalnia, tylko aż trzy, a to już stanowi poważny problem dla Rudy Śląskiej i samorządu. Poza tym górnicy wkurzyli się, że minister aktywów państwowych Jacek Sasin pod koniec lipca przywiózł z Warszawy plan restrukturyzacji w teczce, a oni bardzo nie lubią takich sytuacji. Co nie znaczy, że nie chcą rozmawiać.

Ale wkurzyła ich „teczka”, czyli tryb narzucenia rozwiązań, czy sama treść dokumentu?

Jedno i drugie, bo w tym planie, który notabene minister Sasin raczył nazwać dziennikarskim fake newsem, a oczywiście nim nie był, zapowiedziano zamknięcie kopalń Wujek i właśnie Ruda już od października. To jest absolutnie niewykonalne, bo zamykanie tak wielkich zakładów wydobywczych zawsze rozkłada się na miesiące i lata.

Czyli przed wyborami „mamy węgiel na 200 lat”, a po wyborach zamykamy niektóre kopalnie prawie z dnia na dzień?

Złóż to pewnie mamy nawet na więcej niż 200 lat, aczkolwiek nikt już nie pamięta drugiej części wypowiedzi prezydenta, że węgla opłacalnego wydobycia to mamy na lat 30–40. Tyle że dotychczasowa polityka robi się coraz trudniejsza, zwłaszcza że Komisja Europejska zapowiada podwyższenie celów redukcyjnych emisji dwutlenku węgla na rok 2030 z 40 na aż 55 proc. względem roku 1990.

PiS kłamie, bo musi, albo czemu węgiel nie szkodzi

I to wzmocnienie celów klimatycznych przesądziło sprawę? Bo dotychczas agenda rządu, a przynajmniej wypowiedzi niektórych polityków były bliskie negacjonizmu klimatycznego…

Nie, bo one jeszcze nie są potwierdzone, zresztą przewodnicząca KE Ursula von der Leyen zapowiedziała je dopiero w sierpniu, już po rozpoczęciu protestów górniczych w Polsce. Najważniejsze były jednak motywy wyborcze – poza ogólną kwestią spokoju społecznego dochodziły sprawy symboliczne, jak to, że premier Morawiecki był przecież „jedynką” PiS na Śląsku, a także osobiste wpływy premier Szydło pochodzącej z Brzeszcz. To już jest Małopolska, ale tam też są przecież dwie kopalnie, Brzeszcze i Janina.

Czyli logika wyborcza, nie ideologia?

Dość wyraźnie świadczy o tym pozbycie się z rządu ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego, a to on najgłośniej mówił, że budowany blok elektrowni Ostrołęka C musi być koniecznie na węgiel. No a dziś widzimy, że jednak nie musi, bo powstaną tam bloki gazowe. Jeśli zaś chodzi o politykę unijną, to decydujące są nie tyle konkretne cele redukcyjne, ile fakt, że Polsce udało się w Brukseli wynegocjować zielone światło do 2040 na mechanizm rynku mocy. To rozwiązanie pozwala płacić wytwórcom energii za samą gotowość do jej produkcji w szczycie zapotrzebowania, a więc de facto za nowe moce.

Węglowe też?

Jak najbardziej, nie ma tu rozróżnienia na zielone, kopalne czy „czyste” źródła energii, liczą się każde dostępne w danym kraju. Dzięki temu mamy możliwość dofinansowania energetyki węglowej, bo aż do 2040 wolno nam robić aukcje rynku mocy i kupować prąd z tych jednostek za określoną cenę. A cena ta pozwoli im na opłacalność produkcji i amortyzację inwestycji. Ta data jest kluczowa – to właśnie dlatego w Polityce Energetycznej Państwa horyzont czasowy zakreślony jest do 2040 roku i dlatego w tym czasie zakładamy tak drastyczne zmniejszenie udziału węgla w polskim miksie energetycznym, bo z 72 proc. do 11 w ciągu 20 lat.

Krótszy prysznic i gaszenie światła nie uratują nas przed katastrofą [rozmowa z Iloną Jędrasik]

A potem? Bo kopalnie wedle umowy między rządem a górniczymi związkowcami mają działać do 2049 roku. To kto będzie spalał ich węgiel?

To jest tzw. doskonałe pytanie. Po 2040 nie będzie już zgody na ten rodzaj pomocy publicznej, tzn. na wspomaganie z kasy państwa bloków węglowych w elektrowniach. Zresztą już dziś nawet banki państwowe jak PKO BP nie chcą wspierać inwestycji ani w kopalnie, ani tym bardziej w produkcję prądu z węgla. Te najbliższe 20 lat to jest więc czas, kiedy mamy tworzyć nowe moce, czy to poprzez energetykę atomową, czy to morskie farmy wiatrowe na Bałtyku.

Mówiliśmy o tym, czym w rozmowach z górnikami i polityce energetycznej kieruje się strona rządowa. A czemu nie przysłała do negocjacji na Śląsk premiera? Górnicy się tego domagali…

Jakieś znaczenie miały na pewno rozmowy koalicyjne w Zjednoczonej Prawicy, ale według mnie nawet gdyby nie one, premier by nie przyjechał, bo nie chciał ulegać szantażowi.

Przyjechał wiceminister aktywów państwowych i pełnomocnik rządu ds. transformacji spółek energetycznych i górnictwa węglowego, Artur Soboń.

Tak, dodajmy, że to urzędnik, który nie ma nic wspólnego z branżą wydobywczą, jest historykiem z Lublina, więc może kiedyś widział Bogdankę… A zupełnie poważnie mówiąc, to nie rozumiem tej nominacji, bo funkcję tego rodzaju zawsze pełniła osoba, która coś wie o górnictwie. Wcześniej był to Adam Gawęda, były górnik, czy Jonasz Drabek, były ratownik górniczy.

Bendyk: Węgiel albo śmierć

Niemniej minister przyjechał na rozmowy. I zmierzył się ze zdeterminowanymi strajkującymi.

Strajk podziemny to najbardziej niebezpieczna forma protestu, rodząca zagrożenie dla zdrowia i życia ludzi, a także wartego dziesiątki milionów sprzętu. Chodzi o to, że „pracujący” górotwór się stale zaciska, jeśli nie są prowadzone prace rozszczelniające lub po prostu wydobycie, i może dojść do zakleszczenia. To się oczywiście nie dzieje od razu, ale oni tam siedzieli pod ziemią cztery dni…

Ryzykowali pod ziemią, a więc byli mocno przekonani do swoich racji.

Ale to jest jak zdarta płyta. Ja od 13 lat obserwuję tę branżę i po stronie związkowej widzę ciągle te same twarze, po drugiej tylko się zmieniają. To są wytrawni gracze i wszystkich po kolei ogrywają w ten sam sposób.

Trudno mieć pretensje do górników, że chcą utrzymać swoje miejsca pracy.

Ja bym jednak odróżniała interesy górników od interesów górniczych związkowców.

Dlaczego? Chyba udało im się uzyskać, co chcieli, i to w zgodzie z postulatami samych pracujących.

Nie do końca. Związkowcy forsowali zakończenie wydobycia na rok 2060, rząd mówił o roku 2040, krakowskim targiem stanęło na 2049.

Konieczny: Trzeba ciąć po imporcie, a nie po produkcji węgla w Polsce

Nigdy w negocjacjach nie osiąga się wszystkiego.

Nie o to chodzi. Ja po prostu nie wiem, co my będziemy robić z tym wydobywanym węglem, skoro kopalnie mają działać przez tyle lat, a jednocześnie on ma zgodnie z Polityką Energetyczną Państwa do 2040 roku znikać z miksu energetycznego. Już w 2040 roku to ma być ledwie 11 proc., w tym część na węglu brunatnym, bo będzie na pewno działała jeszcze elektrownia w Turowie. Kamiennego potrzeba będzie nie więcej niż 10 mln ton, a przecież sama Bogdanka wydobywa rocznie 9 mln ton. Co prawda, ich surowiec jest wysoko zasiarczony, ale akurat energetyka ma bardzo profesjonalne instalacje odsiarczające, no a poza tym ta kopalnia ma najniższe koszty wydobycia i stosunkowo łatwo dostępne złoże.

Słychać jednak głosy, że w przypadku zamknięcia kopalń Rudzie Śląskiej grozi los Wałbrzycha. Czyli katastrofa społeczna.

Nie musi tak być, ale żeby tego losu miastu zaoszczędzić, trzeba siąść do rozmów z samorządami, a tymczasem na razie rozmawia rząd ze związkami zawodowymi.

Może prościej zagwarantować działalność kopalni Ruda? Wtedy praca będzie na pewno. A najbardziej nierentowne części zostaną uprzednio zamknięte – kopalnia Pokój w roku 2021, Bielszowice mają być połączone z Halembą, a ta ostatnia ma działać do 2034 roku.

Pokój nie jest kopalnią nierentowną, tylko kopalnią, w której po prostu nie ma węgla i która powinna być zlikwidowana najpóźniej za rządów Ewy Kopacz. Była nawet na liście, ale ze związku Sierpień ’80, który tam rządzi, popłynął sygnał, że jak ją zamkną, to chłopaki nie wyjadą z dołu. A sama Halemba to osobny rozdział. Mam wrażenie, że nikt się nie uczy na tragicznych doświadczeniach. Przecież to jest bardzo niebezpieczna kopalnia, już po 1989 roku tam miały miejsce trzy wielkie katastrofy górnicze, w tym największa w 2006 roku, kiedy zginęły 23 osoby.

Protest górników: PiS ma na sumieniu niejedną złamaną obietnicę

Może po prostu trudno zaufać władzom, że faktycznie znajdą się jakieś nowe miejsca pracy? Jakkolwiek porównywalne, jeśli chodzi o zarobki? Żeby się nie skończyło opowieścią pt. nie masz pracy, to idź na magazyn do Biedronki…

Jasne, że nie można postąpić tak jak kiedyś ze stoczniowcami na Wybrzeżu, gdy robotnikom wykwalifikowanym tłumaczono, że mogą zrobić kursy na florystów czy fryzjerów dla psów. Ale też trzeba pamiętać, że współczesny górnik to nie jest facet po podstawówce, tylko wykwalifikowany robotnik, po technikum, nieraz z wykształceniem wyższym. A dla spawaczy i elektryków naprawdę nie brakuje miejsc pracy w przemyśle. Zresztą kiedy Zygmunt Solorz-Żak zamykał Kopalnię Węgla Brunatnego Adamów, to jej pracownicy zaczęli pracować przy fotowoltaice.

Na tych samych warunkach co dotychczas?

Ale powrotu do dawnych warunków już i tak nie będzie: barbórek, czternastek, deputatów węglowych, dopłat do biletów kolejowych na wakacje i paru innych benefitów, których nie potrafię spamiętać. A jeszcze w kwestii samych związkowców – bo mówiłam, że rozróżniam ich interesy od interesów górników – oni nie bronią tych kopalń tak chętnie dlatego, że muszą pokazać pracownikom, jak bardzo są potrzebni. I nawet nie dlatego, że oddziały związkowe w kopalniach oznaczają bardzo intratne etaty. Po prostu wielu bonzów związkowych prowadzi firmy obsługujące kopalnie, w których działają, więc ich likwidacja oznacza zmniejszenie zamówień dla ich firm. I to jest główny cel walk o jak najdłuższe działanie konkretnych zakładów pracy.


Tak czy inaczej, kiedy doświadczenia relacji z władzą są negatywne, kiedy nie wierzymy, że gra jest uczciwa na dłuższą metę, to pozostaje maksymalizować uzysk w pierwszej turze. Czyli wyrwać jak najwięcej dziś, bo i tak nie wiadomo, co przyniesie jutro…

Zgoda, ale trzeba pamiętać, że ludzie na to patrzą z boku i też się zastanawiają – gdzie mają się zamknąć czy zabarykadować nauczyciele i pielęgniarki, żeby uzyskać to, co im się należy?

Nawet tak bogaty kraj jak Niemcy od węgla kamiennego odchodził dziesiątki lat. Od wydobycia, bo spalanie trwa dalej. Ale niektóre miasta pogórnicze do dziś się nie podniosły po dekarbonizacji, jak np. Wuppertal…

Ale nasz Górny Śląsk, gdzie kopalnie są likwidowane od lat, udaje się zagospodarować. Katowice są świetnym przykładem miasta kwitnącego gospodarczo, tam przecież było kiedyś kilkanaście kopalń, a dziś działają dwie.

Dobrze, są tam różne zakłady przemysłowe, a bezrobocie w regionie jest niskie, ale co decyduje o tym, czy region po dekarbonizacji staje się GOP-em, a nie Wałbrzychem? Względnie – Katowicami, a nie Bytomiem?

Decyduje zdolność wszystkich aktorów do współpracy, zwłaszcza rządu z samorządami i stroną społeczną. Na stole musi pojawić się konkretna propozycja, jaką kiedyś dostały np. Katowice, gdzie na terenach pokopalnianych powstała m.in. nowa siedziba Muzeum Śląskiego i międzynarodowe centrum konferencyjne.

Oczywiście, decydują też dostępne fundusze. Kiedy likwidowano Zagłębie Wałbrzyskie, nie byliśmy jeszcze członkiem Unii Europejskiej, a Polska znajdowała się w dołku recesji transformacyjnej. Teraz mamy do dyspozycji Fundusz Sprawiedliwej Transformacji dla regionów pogórniczych i Polska może dostać ogromną jego część.

PiS nie jest tu gorszy od PO: politycy wciąż wierzą, że zmiana klimatu nie dotyczy Polski

Czytam niedawną rozmowę z wiceprezydentem Rudy Śląskiej i on mówi, że ze strony władz słychać zapowiedzi budowy w miejscu likwidowanych kopalń fabryki polskich samochodów elektrycznych Izera. Jakbym coś takiego usłyszał, to na ich miejscu też bym był podejrzliwy…

Fakt, samochody elektryczne to dość odważna wizja, ale już fabrykę produkującą części do wiatraków czy paneli fotowoltaicznych naprawdę można by tam postawić. Samorządy powinny dostać propozycję tworzenia nowych miejsc pracy w regionach, ale także opcje kredytów preferencyjnych dla górników na działalność gospodarczą, w grę wchodzi też sprawa zatrudnienia wysoko przecież wykwalifikowanych ludzi, np. w stoczniach produkujących maszty do farm wiatrowych. Część pracowników kopalń sama już zdążyła się przenieść z Górnego Śląska na Dolny, bo widzieli, że w KGHM praca dla nich będzie bardziej perspektywiczna.

Zaczęliśmy rozmowę od kwestii uzgodnienia priorytetów – miejsc pracy w górnictwie z ochroną klimatu. Ale czy na pewno to górnictwo i kopalnie są tym głównym hamulcowym? Bo mam wrażenie, że dużo większą zagwozdką są elektrownie, nie kopalnie. Kopalnię łatwiej, mimo wszystko, zamknąć niż zastąpić moce oparte na paliwach kopalnych…

Fakt, w tym sensie my w Polsce wszystko zaczęliśmy od tyłu. Ostatnia dekada – choć polityka klimatyczna Unii Europejskiej i świadomość globalnego ocieplenia nie są jakąś nowością – upłynęła pod znakiem budowy gigantycznych bloków węglowych. Zbudowaliśmy dwa po 900 MW w Opolu, największy w Unii Europejskiej blok węglowy, 1075 MW w Kozienicach, za chwilę będzie można uznać za gotowe to, co wybudowały Tauron wspólnie z Rafako w Jaworznie, też ponad 900 MW, wypadła tylko ta nieszczęsna Ostrołęka. Krótko mówiąc, sprokurowaliśmy sobie 4 GW nowych mocy węglowych, do tego jeszcze 460 MW na węglu brunatnym w Turowie.

„Czysty węgiel? Nie ma czegoś takiego”. Fotorelacja z demonstracji pod Ministerstwem Gospodarki

A po co? Bo rozumiem, że na utrzymanie kopalń jest nacisk społeczny, ale elektrownie?

No bo nie można tylko wydobywać, trzeba gdzieś jeszcze spalać to nasze narodowe czarne złoto. Okazało się jednak, że równocześnie zwiększaliśmy… import węgla do Polski, mówiąc zarazem, że trwanie przy węglu to sprawa suwerenności. Aż w roku 2018 ściągnęliśmy do kraju 20 mln ton węgla kamiennego, samemu produkując 60. Doszliśmy do sytuacji, w której likwidowaliśmy kopalnie, import surowca wzrastał, a jednocześnie węgiel leżał na zwałach, bo był drogi i jakościowo nieużyteczny. Ciepłownictwo np. mało korzysta z polskiego węgla, bo jest mocno zasiarczony, a nie ma pieniędzy na modernizację, żeby – tak jak w energetyce – dało się spełnić normy unijne przy spalaniu. Szukamy go więc w Rosji…

Przez jakiś czas rząd wymuszał na spółkach energetycznych zakup droższego węgla z Polski i przez to wspomagał kopalnie. Da się tak dalej?

Nie da się ze względu na sytuację finansową tych spółek. Ale jest jeszcze jeden zadawniony problem. Otóż jeszcze za rządów poprzedniej ekipy istniała pewna furtka dana przez UE dla pomocy publicznej, a mianowicie tzw. inwestycje początkowe w kopalniach. Chodziło o to, żeby mogły np. budować nowe ściany, modernizować fronty wydobywcze, po prostu fedrować optymalnie tam, gdzie się da. Tyle że dopiero w ostatnim roku obowiązywania tego mechanizmu kopalnie dostały na to 400 mln złotych, co przy ich łącznych inwestycjach rzędu 2 mld w roku jest kwotą mało poważną.

Czyli do tego wszystkiego fedrują jeszcze drożej? A czemu tych pieniędzy nie wydano? W końcu byłby wtedy argument, żeby kopalni nie likwidować, bo są nowoczesne…

Jak to zwykle bywa w polskim górnictwie – bo były inne wydatki i uznawano, że jakoś to będzie. Duży kryzys w związku z obniżką światowych cen węgla był już za rządu Ewy Kopacz, wtedy też notyfikowano Komisji Europejskiej pomoc publiczną na likwidację. Początkowo miała być dozwolona do roku 2018, potem do 2023. I to w sumie zrozumiałe, bo likwidacja kopalni rodzi gigantyczne koszty, których spółki wydobywcze nie byłyby w stanie ponieść. Teraz jednak doszliśmy do sytuacji, w której zapotrzebowanie na węgiel kamienny spada jeszcze szybciej.

Ende Gelände, czyli wojna o węgiel na polu kartofli

czytaj także

Ende Gelände, czyli wojna o węgiel na polu kartofli

Petr Zewlak Vrabec, Janek Rovenský

Spadek zużycia energii przez pandemię to raczej doraźna sprawa.

Ale to niejedyny powód. Przykładowo, mamy już 2 GW mocy w słońcu, które przyrosło głównie w ostatnich dwóch latach. Rząd więc uprawia tradycyjne polskie szycie i kombinowanie: zakazujemy np. państwowym spółkom energetycznym importu węgla. Tyle że w skład największej z nich, PGE, wchodzi spółka PGE Paliwa, która milion ton rocznie importuje na podstawie dawnych kontraktów przejętej spółki EDF. No i jest jeszcze Węglokoks, który kiedyś był wielkim eksporterem, ale skoro zagranica już naszego węgla nie kupuje, to się przestawił na jego sprowadzanie do kraju.

OK, jest „szycie”, „kombinowanie”, a widać po stronie rządu realną chęć przebudowy energetyki tak, żeby w końcu odejść od węgla? Czy dokumenty, o których już mówiliśmy, na czele z Polityką Energetyczną Państwa do 2040 roku, faktycznie wskazują na taką intencję?

Tak, widać też konkretne działania. PGNiG Termika buduje blok gazowy na Żeraniu, który zastąpi te węglowe, PGE zdecydowała, że w Dolnej Odrze nie powstaną bloki węglowe, tylko gazowe, po rezygnacji z budowy Ostrołęki C na węgiel wiemy już, że będzie gazowa. To, co się dzieje wokół Baltic Pipe, czyli gazociągu z Norwegii przez Danię do Polski, stwarza szansę, że uda nam się uniezależnić od dostaw ze Wschodu, a UE uznaje paliwo gazowe za przejściowo dopuszczalne.

Atom będzie?

Nie wiem, co myśleć o tych planach, bo wiemy, że np. Finlandia buduje swój blok Olkiluoto 3 piętnasty rok, mimo że wedle założeń miał produkować energię już w 2009 roku. Oczywiście, grało tam rolę kilka czynników – jak zmiany przepisów czy właściciela – ale jeśli nawet tak świetnie zorganizowani Finowie sobie nie radzą z budową na czas, to i w Polsce termin 2034 musi budzić sceptycyzm.

Atom – szansa czy zagrożenie? [wyjaśniamy]

A co z energią wiatrową na morzu?

Tu sprawy wyglądają całkiem obiecująco. Najbardziej zaawansowana jest Polenergia z grupy Kulczyk Investments, która ma w fazie rozwoju 3 GW mocy na morzu, potem państwowa PGE Baltica, no i są plany Orlenu. Eksperci, którym ufam, mówią, że 10 GW mocy możemy mieć zainstalowane w perspektywie 2040 roku, a pierwsze wiatraki staną na Bałtyku w okolicach roku 2025.

Czemu tak późno?

Bo elektrownie wiatrowe przechodzą procedury środowiskowe jak każde inne, a do tego dochodzą uregulowania gospodarki morskiej. Druga rzecz to dostępność statków stawiających maszty, która jest ograniczona. My produkujemy własne maszty w stoczniach, ale statków tego rodzaju na świecie jest bardzo mało i są kontraktowane z dużym wyprzedzeniem. W kolejnych latach boom na budowę farm w Europie będzie jednak trochę słabł, bo rynek się nasycił, więc będziemy je mogli wykorzystać. Trzeba pamiętać, że to jest bardzo trudna operacja logistyczna – to nie blok węglowy, który jest – w pewnym uproszczeniu – sporym budynkiem z kotłem w środku i których nastawialiśmy już w Polsce dziesiątki, więc wiemy, jak to robić. Niemniej, koszt budowy farm wiatrowych spadł przez ostatnie cztery lata aż o 30 proc.

Słyszymy słowa o „modelu niemieckim” odchodzenia od węgla, co ma chyba znaczyć, że transformacja będzie trwała długo. Czy podtrzymanie pracy kopalń przez tak wiele lat i gwarancje zatrudnienia w nich do emerytury spinają się w ogóle z celami redukcyjnymi emisji i wydobycia?

Nie wiem, czy cokolwiek się tu spina, bo nawet ogłoszona Polityka Energetyczna Państwa 2040 nie jest zbieżna z Krajowym Planem Energii i Klimatu z grudnia 2019, a przecież nie wiemy cały czas, czy prawo unijne będzie wymagało redukcji emisji o 40 proc., czy o 55 do 2030 roku. I w sumie nic w tych niezgodnościach dziwnego, bo myślenie polskich elit o klimacie i energii w długiej perspektywie najlepiej wyraził kiedyś eksminister Krzysztof Tchórzewski, który na jednej z konferencji palnął, że nie wie, co będzie za ileś lat, bo on już nie dożyje.

A gdyby gorsetu polityki unijnej nie było, gdybyśmy sobie jakiś polexit zafundowali – czy Polska redukowałaby emisje i wydobycie węgla?

Jestem przekonana, że decyzje byłyby wówczas inne, no bo jaki argument rząd miałby w rozmowach z branżą górniczą? Czyste powietrze to wciąż trochę mało.

Ale przecież koszt wydobycia i spalania węgla nie zależy tylko od prawa unijnego. Stać nas na coraz droższy prąd?

No to co? Od czego mamy Urząd Regulacji Energetyki, który powstrzymał ostatnio podwyżki dla gospodarstw domowych przed wyborami? Przecież ceny energii w grupach G, czyli dla odbiorców indywidualnych, nie mają nic wspólnego z kosztami produkcji. Owszem, ceny prądu dla przemysłu są już bardziej rynkowe, ale największe spółki, nawet te skarbu państwa, budują już swoje własne źródła energii. KGHM, a nawet Polska Grupa Górnicza zaczęły budować własne farmy fotowoltaiczne, co jest pewnym chichotem historii…

A czy konsolidacja przemysłu paliwowo-energetycznego może pomóc w transformacji energetycznej?

Szczerze mówiąc, nie wiem. Jeśli połączymy Orlen z Lotosem i PGNiG, to wraz z przejętą już Energą powstanie niesłychany moloch o potencjale monopolisty. I kiedy patrzę na sposób działania – i tak sporo mniejszych – PGG czy KGHM, to mam bardzo poważne wątpliwości, czy uda się w nich dobrze zarządzać czymś tak skomplikowanym jak transformacja w stronę czystej energii.

**

Karolina Baca-Pogorzelska (ur. 1983) – absolwentka Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW, dziennikarka i autorka książek, inżynier górniczy drugiego stopnia. Współpracowała z „Rzeczpospolitą” i „Dziennikiem Gazetą Prawną”. Jest współautorką książek (wraz z fotografem Tomaszem Jodłowskim) Drugie życie kopalńBabska szychta i Ratownicy. Pasja zwycięstwa, a ostatnio, z Michałem Potockim – Czarne złoto. Wojny o węgiel z Donbasu.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.