Felieton

Powrót do zamkniętego pokoju, w którym straszy

Kolejka aut wracających do kraju na przejściu granicznym w Jędrzychowicach. Fot. Jakub Szafrański

A może czas na takie unijne, ponadnarodowe Bractwo, wyznające świeckość, racjonalizm i cywilizowane prawo? Jestem pewien, że wielu Europejczyków chciałoby jakiegoś Państwa Europa. Federacji, która byłaby zdolna ukrócić egoizmy. Czekam na taki projekt. Bo nie chcę siedzieć całe życie w zamkniętym pokoju.


Jechałem przez zadżumionę Europę i patrzyłem, jak europejski domek z kart wali się na naszych przerażonych oczach. Ale co z tego, że wszyscy widzimy, że się wali, i że w gruncie rzeczy nikt tego nie chce: przecież nawet lepeniarze i salwiniści, ba, nawet kotlebowcy ze Słowacji uznali, że lepiej Europie razem, niż osobno. Ze świecą szukać między nami siły, która potrafiłaby go tak skutecznie wesprzeć, żeby się nie zawalił.

„Każdy kraj, tak czy owak, gra na własną korzyść” – głosi mantra polityków, którzy ogłaszają się realistami, szczególnie tych z populistycznej prawicy. A to znaczy tyle, że „my też musimy to robić, żeby nas nie wyrolowano, żebyśmy nie zostali z tyłu”. Jasne, ma to sens, ale krótkoterminowy. Na dłuższą metę bowiem napędza myślenie, które nie pozwoli nam dłużej funkcjonować w zbiorowości.

Chrońmy ludzi, nie granice

czytaj także

Chrońmy ludzi, nie granice

Marta Górczyńska

Gdy wyjeżdżałem z Grecji, koronawirus szalał już we Włoszech, które zaryglowały się na trzy spusty, i budził już silną panikę w Polsce. Za to w Grecji wszyscy wydawali się mieć go gdzieś. Knajpy były pełne, wiosna szalała całą gębą i wizja jakiegoś abstrakcyjnego kataklizmu przypominającego grypę wydawała się nierealna. – Ogłosili pandemię – oznajmił mi właściciel hoteliku, w którym się zatrzymałem. Po czym poszedł pić kawę i piwo do kafejki swojego znajomego, w której, poklepując się po plecach z kolegami, zbity z nimi w kupę jak w kościele, siedział do późnych godzin wieczornych.

Ja przygotowywałem się do wyjazdu. Chciałem zdążyć do Polski, zanim wszystkie granice po drodze zamkną się ze strachu na amen i zostanę na czas nieokreślony poza krajem.

Otwarta Europa, do której już się przyzwyczaiłem, znów się zamykała, dzieliła na kawałki i odgradzała od siebie. Znów, jak to pisał Józef Roth, zaczynaliśmy mieszkać, zamknięci w pojedynczych pokojach, zamiast funkcjonować swobodnie w całym domu. Na razie tymczasowo. Na dłuższą metę – diabli wiedzą.

Co więcej, lokatorzy tych pokojów już się zaczęli ze sobą żreć. Po raz pierwszy w najnowszej historii europejski homo sapiens tak wyraźnie rozumie, że może tylko bezradnie przyglądać się procesowi, który toczy się obojętnie, niezależnie od jego woli i świadomości, gnany samą  grawitacją w dół spirali. Wywołanej, dodajmy, nie celowo, lecz zbudowanej z drobnych gestów ludzi o różnych intencjach. Z których wytwarza się jeden wielki huragan niszczący to, co udało się osiągnąć po II wojnie światowej i upadku bloku radzieckiego. I nikt nie ma pojęcia, jak go zatrzymać.

Na Lesbos nasłuchałem się, jak to Unia Europejska zostawiła Grecję z problemem obozów dla uchodźców i migrantów. Były to słuszne żale.  Bo owszem, jeśli spojrzeć z zewnątrz, to fakt istnienia tych przeludnionych obozów na terenie Grecji niespecjalnie wpływa na sytuację regionów w których leżą. Tyle że te obozy są tykającymi bombami. Warunki, w jakich żyją tam ludzie sprawiają, że wystarczy jakiś zapalnik wrzucony do środka (niech to będzie, na przykład, choćby plotka o koronawirusie) i mogą wybuchnąć.

Na samym Lesbos, kilka kilometrów od stolicy wyspy – Mytileny, pod wsią Morią, chodziłem po obozie, w którym już teraz znajduje się więcej osób niż liczy sama stolica. Obóz wyglądał z wierzchu jak coś w rodzaju średniowiecznego miasta z wąskimi, błotnistymi uliczkami pomiędzy naprędce zorganizowanymi sklepikami z mydłem i powidłem, prostymi usługami – w jednym z namiotów mieścił się nawet salon profesjonalnego barbera, w którym strzygł facet z Iranu. Ale pod tymi namiotami aż wrzało: przeludnienie, marazm, konflikty między migrantami, o których nikt poza samymi zainteresowanymi nie wiedział. A do tego patriarchalne i homofobiczne zasady panujące w wielu imigranckich społecznościach, które sprawiają, że życie w nich zaczyna przypominać piekło.

To, co się dzieje dziś w Grecji, jest pośrednio konsekwencją braku działań polskiego rządu

A ta bomba, powtórzmy, tyka: już w lutym wściekli migranci, którzy tkwią tam bez nadziei od nie wiadomo kiedy i posiedzą jeszcze nie wiadomo ile, pomaszerowali na Mytilenę. I histeryczna nieco oraz brutalna reakcja policji, która tłukąc ludzi i wypuszczając na nich gazy zagnała ich z powrotem do obozu pokazuje, jak bardzo Grecy się tego boją.

Zresztą trudno im się dziwić. Unia wystawiła ich do wiatru, jak twierdzą, po raz drugi. Najpierw – podczas kryzysu gospodarczego, głównie przez upór Niemiec. Potem – w czasie kryzysu uchodźczego, gdy UE otworzyła granice, a Merkel powiedziała wir schaffen das, damy radę. Tyle że to Grecja, jako graniczny kraj Unii, stała się bramą uchodźców do Europy. Co za tym idzie – miejscem, do którego się ich odsyła, jeśli okazują się niechciani w innych, dalej i wygodniej usytuowanych krajach Unii. Po raz trzeci wreszcie – teraz, gdy UE daje Grekom, dla uspokojenia sumienia, pieniądze na utrzymanie obozów. A to, co w nich się dzieje i jak to promieniuje na okolice – spada na drugi plan.

Chciałem zdążyć na granicę z Macedonią

Jechałem na północ. Nocą grecka autostrada prowadząca w stronę Macedonii była pusta. Jeszcze nikt tam nie mówił, że Grecja czy Macedonia zamkną granicę, ale i tak prawie żaden Grek nie widział potrzeby podróży do byłej Jugosławii. Trzydzieści lat minęło od jej rozpadu, ale Grecy nadal nie chcą mieć niczego wspólnego z Bałkanami. Odruch i pamięć tamtego odcięcia są mocne i zanim zdążyło się zatrzeć, wszystko powoli wydaje się wracać do stanu sprzed zacierania. I to szerzące się jak koronawirus myślenie: „Unia to ściema. Wszystkie państwa i tak myślą wyłącznie o sobie. My też musimy to robić. Nie stać nas na idealizm”. Tej idei nie da się zatrzymać kwarantanną.

Koronawirus pogłębił narodowe uprzedzenia. Również wobec Europy Wschodniej, w tym Polski

Oczywiście, są powody do takiego myślenia. Niemcy, na przykład, uparły się przy Nord Streamie 2 robionym razem z Rosjanami, na niekorzyść Europy Środkowej, w tym Polski – i nie odpuszczają ani na krok. Francuzi co chwila wrzucają jakiś ego-kwiatek: a to grają tak, by przypadkiem francuscy rolnicy nie stracili przy okazji rozwoju „nowych” państw UE, a to dogadują się na boku z Chińczykami, a to wreszcie blokują przyjęcie Albanii i Macedonii.

Macedonia zresztą to wyjątkowo mocny przykład upokorzenia małego państwa wziętego w dwa ognie przez innych członków UE: Grecję i Francję.

W Skopju, pełnym desperackich, kiczowatych potworków antykoidalnych, które mają dowieść wielkości i starożytności tego nieszczęsnego kraju (a dowodzą czegoś zupełnie przeciwnego), wszedłem do siedziby rządu. Pamiętałem, że na fasadzie tego quasi-starożytnego budynku widniał kiedyś napis „VLADA NA REPUBLIKA MAKEDONIJA”.

Jak Europa Bałkany do wiatru wystawiała

czytaj także

Ciekawy byłem, czy po zmianie nazwy na Macedonię Północną, a więc po samoupokorzeniu się tego małego i nikomu, poza sobą samym, nie zagrażającego kraiku, zmienią też napis na fasadzie. Nie zrobili tego. „I bardzo dobrze” – pomyślałem. Ale też nie zostawili jak było – po prostu zdjęli poprzedni i nie powiesili nowego.

Na zmianę nazwy nalegała małostkowo Grecja, uzależniając od tego macedońskie być albo nie być w UE i NATO. Macedonia zgodziła się ulec silniejszemu, choć przecież Unia miała możliwości, by przywołać Grecję do porządku. Jeśli umiała skutecznie cisnąć o wiele silniej tam, gdzie nie do końca powinna, czyli po kieszeni, to mogłaby i wybić Grekom z głowy głupawe, nacjonalistyczne czepianie się sąsiadów. Nic takiego się jednak nie stało. Grecja osiągnęła co chciała. A proces akcesyjny Macedonii, od niedawna Północnej, i tak zatrzymała Francja. Z egoistycznych pobudek.

Środkowa Europa, jak wiadomo, równie egoistycznie, dla wewnętrznych korzyści, odmówiła przyjęcia niewielkiej nawet ilości migrantów, choć ten ruch nie miał żadnego istotnego sensu. Kilka tysięcy osób nawet szczeliny by nie zrobiło w konstrukcji społeczeństw Polski, Czech, Słowacji czy Węgier. Nie wspominając o tym, że i tak wcale nie chcieli w tych państwach zostawać. Ale niekonsultowana z nikim decyzja Niemiec o ich przyjęciu również, według wielu, przyniosła brutalne zrzucenie na kraje członkowskie zbyt wielkiego ryzyka i wyzwań, których sobie nie życzyły.

Grecy (i w ogóle europejskie Południe) patrzą na cynicznie kalkulujące każde euro Niemcy jako na tyrana, który, niczym zmora Januszowi Radziwiłłowi w Potopie, siadła na piersi i dusi. W warunkach tego galopującego egoizmu Brytyjczycy w ogóle wyszli z UE i dali sobie spokój z udawaniem, że chodzi im o interes Wspólnoty. Niemcom, z kolei, wygląda na to, że być może i nadal o niego chodzi, ale swoim mało liczącym się z innymi  zachowaniem często wysyłają Unii przeciwne sygnały. A ci, którzy systemowo są do Niemiec uprzedzeni (jak na przykład polski PiS) – grają na tych sygnałach jak na flecie.

A zatem Trump wiedział co robi, wypowiadając miękką wojnę właśnie Niemcom jako unijnym hegemonom. Zagrał o wiele skuteczniej niż Putin z jego wojenką podjazdową przeciwko Unii Europejskiej, toczoną za pomocą małych, jak na razie, skrajnych partyjek: uderzył w najważniejsze pęknięcie w Unii. Wbił klin pomiędzy tych, którym nie przeszkadza niemiecka dominacja w Unii, i tych, którym, i owszem, przeszkadza bardzo. A to podstawowy podział we współczesnej Europie.

Jedni nie dali się na to nabrać (Francuzi),  innym, jak na przykład Węgrom, niemiecka dominacja nie przeszkadza, bo mają ją wpisaną w plan rozwoju i jest ona być albo nie być gospodarki. Za to Polska, dała się nabrać bardzo mocno. PiS klaskał usłużnie Trumpowi niczym śmierciożercy Voldemortowi. Prezydent USA gra cynicznie, chaotycznie i wbrew polskiemu interesowi na rozpad UE i nie będzie się bał, w razie czego, pozostawiać sojusznika na polu walki. W Warszawie czytał pisowcom jakieś popłuczyny pisane przez antysemickiego nacjonalistę, w których mnóstwo było rzuconych Polakom ochłapów o bohaterstwie, braterstwie itd. Andrzej Rosiewicz śpiewał „Trumpin’ and Jumpin’”, a PiS podskakiwał.

Spieszyłem się do granicy z Węgrami

Za to na serbskiej granicy wszystko było jak zawsze. Chłop, który sprawdzał mój paszport miał na twarzy maseczkę, ale chyba nie chciał, żebym go wziął za jakiegoś tchórza, czy coś, bo mocno zastrzegał, że to tylko dlatego, że mu tak kazali. Celnik pytał, czy w Polsce mamy już koronawirusa czy jeszcze nie. Brzmiało to jak pytanie, czy już nadążamy za światową modą, czy jednak jesteśmy z tyłu. Jechałem i sprawdzałem tweety i strony wszystkich możliwych polskich instytucji, które pozwoliłyby mi się zorientować w sytuacji: którędy mam jechać, gdzie przepuszczają, a gdzie nie i czy ryzykować zieloną granicę, czy to jednak nie ma sensu. Informacje były zdawkowe, niepełne i pozostawiały wiele wątpliwości. Numer, który podało MSZ dla Polaków wracających z zagranicy był numerem widmo. Wybierałem go często. Albo było wiecznie zajęte, albo nikt nie podniósł słuchawki. Nie dodzwoniłem się ani razu.

Pod Belgradem wisiały wielkie bilbordy o serbsko-rosyjskiej współpracy. Serbia niby jeszcze niedawno zmierzała do Unii, bo wiedziała, że Rosja nie jest żadną alternatywą, ale w sytuacji, gdy Unia stała przed nią naga i bezradna, pozbawiona jakichkolwiek możliwości – ta „żadna alternatywa” powoli zaczęła stawać się realną. Od dawna zresztą Unia traciła na Bałkanach wszystko, co przecież mogła zyskać. Miała gigantyczny wpływ na rządzących Bośnią i Kosowem i miała szansę zadziałać skutecznie: zrobić z tych krajów w miarę sprawnie funkcjonujące gospodarki, zrewitalizować je, tak choćby, jak Saakaszwili zrewitalizował Gruzję. Doprowadzić do tego, by powstały z nich promieniujące na całe Bałkany przykłady europejskiej siły i sukcesu. Ale UE nie miała takiej woli. Do tego rosnący nacisk eurosceptycznych sił, podkręcanych przez myślenie „i tak każdy realizuje własne cele, co my się będziemy wygłupiać” sprawiał, że nadawanie Europie większej siły sprawczej w regionie wydawało się niemożliwe.

W każdym razie – myślałem, tnąc nudną, serbską autostradą na Węgry pod bombardowaniem spekulacji, czy Węgrzy zamykają już teraz granicę, czy nie – myślenie prowspólnotowe jest już czystym frajerstwem. Wszyscy zaczynają kombinować na własną rękę. Wszyscy zaczynają myśleć tak, jak Jarosław Kaczyński pisał już 10 lat temu, w Polsce naszych marzeń, w której UE przedstawiona była wyłącznie jako wielka, otwarta kieszeń, z której Kaczyński może sobie brać co tylko mu się podoba. A jeśli uda mu się skutecznie zamydlić oczy unijnym urzędnikom, to będzie jeszcze okazja do mołojeckiego porechotania.

Polska kaczych marzeń [Szczerek czyta Kaczyńskiego]

Jechałem, bo chciałem zdążyć przed zamknięciem granicy przez Czechy. Miało to nastąpić o północy. Węgrzy na granicy mieli gdzieś, czy mam koronawirusa, czy nie. Nikt o to nie pytał. Niecałe pięć lat temu to właśnie tutaj, na tej granicy Orban odstawił pokaz egoizmu, gdy zabronił uchodźcom i migrantom przejścia przez Węgry w stronę Europy Zachodniej. W tym roku cieszył się, że „Europa w końcu zmądrzała” i że, nie wpuszczając migrantów z Turcji do Grecji przez granicę na Ewrosie, robi dokładnie to samo, co on już w 2015 r.

Było to oczywistą bzdurą, bo Orban nie zatrzymywał żadnej migracji do UE, po prostu zamykał jedno z przejść na jednym ze szlaków. Decyzja podjęta była autorytarnie i bez liczenia się z głosem kogokolwiek innego. Ale trudno było toczyć na ten temat debatę: PiS wrzeszczał, że uchodźcy precz, lewicowy zamek wampirów  że wszyscy welcome jak leci i jakoś to będzie, a centrum trzęsło się ze strachu i szukało dziury, do której by się mogło schować, żeby tylko nie zająć stanowiska.

Koronawirus w Czechach: skołowane państwo

Kolejka na węgierskiej granicy była króciutka i znów można było ciąć przez czarną pustkę krajową autostradą, której istnienie jest, jak tak się zastanowić, średnio korzystne dla węgierskiej dumy narodowej, bo można nią przejechać przez całą oficjalną węgierskość w ciągu paru godzin. Ale i tak nie miałem szans zdążyć przed zamknięciem czeskiej granicy.

Zastanawiałem się co dalej. Telefon dla suwerena podany przez MSZ po pańsku milczał, a z informacji dostępnych na oficjalnych stronach resortu oraz ambasad wynikało, że Czesi granicę zatrzaskują na amen, a na tranzyt mogą liczyć tylko kierowcy TIR-ów. Zresztą i tak najprostsza droga do Czech wiodła przez Bratysławę i kawałek zamkniętej już od jakiegoś czasu Słowacji.

Do polskiej granicy

Jechałem zatem na Austrię. Była 2 w nocy, i zastanawiałem się, czy próbować jednak na granicy czeskiej czy nie. Zdecydowałem, że nie ma to sensu: będę musiał stać w długiej kolejce, a na końcu i tak się okaże, że muszę wracać. Tym bardziej, że Austria, z której terytorium miałem przekroczyć granicę, była w Czechach uznawana za kraj wysokiego ryzyka. Przespałem się więc i pojechałem w stronę Niemiec. Które zresztą też ogłosiły, że zamykają granice. Gdy jednak przekraczałem ją pod Salzburgiem, między Tyrolem a Bawarią, na granicy nie stała nawet policja. Tylko długa jak diabli kolejka po – tańszą widocznie – austriacką benzynę pokazywała, co się święci. Gdy tankowałem w małej stacyjce po niemieckiej stronie, facet z obsługi nie wyszedł do mnie. Stał za szybą, zrobił z dłoni maseczkę i udawał, że kaszle. Kazał mi skorzystać z automatycznej kasy.

Buras: Z powodu koronawirusa nawet Niemcy mogą dojść do granic swoich możliwości

W Niemczech już mówiło się o zamykaniu kin, teatrów, knajp i innych punktów usługowych. Ludzie przestawali wychodzić z domu. Straż graniczna informowała, że na przejściach stoi się po kilka godzin. Jechałem cały dzień i nie miałem siły stać. Przez booking znalazłem jakiś tani pensjonat w środku lasu. Jechałem wyboistymi drogami i czułem się jak w czarnym lesie z bajki o Jasiu i Małgosi. Właściciel podszedł do recepcji, ale rozmawiał ze mną z odległości kilku metrów. „W tych czasach” – mówił – „trzeba uważać”. Ale chciał pogadać. Nic dziwnego, myślałem, w tym środku saskiego lasu mógł pogawędzić co najwyżej z duchami legionistów Kwintyliusza Warusa powybijanych przez Germanów. A i to nie za bardzo, bo przecież Las Teutoburski leżał o wiele bardziej na zachód, w tej drugiej Saksonii. „Ten koronawirus pozostawi za sobą więcej bankrutów niż trupów, zobaczy pan” – mówił.

Pożegnanie z francusko-niemiecką Europą

czytaj także

Wyjechałem przed świtem. Chciałem zdążyć na możliwie najmniejsze graniczne kolejki. Niemieckie radio gadało głównie o tym, że Polacy poblokowali drogi i że kolejki rosną. Postanowiłem jechać powoli i spokojnie, małymi dróżkami, wzdłuż Nysy i Odry, na północ. Nigdzie się już nie spieszyłem. I tak już miałem przerąbane: jechałem do tej pory szybko, nadrabiałem drogi o tysiąc kilometrów, spieszyłem się, więc autostradami, a tam opłaty, winiety i paliwo, i wydałem tyle, że wpadłem w czarny marazm i postanowiłem, że kolejny bak i tak nie uchroni mnie przed finansowym upadkiem. Było ciepło i wiosennie, Niemcy wyglądały przyjaźnie. Wcale nie jak kraj, który – co by nie mówić – w znacznym stopniu przyczynił się do wytworzenia tej spirali nieufności, która właśnie wciąga całą Unię Europejską w otchłań.

Bo to wszystko musi zaczynać się u najsilniejszego, czyli w Niemczech. To one muszą budować zaufanie. Bo jeśli to najsilniejszy w klasie pozwala sobie na egoizm, to reszcie pozostaje już robić tylko to samo co on. Bo inaczej w oczach wszystkich innych, a i swoich własnych, będą uchodzili za frajerów. A Niemcy, choć – nie wątpię – na pewnym poziomie są nadal bardzo prounijne, to przewrażliwione na punkcie swojej pozycji, godności i sytuacji ekonomicznej krajami zachowywały się jak słoń w składzie porcelany.

Merkel w jednym ze swych pięknych przemówień obiecywała, że „nigdy więcej egoizmu i nacjonalizmu”, ale przecież nie zamierzała i nie zamierza odpuścić Nord Streamu. W greckiej sprawie Niemcy trzymały się twardo własnego stanowiska. Nawet w sprawach węgierskich, co Niemcom ma za złe wielu opozycjonistów, powstrzymują się od mocnych ataków na Orbana. Znów, z powodów paskudnie egoistycznych, bowiem to na Węgrzech właśnie mieszczą się ważne montownie niemieckiego przemysłu samochodowego.

Ale przyznać trzeba i co innego: Niemcy robią też wiele w sprawie europejskiej integracji. To oni, jako chyba ostatni poza Macronem, trzymają wysoko jej sztandar. I dlatego przy niemieckim egoizmie, przykrytym dla niepoznaki unijną flagą, ryczący i ziejący egoizm pisowskiej Polski czy orbanowskich Węgier wydaje się gorejącą stodołą przy małym ognisku.

Ale piłka jest mimo to po stronie Niemiec. Bo kraj, który jest w Unii najsilniejszy gospodarczo i politycznie, nie może pozwolić sobie na egoizm nawet najmniejszy. Bo od tego napędzają się kolejne i kolejne. Myślenie typu „interes Wspólnoty? Frajerstwo!”.

Niemiecki flirt ze skrajną prawicą

Gdyby Niemcy zdobyły się na jakiś demonstracyjny gest solidarności – na przykład rezygnację z drugiej nitki gazociągu pod Bałtykiem – być może udałoby się zatrzymać tę spiralę nieufności, która w czasach pandemii każe nam zapominać, że formalnie nadal stanowimy Unię, przez co panicznie opadamy w narodowe egoizmy. Potrzebny jest jakiś gest dobrej woli, który musieliby docenić nawet pisowcy.

Pułapka egoizmów

Tego gestu jednak nie ma i wszyscy patrzą na Niemcy z nieufnością, nie tylko media premiowane przez obecną władzę. Rządzeni przez populistycznych nieudaczników, jak PiS, albo populistyczne kombajny do zawłaszczania państwa, jak FIDESZ, opadamy w to wszystko, w co nie powinniśmy. A czemu? Bo to zbliża nas do stanu znanego z końcówki PRL-u: niemocy, beznadziei i nieznośnego zamknięcia.

PiS kręci swoje wałki przy wyborach. Konieczne reformy przeprowadza jak głupi głupszego przez jezdnię i zamienia w ich własne karykatury – upartyjniając państwo, próbując kontrolować sądy i zamieniając publiczną telewizję w propagandowy kabaret. Wreszcie, pozostawia państwo bez nadziei na jakiekolwiek zmiany, bo kto niby miałby je przeprowadzić? PO, które nie wie, gdzie ma głowę, a gdzie nogi, gdzie w ogóle Polska leży na mapie i o co w niej chodzi?

Europejska armia ma sens

Gdy do tego wszystkiego zniknie jeszcze Unia, zamkniemy się  do końca w tym toksycznym, nacjonalistycznym, zakłamanym, pełnym hipokryzji i wtórnego imposybilizmu bajorze. Węgry mają to samo: Orban, wykorzystując epidemię, kumuluje władzę jak dyktator wojenny w czasie rzymskiej republiki. I diabli wiedzą, czy ją odda, czy zagra Cezara, który nie bardzo miał ochotę się z nią rozstawać. Niepomny na marny Cezara koniec, ktoś powie. Ale Brutusa, który mógłby mu zagrozić, czyli swojego dawnego przyjaciela, Lajosa Simiskę, premier Węgier już dawno wysłał na zieloną trawkę do pasania kóz.

A wszystko to, co gorsza, dzieje się w czasach, gdy kraje Europy Wschodniej – i słusznie – zaczynają zastanawiać się, czy aby neoliberalna droga, którą w czasach Fukuyamy wiedziono ich do kapitalizmu i ogólnie na Zachód, nie wprowadziła ich w peryferyjną pułapkę średniego rozwoju? W sytuację rezerwuaru taniej siły roboczej, który jeszcze w dodatku wszyscy dookoła pouczają.

Ale co zrobić? Jakie jest wyjście? Jak wydobyć się z tego nadętego egoizmu, który ciągnie nas w dół? Jak choćby marzyć o silnej, sprawczej Europie, która rozwija swoje peryferia, i to bardziej efektywnie, niż – powiedzmy Stany Zjednoczone czy ZSRR rozwijały swoje?

A może faktycznie czas na silną europejską organizację? Na startującą w wyborach państwowych paneuropejską partię, na takie unijne, ponadnarodowe Bractwo Muzułmańskie, tylko wyznające przeciwne niż Bractwo wartości? Świeckość i racjonalizm w miejsce państwa religijnego, prawa mniejszości w miejsce dyktatury patriarchatu, cywilizowane prawo w miejsce szariatu? Bractwo działające na zasadzie ponadgranicznej? Zahukani przez prawicowy populizm, przez nieogar centrum i niemoc lewicy, bojąc się własnego cienia – nie chcemy nawet o tym pomyśleć. Ale jestem pewien, że wielu Europejczyków chciałoby jakiegoś Państwa Europa. Federacji, która byłaby zdolna ukrócić egoizmy, w tym te najbardziej groźne, niemiecki i francuski.

Czekam na taki projekt. Bo nie chcę siedzieć całe życie w zamkniętym pokoju. Choćby dlatego, że jeśli mnie w nim zamkną, to nie będę mógł swobodnie jeździć nawet po tym całym Międzymorzu, o którym tyle się mówi.

Czy majowe wybory to podpucha?

Wjechałem do Polski po trzech godzinach czekania. I tak miałem szczęście – ludzie, którzy wracali po mnie czekali godzin kilkadziesiąt, a kolejki sięgały Berlina. A dlaczego stałem tak długo? Diabli wiedzą. Koleś w żółtym kombinezonie zmierzył mi temperaturę termometrem, zajęło to jakieś dwie sekundy, wypełnioną zawczasu kartkę dałem innemu kolesiowi, zamotanemu jak bąk. Bajzel zresztą był taki, że mogłem swobodnie przejechać obok niego i nikt by się nie kapnął, bo nikt by nie wiedział, czy jestem już odprawiony czy nie. Wpisałem mu na tej kartce adres, pod jakim będę odbywał kwarantannę oraz swój numer telefonu. Do tej pory nikt nie sprawdził, czy faktycznie tu siedzę, chociaż siedzę. Nikt nie zadzwonił. Pewnie zgubili. Warto było stać trzy godziny po nic poza dowiedzeniem się, że mam 36,6. Ale spoko, inni stali dłużej.

W ten sam dzień ambasada Polski w Austrii ogłosiła radośnie, że spoko: okazało się, że jednak można jechać do Polski przez Czechy.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Ziemowit Szczerek

| Dziennikarz i prozaik
Dziennikarz i prozaik, autor książek „Siódemka”, „Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian”, „Rzeczpospolita Zwycięska”, „Tatuaż z tryzubem”, „Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową” oraz współautor zbioru opowiadań „Paczka radomskich”. Laureat Paszportu „Polityki”. Pisze dla „Polityki”, „Nowej Europy Wschodniej” i „Tygodnika Powszechnego”.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.