UE

Rozłam w strefie euro. Potężni nie pomogą słabszym

Okrutnym zrządzeniem losu kryzys COVID-19 obnażył fundamentalny rozłam w strefie euro – między północną a południową częścią kontynentu. Wynikająca z tego debata nad wypracowaniem wspólnej odpowiedzi na kryzys przybrała gorzki obrót.


Kompromis uzgodniony prowizorycznie 9 kwietnia na spotkaniu ministrów finansów strefy euro przyniósł pewną ulgę. Gdyby eurogrupa rozstała się po raz drugi w ciągu tygodnia bez ustalenia żadnej umowy, oznaczało by to katastrofę. Prawdopodobnie nie skończyłoby się paniką na rynkach obligacji, bo potężne interwencje Europejskiego Banku Centralnego na razie zneutralizowały tę groźbę. Jednak w kategoriach politycznych byłby to fatalny sygnał świadczący o braku jedności.

Pakiet obejmujący trzy elementy – finansowanie wydatków na ochronę zdrowia z Europejskiego Mechanizmu Stabilności, kredyty dla firm z Europejskiego Banku Inwestycyjnego oraz 100 miliardów euro na fundusz Komisji Europejskiej dla bezrobotnych – jest skromny i ma ograniczony zasięg. Przynosi rozczarowanie tym spośród nas, którzy popierają rozwiązania w rodzaju tzw. corona bonds, czyli „koronaobligacji”. Tym niemniej, przyniósł on ulgę choćby w tym sensie, że jest owocem kompromisu, a upokarzającej kapitulacji dziewięciorga państw strefy euro, które popierały wprowadzenie koronaobligacji, w obliczu tępego uporu i krótkowzrocznego egotyzmu Holendrów i Niemców.

Euroobligacje lekarstwem na kryzys? [wyjaśniamy]

W istocie, w kategoriach politycznych Holendrzy mogli bardziej zaszkodzić niż pomóc własnej sprawie, domagając się, by pożyczki z Europejskiego Mechanizmu Stabilności były udzielane pod warunkiem przeprowadzenia zmian strukturalnych. Teraz Niemcy nie chcą już być postrzegani jako sojusznicy Holendrów, a jedynie jako mediatorzy.

Niezdolni do działania

W stosunku do obecnego kryzysu cały ten pakiet – nawet jeśli przyjąć za dobrą monetę jego szczodrą wycenę, czyli 540 mld euro – jest przyznaniem się Europy do niezdolności do działania. Kiedy globalna gospodarka ponosi bilionowe straty, skromne rozmiary programu są równoznaczne z potwierdzeniem, że największy ciężar walki z kryzysem wciąż mają ponosić państwa narodowe.

Najlepsze, co można powiedzieć o uzgodnionym pakiecie, to że stanowi punkt wyjścia do przyszłych negocjacji. Zawarto w nim zobowiązanie do ustanowienia tymczasowego funduszu rekonstrukcyjnego, który ma być finansowany przy użyciu „innowacyjnych narzędzi”, ale dopiero przyszłość pokaże, co to właściwie będzie. Biorąc pod uwagę doświadczenia ostatnich kilku tygodni, to o ile nie dojdzie do zmiany władzy w Holandii, nie ma powodów do optymizmu.

Dlaczego mamy oczekiwać, że kiedy już minie bezpośredni kryzys związany z zagrożeniem zdrowia obywateli, kiedy na szali będzie już „tylko” cierpienie wynikające z masowego bezrobocia w Hiszpanii albo kolejny szok wstrzymujący wzrost gospodarczy Włoch, to państwa Północy będą zachowywać się w duchu większej współpracy niż robiły to od 2010 roku? Proporcje długu publicznego do produktu krajowego brutto będą gorsze niż teraz. Należy się spodziewać, że stanowisko Północy w kwestii zadłużenia  i „odpowiedzialności fiskalnej” będzie tak samo nieustępliwe jak zwykle.

Oczywiście nigdy nie powinno się mówić „nigdy”. Pogłębione sondaże wskazują na otwartość niemieckiej opinii publicznej na koncepcję koronaobligacji, a kreatywni i odważni przywódcy polityczni mogliby to wykorzystać. Opinia ekspertów wyraźnie się zmieniła; nowym i bardzo pożądanym zjawiskiem są apele niemieckich ekonomistów skierowane do szerokich gremiów, w których wzywają do podjęcia wspólnych działań. Zarówno w Niemczech, jak i w Holandii, duża część opinii publicznej jest szczerze mówiąc zażenowana stanowiskiem swoich rządzących.

Silni muszą pomagać słabszym – również w strefie euro

Spór polityczny jeszcze się nie zakończył – powróci na kolejnym spotkaniu szefów rządów. Ale jedno jest już jasne: propozycje walki z kryzysem opartej na Europejskim Mechanizmie Stabilności (EMS) są praktycznie martwą literą. Droga do porozumienia z 9 kwietnia otworzyła się dopiero wtedy, kiedy Holendrzy porzucili w końcu żądanie, by główną formą pomocy były warunkowe długi EMS. Nawet w złagodzonej wersji, jaka trafiła do obecnego pakietu kryzysowego, samo wspomnienie Mechanizmu Stabilności wystarczyło, by wywołać oburzenie we Włoszech.

Małoduszne intencje

Holendrom trzeba oddać sprawiedliwość, że ich stanowisko w kwestii EMS nie było żadną osobliwością. Ich oczekiwania były wierne co do joty zapisom i stojącym za nimi małodusznym intencjom porozumień, które przyświecały zakładaniu EMS. Europejski Mechanizm Stabilności od zawsze miał dawać solidny finansowy wycisk i zmuszać do maksymalnych zmian strukturalnych w zamian za najskromniejsze możliwe kredyty.

W Niemczech i w Holandii, duża część opinii publicznej jest zażenowana stanowiskiem rządzących.

jednak EMS przynajmniej istniał –  i do 9 kwietnia mogliśmy udawać, że samo jego istnienie jest ważne. Powstało wiele niebanalnych i wcale nie małodusznych planów wspólnej unijnej reakcji na kryzys, które zakładały oferowanie finansowania poprzez EMS. Europejski Mechanizm Stabilności miał służyć za kotwicę dla tych projektów z bardzo dobrego powodu: to jedno narzędzie jest dostępne od zaraz.

EMS ma ugruntowaną pozycję jako czynnik uruchamiający inny domniemanie stabilizacyjny mechanizm strefy euro, czyli program skupu obligacji przez Europejski Bank Centralny (zwany OMT od ang. Outright Monetary Transactions). Program OMT pojawił się w 2012 roku po tym jak ówczesny szef Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi ogłosił w słynnym przemówieniu, że „uczyni wszystko, aby ocalić euro”. Wśród zapisów, które sprawiły, że OMT był do zaakceptowania – jeśli nie przez Bundesbank, to przynajmniej przez rząd Angeli Merkel – była zasada, że Europejski Bank Centralny będzie skupował obligacje danego kraju pod warunkiem, że państwo to zostało przyjęte do programu EMS, łącznie z podpisaniem protokołu ustaleń.

Borrell: Koronawirus to wspólny wróg, a wojnę wygra tylko zjednoczona Europa

Nawet wówczas było jasne dla wszystkich, którzy chcieli wyjść poza buńczuczne zapowiedzi Draghiego, że przy takich warunkach prawdopodobnie nigdy nie dojdzie do aktywowania OMT. Wygodnie było jednak udawać, że OMT-EMS są konkretną realizacją zapewnień, że bank „uczyni wszystko” dla ratowania euro. Systemu nigdy nie poddano próbie, bo od 2015 roku EBC skupuje obligacje pod przykrywką „luzowania ilościowego”.

To samo EBC zrobił w 2019 roku i znowu w marcu b.r. w odpowiedzi na kryzys COVID-19. Te działania banku miały charakter ogólnych interwencji z dziedziny polityki gospodarczej i koncentrowały się na kwestii dzielenia się ryzykiem oraz asymetrycznego wpływu kryzysu na słabszych oraz silniejszych członków strefy euro. W tle zawsze pozostawało domniemanie, że jeśli Włochy naprawdę wpadną w kłopoty, to zawsze można oprzeć się na OMT.

Zerwany listek figowy

Impas w eurogrupie, który ciągnie się od kilku ostatnich tygodni, zerwał ten listek figowy. Stało się jasne, że wariant z sięgnięciem po Europejski Mechanizm Stabilności jest niemal na pewno nie do zaakceptowania.

Fundamentalna przyczyna leży w tym, że EMS nie oderwał się od swoich korzeni – od burzliwej i wciąż bolesnej historii kryzysu strefy euro w latach 2010-12. Dalej postrzegany jest jako narzędzie dyscyplinujące, przy pomocy którego północne państwa członkowskie narzucają swoją agendę krnąbrnemu Południu.

Łatwo stracić cierpliwość, słysząc ciągłe powoływanie się na takie historyczne zajścia. Politykom na zadłużonym Południu jest oczywiście bardzo wygodnie zrzucać winę za swoje problemy na Brukselę i Frankfurt. Jednak obecne rządy w Rzymie i Madrycie trudno oskarżać o tego rodzaju populizm. Oba wzywają do głębszej integracji; oba chcą, by Europy było więcej. Niemniej, z równą otwartością mówią o fakcie, że EMS – instytucja będąca schedą po kryzysie strefy euro – jest polityczną trucizną.

To powinno dać Europie do myślenia.

Blizny, które nie znikają

Jednym z wielkich truizmów Unii Europejskiej jest twierdzenie, że „wykuwała się w kryzysach”. Ta perspektywa spycha na drugi plan fakt, że po kryzysach mogą też zostać blizny, które nie znikają. Powiedzmy więcej: nie tylko szpecące blizny, ale punktowe neuralgie, wywołujące ostry ból nawet po wielu latach. Kryzys strefy euro jest teraz pamiętany jako nieomal europejska wojna domowa – moment w historii, który generuje rozbieżne, niemożliwe do pogodzenia narracje i który wbrew oczekiwaniom nie blednie wraz z upływem czasu.

Dowiedzieliśmy się przez ostatnie kilka tygodni, że EMS – standardowy mechanizm antykryzysowy strefy euro – został wplątany w tę wojnę narracji. A to ma realne skutki.

Leder: Rzeczpospolita Europejska. Teraz albo nigdy

Po głowie dostali ci, którzy krytykowali pomysł wprowadzenia koronaobligacji, tłumacząc, że to nie jest odpowiedni czas na takie innowacje, a zamiast tego obstawali za rozwiązaniami opartymi na EMS, skoro mechanizm ten jest już dostępny. Tymczasem to wariant z wykorzystaniem Europejskiego Mechanizmu Stabilności był nierealistyczny – właśnie dlatego, że stanowi instytucjonalny spadek po epoce kryzysu eurozony. Zwolennicy koronaobligacji uważają je za atrakcyjną opcję między innymi ze względu na to, że byłby to instrument nowy, a więc nie obciążony odium gorzkiej historii strefy euro.

Niestety, historia tworzy się wciąż na nowo, a napięte debaty, które toczyły się przez ostatnie kilka tygodni, same pozostawią po sobie spuściznę. Po tym, jak Holendrzy i Włosi okopali się na swoich pozycjach, w przyszłości każdemu będzie jeszcze trudniej uciec się do wsparcia EMS. Jaki wstrząs będzie teraz potrzebny, żeby jakiś kandydat mógł sięgnąć po taką pomoc? To, co jeszcze kilka tygodni temu uważano za podstawowe ramy instytucjonalne realnego systemu antykryzysowego, zostało relegowane do marginalnej roli narzędzia finansującego wydatki na ochronę zdrowia wyraźnie wyłączonego ze wszystkich funkcji stabilizacji makroekonomicznej.

Wyrządzone szkody

Oczywiście jest jeszcze nowy fundusz odbudowy, którego szczegóły działania i finansowania jak na razie nie zostały wypracowane. Być może wyłoni się coś innowacyjnego. Jednak nikt nie powinien się łudzić, jeśli chodzi o szkody wyrządzone, odkąd w marcu wysunięto pomysł koronaobligacji.

Chcemy większej reakcji UE na koronawirusa? Dajmy jej narzędzia

Merkel i jej minister finansów Olaf Scholz z pewnością woleliby, żeby pytanie nigdy nie zostało postawione z taką jasnością i poczuciem konieczności szybkiego działania przez przywódców dziewięciu państw strefy euro. Czyż nie rozumieli, że Berlin musiał powiedzieć nie? Czy nie lepiej byłoby po prostu jakoś kombinować bez wyraźnego planu?

Być może. Ale w historii nie ma powtórek. Złożonej propozycji nie da się cofnąć. Pytanie zadano, odpowiedź została udzielona. To będzie rzucać się cieniem. W przyszłości ten cień może spaść na Europę – tak jak tej wiosny wspomnienia lat 2010-12 spadły na EMS.

**
Adam Tooze – doktor nauk ekonomicznych London School of Economics, profesor historii na Uniwersytecie Yale, autor książek o niemieckiej i europejskiej gospodarce czasów załamania The Wages of Destruction (2006) i The Deluge: The Great War and the Remaking of Global Order (2014).

Artykuł jest wspólną publikacją magazynów Social Europe i IPS-Journal. Publikację polskiego tłumaczenia dofinansowano ze środków Fundacji im. Friedricha Eberta. Z angielskiego przełożył Maciej Domagała.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać