UE

Chcemy większej reakcji UE na koronawirusa? Dajmy jej narzędzia

Komentatorzy i politycy, którzy krytykują Unię Europejską za zbyt słabą reakcję w obliczu pandemii koronawirusa, to jednocześnie ci, którzy od dawna nawołują do ograniczenia jej kompetencji na rzecz państw narodowych. W paradoksie tych postulatów tkwi szerszy problem – zarówno wizerunkowy, jak i polityczny – od lat nękający europejską wspólnotę.


Od kilku dni na Twitterze i w Wiadomościach TVP padają pytania, gdzie też podziała się Unia w obliczu kryzysu, a tzw. eurorealiści z dumą głoszą, że pandemia obnażyła słabość UE i nawołują do powrotu do państw narodowych. Argumentacji tej dał już wprawdzie odpór m.in. Adam Traczyk, a krytyczne głosy może powściągnąć w jakimś stopniu informacja, że Polska ma być największym beneficjentem nowego unijnego funduszu na walkę ze skutkami epidemii koronawirusa. Mamy bowiem otrzymać ponad 7,4 mld z łącznych 37,3 mld euro przeznaczonych na ten cel. UE ogłasza też wspólne zamówienia publiczne na respiratory oddechowe i testy na wirusa, ma także finansować prace nad szczepionką oraz zabezpieczać dostawy i wymianę sprzętu ochronnego wewnątrz UE.

Koronawirus propagandy, czyli to państwa są niesolidarne, nie Unia Europejska

Mimo to warto jednak pochylić się bardziej nad antyunijną retoryką ostatnich dni. Paradoksalna narracja, która rozwiązania problemu zbyt małej aktywności Unii w sytuacjach kryzysowych upatruje w odebraniu jej kompetencji, wynika częściowo z cynizmu głoszących ją osób, ale w części po prostu z niezrozumienia tego, czym jest i jak działa Unia Europejska.

To bowiem, w jakich obszarach, w jakim zakresie i jakimi środkami może działać „Bruksela”, czyli Komisja Europejska, uzależnione jest od decyzji Rady Europejskiej, która wyznacza głównie kierunki działania i priorytety UE, a także Rady UE i Parlamentu Europejskiego, które stanowią unijne prawo. W skład Rady Europejskiej wchodzą zaś liderzy państw członkowskich, w skład Rady UE ministrowie rządów tychże państw członkowskich, wreszcie w Parlamencie Europejskim zasiadają wybrani przez nas posłowie. Chociaż więc mamy nie raz i nie dwa powody narzekać na technokrację, przerośniętą biurokrację czy opieszałość unijnych instytucji, to w kwestii konkretnych działań lub ich braku powinniśmy winić przede wszystkim rządy państw członkowskich i wybranych przez nas w głosowaniu bezpośrednim reprezentantów w PE. Na pytanie zatem, gdzie jest Unia Europejska w czasie pandemii, odpowiedzmy, że tam, gdzie pozwoliły jej państwa członkowskie.

Częścią problemu jest zapewne niejasny ontologiczny status Unii Europejskiej – czym ona właściwie jest – oraz jej skomplikowane, trudne do uchwycenia architektura instytucjonalna i proces decyzyjny. Już Jacques Delors, przewodniczący Komisji Europejskiej z czasów traktatu z Maastricht, miał określić UE jako „niezidentyfikowany obiekt polityczny”. Wiadomo, że jest ona czymś więcej niż organizacją międzynarodową, ale czymś mniej niż federacją, a więc czymś swoistym i niepowtarzalnym w historii stosunków międzynarodowych. W dodatku jej struktura i zakres kompetencji ewoluują (nierzadko pod wpływem kryzysów), przy czym zmiany te nie zachodzą nigdy bez inspiracji ani tym bardziej bez zgody państw członkowskich.

Wydaje się jednak, że istotą naszego problemu jest nie tyle skomplikowana architektura UE, ile komunikacja. Rządy państw członkowskich, regularnie podejmując decyzje na szczytach Rady Europejskiej i posiedzeniach Rady UE, nie mają bowiem interesu w publicznym braniu na siebie odpowiedzialności za to, jakie kompetencje ma i jakie działania podejmuje wspólnota. Tym bardziej gdy chodzi o działania niepopularne. Przykładem tego był kryzys migracyjny, często przywoływany jako moment „obnażenia słabości” UE. A przecież to, co tak naprawdę obnażył ów kryzys, to brak wzajemnej solidarności i egoizm wielu państw członkowskich zaprezentowany na kolejnych szczytach Rady Europejskiej. Słabość unijnej odpowiedzi była przecież rezultatem niemożliwości porozumienia na poziomie rządów państw członkowskich.

Kryzys migracyjny ujawnił również i to, w jaki sposób myślimy o UE – nie jako dzielonej odpowiedzialności, lecz zewnętrznym bycie, który z jednej strony daje pieniądze i szansę na cywilizacyjny skok, a z drugiej coś narzuca i arbitralnie reguluje. Kiedy zaś pojawia się jakiś wspólny problem, wówczas członkostwo we wspólnocie staje się niewygodne i problematyczne. Ten sam mechanizm zadziałał w przypadku kryzysu klimatycznego oraz negocjacji dotyczących osiągnięcia unijnej neutralności klimatycznej do roku 2050, kiedy to Polska okazała się niezdolna do przyjęcia wspólnej perspektywy etycznej odpowiedzialności za Europę i całą planetę, zamiast tego wywracając negocjacyjny stolik.

Koronawirus: epidemia paniki vs. epidemia ignorancji

Problem nie dotyczy bynajmniej tylko polskiego rządu. Jak pokazuje Marcin Napiórkowski w Turbopatriotyzmie, polskie softpatriotyczne, liberalne elity cechuje pragnienie uznania przez „europejskiego innego”. W wizji tej Polska to peryferie, Unia zaś ma być narzędziem do realizacji misji cywilizacyjnej zbliżającej aspirującą Polskę do świata zachodniego. Prawicowy turbopatriotyzm charakteryzuje z kolei pragnienie wielkości i odrzucenie europejskich norm. Turbopatrioci widzą Polskę jako zarazem przedmurze i serce Europy. Misją cywilizacyjną jest tu obrona polskiej tożsamości i tradycyjnego porządku przed chaosem płynącym w zewnątrz pod postacią uchodźców, „ideologii gender” czy „marksizmu kulturowego”. Nie przeszkadza to oczywiście w przyjmowaniu płynących z UE transferów finansowych. Zarówno jednak softpatriotyzm, jak i turbopatriotyzm to podejścia wciąż niezdolne do przekroczenia polonocentrycznego punktu widzenia, pozbawione poczucia głębszej odpowiedzialności za to, co dzieje się w Europe i na świecie. Obydwu brakuje świadomości, że jako duże państwo członkowskie obecne w UE od ponad 15 lat Polska może aktywnie wpływać na kształt całej wspólnoty, zakres jej działań i kompetencji. Winni są tu politycy, ale i dziennikarze, którzy często chętnie przejmują narrację o „zewnętrzności” UE.

Morawski: Dla gospodarki to bardziej jak wojna niż trzęsienie ziemi

Nie ulega wątpliwości: globalna pandemia ujawniła, że w ramach Unii Europejskiej brakuje mechanizmów awaryjnych na czas kryzysów epidemiologicznych, a instytucje unijne są na nie tak samo nieprzygotowane jak państwa członkowskie. Pytanie brzmi, czy gdy sytuacja się uspokoi i Komisja zaproponuje nowe mechanizmy na wypadek przyszłych kryzysów, to państwa członkowskie będą gotowe się w tej sprawie porozumieć? Jeżeli pojawiłyby się plany koordynacji działań na poziomie wspólnotowym w obszarze ochrony zdrowia i ochrony cywilnej, to co powiedzą o nich polscy twitterowi „eurorealiści”? W bliższej i dalszej przyszłości Europę czekają przecież kolejne kryzysy rozmaitego typu, chociażby w związku z nieuchronnie czekającymi nas konsekwencjami zmian klimatycznych, a także recesją gospodarczą w następstwie trwającej pandemii COVID-19.

Musimy się zdecydować: albo chcemy, by Unia skuteczniej reagowała na globalne wyzwania i kryzysy, ale wtedy państwa członkowskie muszą wziąć odpowiedzialność za wspólną odpowiedź i dać instytucjom unijnym odpowiednie środki i możliwości, albo – jak tego chce część komentatorów – powróćmy do państw narodowych. Ale wtedy nie liczmy na opcję pod tytułem jak trwoga, to do Unii.

Koronawirus i przedsiębiorcy: jak trwoga, to do państwa

***

Aleksandra Polak – ekspertka think tanku Global.Lab oraz sieci Team Europe przy Przedstawicielstwie Komisji Europejskiej w Polsce. Doktorantka w Szkole Doktorskiej Nauk Społecznych UW. Była pracowniczka Parlamentu Europejskiego, absolwentka Kolegium Europejskiego w Natolinie i University of Sussex.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać