UE

Leder: Rzeczpospolita Europejska. Teraz albo nigdy

Andrzej Leder. Fot. Jakub Szafrański

COVID-19 to wezwanie do solidarności w skali kontynentu. Potrzeba dziś politycznych decyzji, które wyprzedzą kształtowanie się wyobraźni ludów. Potrzebna jest solidarna federacja europejska.

Kiedy włoskie społeczeństwo w kluczowym momencie rozprzestrzeniania się zarazy poprosiło o pomoc, najpotężniejsze europejskie państwa narodowe, Francja i Niemcy, pokazały mu „gest Lichockiej”.

Właściwie ten tekst jest nawracającym zadawaniem pytania: Jak to możliwe? Jak to jest możliwe?! Jak to w ogóle jest możliwe?!

Kwestia wpisuje się w nawracający spór o to, czy Unia Europejska zdała (zdaje? zda?) egzamin w kryzysie pandemii. W polskiej debacie jedni twierdzą, że nie zdała i że tylko państwo narodowe może nas uratować, inni zaś, że Unia robi tyle, na ile aktualne struktury – i pełnomocnictwa – jej pozwalają, zaś są one jakie są. I to przywódcy owych państw narodowych powinni się ogarnąć.

Ostatecznie, tak czy inaczej, w tej chwili wszystko grawituje ku kwestii prymatu państwa narodowego.

W lukę pozostawioną przez Angelę Merkel i Emmanuela Macrona wśliznęli się Chińczycy i Rosjanie. Ich samoloty z lekarzami i jakąś ilością sprzętu (w wypadku Rosjan podobno zresztą popsutego), które wylądowały w Rzymie – w odróżnieniu do potencjalnej i nieudzielonej, poważnej pomocy europejskich sąsiadów – nie zmienią przebiegu epidemii, ale wpłyną na sposób postrzegania tego, kto jest przyjacielem, a kto egoistycznym hipokrytą.

Chcemy większej reakcji UE na koronawirusa? Dajmy jej narzędzia

 

Jako egoistyczne i pełne obłudy mogą z tego kryzysu wyjść rządy państw Unii Europejskiej – na co dzień szafujące europejską retoryką. Jak to możliwe?!

Przecież mamy do czynienia z przywódcami, którzy są w awangardzie europejskiego projektu. Merkel broniła go nawet w wobec fali uchodźców 2015 roku, a Macron wydaje się dziś jedynym europejskim liderem, który ma wizję Europy jako całości… A jednak, w kluczowym momencie to ich rządy powiedziały „nie”! Radźcie sobie sami. Jak to jest możliwe?!

Od dawne wiadomo, że zaraza wywołuje strach. Strach szczególny, bo związany z naruszeniem granic tego, co własne i skłaniający do tego, by jakby kulić się w sobie. Wirus, niewidzialny i przebiegły, przenika wszelkie bariery i rozprzestrzenia się w niedający się kontrolować sposób. Pierwszą więc reakcją na niego jest zawężanie się zakresu tego, co nazywamy „ja” albo „my”. Tak reagują i ludzie, i społeczeństwa. Rodziny zamykają się w domach, społeczeństwa błogosławią zamykaniu granic przez państwa.

Zaś politycy, nawet ci odważniejsi, wiedzą, że są zależni od wyborców. Wyborców, których wyobraźnia właśnie się zwija, kurczy pod wpływem strachu. O losach Macrona zadecydują niedługo nie Włosi, nie Polacy, nie Europejczycy w ogóle, tylko wspólnota Francuzów. Ich zaś wyobraźnia właśnie się zwija i kurczy, myślą o sobie wyłącznie w granicach „od Wogezów do Bretanii”.

Dlatego właśnie w pierwszym odruchu i Macron, i przywódczyni Niemiec nie ryzykują; chronią siebie, stwarzając pozory roztaczania ochrony nad tymi, od których dostali mandat polityczny. To pozornie zupełnie zrozumiałe. Pozornie.

Dlaczego pozornie? Bo to, co wirus pokazał w sposób oczywisty, to wspólnotę losu. Żadne blokady granic, żadne godziny policyjne nie zmieniły faktu, że Europejskie społeczeństwa jedno po drugim przechodzą epidemię. Że śledzą to, jak ta epidemia przebiega „tuż obok”. I zastanawiają się. Dlaczego przebieg w Niemczech jest różny od tego w Hiszpanii? W Anglii inny niż w Danii?

To, że doświadczamy wspólnoty losu, najlepiej zrozumieli politycy regionalni, władający landami i miastami. To potwierdzałoby tezę Ulrike Guerot, że najbliżej rzeczywistości są dziś w Europie politycy miast i regionów. Na marginesie – polscy burmistrzowie miast i marszałkowie sejmików, protestujący przeciw kuriozalnemu pomysłowi wspólnego wędrowania narodu polskiego w towarzystwie koronawirusa do urn wyborczych, również wykazali się dużą dozą kontaktu z rzeczywistością. A wracając do wspólnoty losu – najbardziej szczodre oferty pomocy popłynęły z regionów, z niemieckiego landu Nadrenii-Palatynatu do francuskiego północnego- wschodu oraz z landów na południu Niemiec do Włoch.

Guérot: Nie wiadomo, jak odsunąć od władzy europejską elitę, jeśli nie spełnia naszych oczekiwań

Chwilę później to już Bundeswehra – ogólnoniemiecka – transportowała samolotami wojskowymi chorych z zagranicy do niemieckich szpitali wojskowych. Jakby to nie brzmiało dziwnie dla polskiego ucha, wsłuchanego w odgłosy Kinderszenen, to właśnie Niemcy robią to, co jest po prostu w zgodzie z rozumem i sumieniem. Jednak wszystko to nadal w skali zbyt małej, skrępowane ciężarem narodowych biurokracji, narodowych decyzji politycznych i narodowych granic współczucia.

Racjonalnie jednak rzecz biorąc, czy wszyscy nie mogliby skorzystać z tego, że niektóre części europejskiego społeczeństwa radzą sobie lepiej? Czy dystrybucja maseczek, rękawiczek jednorazowych i kombinezonów nie byłaby bardziej efektywna, gdyby nie uwierały jej właśnie te granice, rozciągnięte co paręset kilometrów i hamujące przepływ poczucia solidarności?

Sposób dysponowania zasobami medycznymi byłby na pewno efektywniejszy, gdyby maleńkie egoizmy narodowe nie kazały „zgarniać pod siebie”. Podstawowe zagrożenie bowiem, jakie niesie Covid 19, to niewydolność systemów służby zdrowia. Te zaś w ramach współpracy funkcjonowałyby lepiej. Z punktu widzenia Polski czy Włoch nie ma wątpliwości taka pomoc na pewno byłaby kluczowa, a stawiam dolary przeciw orzechom, że Niemcy, Szwedzi czy inni Finowie w ogóle nie zauważyliby jej ciężaru. Europa radziłaby sobie z pandemią sprawniej, gdyby mogła o niej myśleć w skali kontynentu.

Borrell: Koronawirus to wspólny wróg, a wojnę wygra tylko zjednoczona Europa

To konsekwencje gospodarcze i społeczne będą zapewne najcięższą hipoteką zarazy. Byłyby one dla poszczególnych społeczeństw znacznie mniejsze, gdyby można było rozwiązywać je w skali kontynentalnej. Obecnie dystrybuowane fundusze „epidemiczne” Unii są zaledwie namiastką owej wspólnej polityki.

Unia musiałaby zmienić swoje podejście do polityk społecznych, do dóbr wspólnych, do dochodu podstawowego, ale przede wszystkim musiałaby mieć możliwość ujednolicania polityk poszczególnych molochów narodowych. Już teraz widać, jak różne są narodowe „pakiety pomocowe” państw biedniejszych i bogatszych, ale też bardziej demokratycznych i sprawniejszych versus tych nieco bardziej „upadłych” albo półautorytarnych. Często nawet nie tylko na poziomie oferowanych sum, ale w podejściu do potrzebujących. I znowu, stawiam (tym razem) euro przeciw orzechom, że ujednolicenie tych strategii pomocowych pociągnęłoby słabszych w górę, nie naruszając zbyt mocno możliwości silniejszych. Ale dziś to granice państw są granicami solidarności.

Jak z koronawirusem radzą sobie państwa, które nie działają – level Europa Wschodnia

Jeszcze raz więc – jak to właściwie możliwe? Czy Emmanuel Macron i Angela Merkel tego nie widzą? Czy nie widzą tego Ursula von der Layen albo Charles Michel? Problem w tym, że pewnie widzą, ale… Ta ostatnia dwójka w sprawach naprawdę kluczowych nie podejmuje de facto żadnych decyzji. Muszą zwracać się do przywódców narodowych. Ci zaś – znów – zależni są od wyobraźni społeczeństw, które ich wybierają.

Sądzę, że politycy rozumieją co należy zrobić, ale wiedzą też, że wystarczy jedno drobne wahnięcie, a ich przerażone, zamknięte w zwijającej się wyobraźni elektoraty sprawią, że będzie to ostatnia decyzja polityczna, którą podejmą. W tej sytuacji państwo narodowe jawi się jak duch przeszłości, który, chcąc nie chcąc, pcha ludy w stronę nowego Verdun. Epidemicznego.

Potrzebna jest więc solidarna federacja europejska. Europejska Rzeczpospolita, mogąca uosabiać kontynentalną wspólnotę naszych losów. Potrzebne też jest przywództwo polityczne, mogące działać w skali kontynentalnej. Potrzebna jest realna europejska władza polityczna, mogąca podejmować decyzje uwzględniające potrzeby różnych społeczności kontynentu, mogąca przemieszczać zasoby, nie zamknięta w kurczącej się sferze lokalnych „my”, które ostatecznie zawsze pozwalają silniejszym nie dzielić się ze słabszymi.

Prawico, lewico, liberałowie, zrozumcie jedno: Unia Europejska jest wybawieniem

Ale żeby to było możliwe, ta władza musi mieć mandat powszechnych wyborów, musi być emanacją demokratycznej woli. Wspólnoty obywatelskiej rozumianej jako europejska wspólnota losu. Tylko taka wola mogłaby realizować zasadę solidarności, zasadę braterstwa; inaczej zasady te są tylko gadaniem.

Dlatego właśnie Europa musi zostać głęboko zreformowanym, ale jednak europejskim państwem federacyjnym. Mimo braku wspólnej europejskiej wyobraźni, wspólnego języka, mimo kurczenia się solidarności w obliczu coraz trudniejszego świata. Ale ze względu na wspólnotę losu, bo to ona jest podstawą międzyludzkiej solidarności.

Sutowski: Nie ma zbawienia poza Unią

Wszyscy jesteśmy więźniami naszych imaginariów, kształtowanych przez stulecia lokalnych opowieści. Te nie obfitują w to, co wspólne, przeważa pamięć obcości i krzywd. Dziś przywódcy boją się tego. Rozumiem to. Zawsze wydawało mi się, że decyzje polityczne nie mogą odstawać od tego, co mieści się w wyobraźni społeczeństw. Ale dziś myślę inaczej. Myślę, że potrzeba decyzji, które wyprzedzą kształtowanie się wyobraźni ludów. I potrzeba polityków, zdolnych je formułować i podejmować.

Potrzeba takiej zbiorowej przenikliwości, która pozwoli widzieć to, czego nie możemy jeszcze sobie wyobrazić. Jak przenikliwość Edypa – bohatera wspólnej, europejskiej wyobraźni – który wobec zarazy w Tebach umiał przejrzeć zagadkę Sfinksa. Ujrzeć jedność człowieka w różnych momentach jej przejawiania się; gdy jest niemowlęciem, dorosłym, starcem. Ujrzał jedność skłaniającą do solidarności.

Edyp miał też odwagę za tę przenikliwość zapłacić.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Andrzej Leder

| filozof kultury, psychoterapeuta
Profesor Polskiej Akademii Nauk, absolwent Akademii Medycznej i Uniwersytetu Warszawskiego. Wykładowca w Instytucie Filozofii UW. W 2015 roku, nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej, ukazała się jego książka "Prześniona rewolucja. Ćwiczenie z logiki historycznej", nominowana do Nagrody Literackiej Nike oraz Nagrody Historycznej im. Kazimierza Moczarskiego.