Świat

Już wszyscy chcą się pozbyć Trumpa – tylko nie wyborcy

Z Trumpem nigdy nic nie wiadomo. Może podpalić Biały Dom, ukraść Grenlandię albo zakazać handlu z Kanadą i wszyscy zapomnimy o Syrii. Ale już nawet lider republikanów Mitch McConnell oznajmił, że głosowanie nad impeachmentem będzie nieuniknione.

Prawie wszyscy w Waszyngtonie uważają, że wycofanie USA z Syrii i zostawienie Kurdów na pastwę Turcji – a w dalszym scenariuszu Bliskiego Wschodu na pastwę Rosji – to wyjątkowo głupie i krótkowzroczne posunięcie. Demokraci dlatego, że abstrahując od problemu obecności USA na Bliskim Wschodzie, sojuszników się nie opuszcza i nie kreuje się łatwego do przewidzenia kryzysu humanitarnego. Tym bardziej że w porównaniu z innymi miejscami na świecie obecność militarna USA w Syrii była minimalna (około tysiąca żołnierzy z oddziałów specjalnych), a dzięki niej Kurdowie trzymali w ryzach pozostałości po Państwie Islamskim.

USA wbiły Kurdom nóż w plecy

– Obiecałem, że nasi żołnierze wrócą do domu – oświadczył Trump spikerce Izby Reprezentantów Nancy Pelosi w środę, 16 października.

– Arabia Saudyjska to dom? – zapytała Pelosi, wytykając Trumpowi nie tylko to, że tydzień wcześniej wysłał tam trzy tysiące amerykańskich żołnierzy, ale również fakt, że administracja Trumpa umyła ręce od zamordowania felietonisty „Washington Post”, Dżamala Chaszukdżiego, które zlecił saudyjski książę Muhammad ibn Salman.

– Saudyjczycy nam płacą – odparł prezydent.

Republikanie z kolei przeżywają poważny konflikt wewnętrzny, który może zagrozić Trumpowi już i tak osłabionemu skandalem wokół rozmowy z prezydentem Ukrainy na temat śledztwa w sprawie politycznego oponenta Trumpa, Joe Bidena. Republikański establishment – najbardziej wpływowi amerykańscy senatorowie: Mitch McConnell, Mitt Romney czy Lindsey Graham – jest wstrząśnięty. Część tradycyjnego republikańskiego elektoratu też. Ostatecznie polityka międzynarodowa, której głównym punktem jest dominująca pozycja USA w świecie, była – obok oszczędnej polityki fiskalnej – ideowym fundamentem partii i powodem do narodowej dumy.

W środę Izba Reprezentantów głosowała przeciw polityce Trumpa w Syrii. Aż 120 republikanów zagłosowało razem z demokratami. Pozostałych 60 republikanów z bezpiecznych „czerwonych”, czyli konserwatywnych dystryktów wyborczych, stanęło za Trumpem.

Ale nowy republikański wyborca, który w 2010 roku dał umierającej partii przewagę w Kongresie i tym samym pozwolił jej przetrwać – ten wyborca, który nigdy nie zaakceptował czarnego prezydenta Baracka Husseina Obamy „z Kenii” – ma gdzieś politykę międzynarodową. Bliżej mu – podobnie jak Trumpowi – do podejścia tzw. libertarian, takich jak były kandydat na prezydenta Ron Paul, a obecnie jego syn, senator z Kentucky Rand Paul, którzy stawiają na pełny izolacjonizm.

Izolacjonizm rzeczywiście był elementem kampanii prezydenckiej Trumpa. Warto podkreślić, że ludzie, którzy wcześniej próbowali pomagać prezydentowi kształtować politykę zagraniczną, już dawno zostali wyeliminowani z gry – były sekretarz obrony generał James Mattis, a ostatnio doradca do spraw bezpieczeństwa międzynarodowego John Bolton. W obu przypadkach kością niezgody była Syria. Obecnie politykę międzynarodową Trump rozgrywa samodzielnie, przez telefon. Przy sobie ma swojego przydupasa od wszystkich departamentów Mike’a Pompeo i milkliwego wiceprezydenta Mike’a Pence’a. Po rozmowie telefonicznej z Erdoğanem Trump wystosował do tureckiego prezydenta baaaardzo groźny list, w którym przestrzega, żeby nie był głupkiem i nie rżnął twardziela, bo inaczej historia zapamięta go jako diabła.

Niestety, Donald nie zdążył się obrócić, a już tureckie wojska zaczęły obcinać głowy Kurdom w dotychczas kontrolowanej przez USA enklawie na północy Syrii. Za Turcją wchodzą Rosjanie, którzy zajęli amerykańską bazę i budują wpływy Rosji na Bliskim Wschodzie.

–  Wszystkie drogi prowadzą do Putina – oświadczyła Trumpowi w środę Pelosi.

Dzięki kooperacji z syryjskim dyktatorem Baszarem al-Asadem Rosja rozbudowuje bazy w Syrii. Bojownicy Państwa Islamskiego i członkowie ich rodzin setkami wyszli z obozów, których Kurdowie nie są w stanie dłużej kontrolować, walcząc z Turcją i szukając nowego sojusznika. Tym sojusznikiem jest oczywiście Asad, który, podobnie jak Erdoğan, nie może uwierzyć w swoje szczęście.

Trump wystosował do Erdoğana list, w którym przestrzega, żeby nie był głupkiem i nie rżnął twardziela, bo inaczej historia zapamięta go jako diabła.

Od tego czasu wystraszony Trump próbuje grać na dwa fronty. Najpierw zagroził Turcji sankcjami, jeśli nie zaprzestaną masakry – w środę Pence i Pompeo pojechali do Ankary ratować sytuację. Z drugiej strony prezydent próbuje tłumaczyć, że konflikt między Turcją a Kurdami to ich wewnętrzna sprawa, a Kurdowie to wcale nie takie „aniołki” i że walczą za pieniądze.

W czwartek Pence ogłosił zawieszenie broni między Turcją a Kurdami. Szczegóły i logistyczne rozwiązania są mgliste, natomiast jednym z warunków rozejmu jest to, że dziesiątki tysięcy Kurdów przeniosą się na południe, jak najdalej od granicy z Turcją. Sankcji nie będzie, zapewnił Pence, więc Turcja nie poniesie żadnych konsekwencji zajęcia syryjskiej ziemi. Erdoğan, który zignorował list Trumpa jako niegodny komentarza, ma odwiedzić Donalda w Białym Domu 13 listopada.

Pokonanie Kurdów oznacza powrót terroryzmu ISIS

Niegdysiejszy faworyt Partii Republikańskiej, senator z Utah Mitt Romney powiedział, że zawieszenie broni próbuje się pokazywać jako zwycięstwo administracji Trumpa (a w każdym razie Trump tak je przedstawia na Twitterze).

„To nie jest zwycięstwo – oświadczył Romney w Senacie w czwartek. – Rząd musi wytłumaczyć, jaka będzie przyszła rola Ameryki w regionie, co się stanie z Kurdami i dlaczego Turcja nie poniesie żadnych konsekwencji”.

Trump w ukraińskiej pułapce. Będzie impeachment?

Środowisko wojskowych, tradycyjny elektorat republikański, ma silne poczucie, że impulsy Trumpa mogą trwale zrujnować reputację Ameryki i jej pretensje do dominacji w świecie. Boją się opinii, że USA zdradza sojuszników, i konsekwencji tego rozpoznania na przykład w kontekście Korei Północnej. Boli też ich niekonsekwencja prezydenta, który najwyraźniej nie wziął po uwagę, że na całej akcji paradoksalnie skorzysta również demonizowany przez niego Iran, wspierający za pośrednictwem Syrii Hezbollah w sąsiednim Libanie.

Oczywiście republikanie boją się obrócić przeciw Trumpowi – obawiają się wideł i autentycznego gniewu amerykańskiego ludu, któremu obiecali krew elit. Z prezydentem też nigdy nic nie wiadomo. Może dziś w nocy podpalić Biały Dom, ukraść Grenlandię albo zakazać handlu z Kanadą i wszyscy zapomnimy o Syrii. Mnie jednak zaciekawiło, że lider republikańskiej większości w Senacie, Mitch McConnell, de facto przywódca partii, który przez trzy lata prezydentury Trumpa bez szemrania jadł wstyd łyżkami, oznajmił – chociaż absolutnie nie musiał – że głosowanie nad impeachmentem w Senacie będzie nieuniknione.

Tu naprawdę kochają Trumpa (a przynajmniej udają)

McConnell, podobnie jak reszta starej republikańskiej gwardii, ma Trumpa po dziurki w nosie. Partia z ulgą przyjęłaby rozstanie z prezydentem. Problem polega na tym, że w miasteczkach i wsiach Ohio, Wisconsin i Arizony polityka zagraniczna nie ma znaczenia, chyba że wspomina się bohaterów lądujących w Normandii.

Tu druga wojna światowa zaczęła się w 1941 roku, ludziom wypadają zęby i nikt nigdy nie słyszał o Kurdach.

Bio

Agata Popęda

| Korespondentka Krytyki Politycznej w USA
Dziennikarka i kulturoznawczyni, korespondentka Krytyki Politycznej w Waszyngtonie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.