Świat

Traktat Karty Energetycznej – brzmi jak flaki z olejem? No to się zdziwicie

W najbliższych latach Wielka Brytania, Szwajcaria i cała Unia Europejska muszą się liczyć z koniecznością wypłaty odszkodowań przekraczających 345 mld euro, co dwukrotnie przewyższa roczny budżet Unii. Dlaczego? W ramach odszkodowania za straty przemysłu paliw kopalnych! Nie chcesz spłonąć? Płać! Bo na dalszym podpalaniu świata koncerny planowały jeszcze nieźle zarobić.

4 lutego niemiecki koncern energetyczny RWE ogłosił, że wytacza proces Holandii. Za co? Za to, że władze tego kraju planują usunąć węgiel z miksu energetycznego. RWE, największy w Europie emitent dwutlenku węgla, żąda 1,4 mld euro tytułem rekompensaty za potencjalne zyski, których nie osiągnie, jeśli holenderski rząd zgodnie z planem zabroni wytwarzania elektryczności z węgla od 2030 roku.

Brzmi to jak absurd. Jednak tego rodzaju szykany prawne nie są niczym wyjątkowym, a w nadchodzących latach posypią się obficiej.

RWE powołuje się na tzw. Traktat Karty Energetycznej (Energy Charter Treaty, ECT) – nieznaną szerzej umowę międzynarodową podpisaną bez większego rozgłosu w 1994 roku. Traktat ten, do którego przystąpiło ponad 50 krajów [w tym Polska – red.], pozwala zagranicznym inwestorom z sektora energetycznego skarżyć rządy państw za decyzje, które odbijają się negatywnie na ich zyskach. Dziś te decyzje mają oczywiście związek z katastrofą klimatyczną. Postępowania w takich sprawach toczą się przed trybunałem arbitrażowym, a przegrana oznacza zasądzenie gigantycznych odszkodowań.

Chcemy oddychać? − musimy zapłacić

We wtorek 23 lutego grupa dziennikarzy śledczych Investigate Europe ujawniła, że w najbliższych latach Wielka Brytania, Szwajcaria i cała Unia Europejska muszą się liczyć z koniecznością wypłaty odszkodowań przekraczających 345 mld euro – a dotyczy to wyłącznie procesów sądowych związanych z działaniami na rzecz klimatu. Ta kwota, ponaddwukrotnie przewyższająca roczny budżet Unii, to całkowita wartość infrastruktury związanej z eksploatacją paliw kopalnych, która podlega ochronie na mocy ECT. Oszacowano ją na podstawie danych zebranych przez organizacje Global Energy Monitor i Change of Oil International.

Podpalacze świata. Jak koncerny paliwowe kłamią na temat metanu

Na największe koszty z tytułu tych roszczeń narażona jest Wielka Brytania, która w 2019 roku jako pierwsza spośród najbogatszych krajów świata przyjęła przepisy zmierzające do ograniczenia emisji netto do zera. ECT chroni tam zasoby o wartości 141 mld euro (ponad 2 tysiące euro na osobę).

Komisja Europejska już dwa lata temu uznała ECT za umowę „przestarzałą”, która „nie ma już racji bytu”. Ponad 450 europejskich naukowców i działaczy klimatycznych oraz 300 parlamentarzystów wezwało rządy krajów UE do wypowiedzenia traktatu.

Tymczasem wielki biznes ani myśli ustępować. Nie tylko przystąpił do obrony ECT, ale stara się objąć tą umową nowe kraje. Kim są obrońcy ECT? To lobby branży wydobywczej i energetycznej, które pragnie zachować swoje przywileje prawne, prawnicy zarabiający miliony na reprezentowaniu stron w procesach o naruszenie ECT, a także Sekretariat ECT w Brukseli, blisko związany z tymi pierwszymi i tymi drugimi, którego dalsze trwanie zależy od losów samego traktatu.

Anioł stróż trucicieli

Usiłując przekonać sygnatariuszy traktatu do pozostania w nim, a inne państwa, by do niego dołączyły, stronnicy ECT używają szeregu kontrowersyjnych argumentów. Zawarte w nich mity i przekłamania łatwo obnażyć.

Twierdzą na przykład, że traktat przyciąga zagraniczne inwestycje, w tym również te, które zwiększają produkcję „czystej” energii. Nic jednak nie wskazuje, aby tak się rzeczywiście działo. Przeprowadzona niedawno metaanaliza 74 badań wykazuje, że wpływ traktatów inwestycyjnych na wzrost inwestycji zagranicznych „jest tak mały, że należy go uznać za nieistniejący”.

A chociaż według zwolenników ECT traktat chroni także inwestycje w odnawialne źródła energii, w rzeczywistości najczęściej chroni status quo, czyli utrwala dominację sektora paliw kopalnych. W ostatnich latach jedynie 20 proc. inwestycji objętych ochroną ECT dotyczyło produkcji czystej energii, a aż 56 proc. – węgla, ropy naftowej i gazu.

Chroniąc status quo, Traktat Karty Energetycznej odgrywa rolę anioła stróża trucicieli. Jak pokazuje przykład RWE, wraz z podjętą przez rząd decyzją o odejściu od spalania węgla, gazu lub ropy idą roszczenia wygórowanych odszkodowań dla sektora energetycznego. Skoro zatem traktat nie przynosi żadnych korzyści społecznych, a reformy konieczne do ratowania klimatu obarcza tak wielkim ryzykiem, dlaczego część krajów niechętnie myśli o wypowiedzeniu go? Pokutują wciąż dwa mity, które zniechęcają kraje do wykonania tego kroku.

Czemu nie wypowiedzieć traktatu?

Pierwszy to zakładana możliwość „modernizacji” traktatu, która rzekomo miałaby usunąć jego wady. Jednak ta modernizacja postępuje ślimaczym tempem od 2017 roku, a jej ostateczne powodzenie jest nader wątpliwe wobec silnego oporu wpływowych krajów takich jak Japonia, której koncerny często powołują się na ECT, wytaczając państwom procesy. Z przecieków wiadomo już, że negocjacje utknęły w martwym punkcie, ponieważ wszystkie decyzje muszą być podejmowane jednogłośnie.

Żadne z państw sygnatariuszy traktatu nie zaproponowało wykreślenia z niego mechanizmu korporacyjnych sądów – prywatnych trybunałów arbitrażowych, w których zasiadają trzyosobowe składy wynajętych do tego celu sędziów. Żadne państwo nie ubiega się też o wyłączenie spod traktatowego rygoru działań związanych z kryzysem klimatycznym. Żaden z sygnatariuszy ECT nie domaga się wreszcie wykluczenia ze „zmodernizowanej” wersji traktatu ochrony branży paliw kopalnych.

Jednym słowem, ta rzekomo nowocześniejsza formuła traktatu, która jest obecnie negocjowana, nie czyni nic, by uspójnić go z założeniami globalnej transformacji energetycznej.

Po drugie, zdaniem zwolenników ECT nawet wypowiedzenie traktatu nie uchroni państw przed kosztownymi procesami. Umowa zawiera bowiem tzw. klauzulę wygaśnięcia, która pozwala inwestorom skarżyć państwa nawet 20 lat po wystąpieniu z niej. Miałoby to oznaczać, że jednostronne wypowiedzenie ECT nie będzie mieć żadnych skutków praktycznych.

Trzeba się wycofać z ECT

W rzeczywistości jednak prawdopodobieństwo wytoczenia procesu państwu, które wypowiedziało traktat, będzie znacznie mniejsze. Jednocześnie takie państwo uniknie przedłużania stanu, w którym międzynarodowe prawo udaremnia mu blokowanie nowych inwestycji w paliwa kopalne. Klauzula ECT, o której mowa, dotyczy bowiem wyłącznie inwestycji rozpoczętych przed wypowiedzeniem umowy i nie chroni tych, które zostaną podjęte później.

Pięć perfidnych spisków, które naprawdę istnieją

To również istotny aspekt dziś, kiedy większość nowych inwestycji w sektorze energetycznym nadal dotyczy eksploatacji paliw kopalnych, a nie źródeł odnawialnych. Im szybciej kraje sygnatariusze wycofają się z ECT, tym mniej nowych inwestycji będzie podlegać jego ochronie i tym słabiej umocowany będzie ich status prawny.

W 2016 roku z Traktatu Karty Energetycznej wycofały się Włochy. Jeśli ten sam krok poczynią inne państwa – a szczególnie jeśli uczynią to zbiorowo, np. jako blok krajów UE wspieranych przez Wielką Brytanię lub Szwajcarię – tym mniej groźne okażą się konsekwencje. Taka grupa krajów mogłaby przyjąć porozumienie wykluczające roszczenia w jej obrębie, a zaraz potem zbiorowo wystąpić z ECT, co utrudniłoby inwestorom z krajów związanych traktatem pozywanie tych, które już traktat wypowiedziały.

W tym tygodniu powstała ogólnoeuropejska petycja wzywająca rządy państw UE do odstąpienia od absurdu, jakim jest Traktat Karty Energetycznej. To, że należy go wypowiedzieć, nie jest ani odrobinę wątpliwe dla nikogo, kto bierze kryzys klimatyczny na poważnie.

**
Fabian Flues
jest doradcą ds. polityki handlowej i inwestycyjnej w berlińskiej organizacji PowerShift.

Cecilia Olivet jest koordynatorką projektów w Programie Sprawiedliwości Ekonomicznej prowadzonym przez organizację Transnational Institute.

Pia Eberhardt jest analityczką i kampanierką w organizacji strażniczej Corporate Europe Observatory.

Artykuł opublikowany w serwisie openDemocracy na licencji Creative Commons. Z angielskiego przełożył Marek Jedliński.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij