Świat

Pięć perfidnych spisków, które naprawdę istnieją

Fot. Jakub Szafrański

QAnon i „plandemia” to brednie, ale nie jest tak, że nikt przeciwko nam nie spiskuje. Ludzie, którzy chcą nam zrobić krzywdę, nawet się z tym specjalnie nie kryją.

Jak świat długi i szeroki, teorie spiskowe święcą triumfy. Jedna z najszerzej dziś rozpowszechnionych, równie popularna, co godna pożałowania, to QAnon. Jej wyznawcy fantazjują o siatce liberalnych pedofilów, czcicieli szatana, którzy rzekomo handlują dziećmi, a ich machinacje miałyby zostać ujawnione przez Donalda Trumpa w „dniu rozliczenia”, kiedy to wszyscy ci straszni ludzie zostaną aresztowani. To surrealne masowe urojenie nie jest jednak jedynym, które zaraża umysły milionów ludzi na świecie. Nie tak dawno miliony odbiorców w mediach społecznościowych oglądały np. wideo o tak zwanej „plandemii”. Usłyszały w nim, że za pandemią COVID-19 stoją wielkie koncerny, które spodziewają się zarobić krocie na masowej sprzedaży szczepionek.

Teorie spiskowe, dezinformacja i ksenofobia: skrajna prawica wobec koronawirusa

Spośród wielu szkód, jakie niosą teorie spiskowe, bodaj najbardziej dotkliwa polega na tym, że odwracają one uwagę od całkiem realnych spisków, które systematycznie rujnują życie miliardom ludzi na świecie, dewastują środowisko naturalne, a w końcu – jeśli nic nie stanie im na drodze – mogą doprowadzić do zapaści całej naszej cywilizacji. I to są zmowy, o których wszyscy naprawdę powinni wiedzieć. W odróżnieniu od andronów w rodzaju „plandemii” czy QAnon istnieją bowiem naprawdę. Wiedza o nich jest powszechnie dostępna, ale ponieważ nie zwracamy na nie większej uwagi, mogą swobodnie działać na naszą zgubę, podczas gdy miliony ludzi zajmują się roztrząsaniem bzdur.

Przyjrzyjmy się pięciu szczególnie perfidnym spiskom, które faktycznie istnieją. I zadajmy sobie przy tym pytanie, dlaczego poświęcamy tyle uwagi wymysłom foliarzy, a zbywamy milczeniem prawdziwe zmowy, które wyrządzają nam realną krzywdę.

Zmowa mająca na celu przekształcenie świata w jeden wielki wolny rynek, na czym skorzystają bogate elity

W 1947 roku, gdy świat podnosił się ze zgliszczy II wojny światowej, kilkudziesięciu teoretyków wolnego rynku spotkało się w ekskluzywnym szwajcarskim kurorcie. Tak powstało Stowarzyszenie Mont Pèlerin, organizacja służąca szerzeniu ideologii neoliberalizmu. W tamtym czasie jego założenia – że gospodarka wolnorynkowa powinna zdominować praktycznie wszystkie aspekty organizacji społeczeństwa, a wolność jednostki ma być wartością nadrzędną, przyćmiewającą wszelkie względy sprawiedliwości, równości czy dobra wspólnego – uchodziły za przejawy fanatyzmu. Jednak przy wsparciu zamożnych darczyńców w ciągu trzydziestu lat stowarzyszenie znacząco poszerzyło zakres potajemnych działań nakierowanych na uzyskanie światowej dominacji, tworząc sieci kontaktów w środowiskach naukowych, biznesowych, ekonomicznych, dziennikarskich i politycznych, a więc w globalnych ośrodkach władzy.

Wolny rynek nie robi się sam

Kiedy wywołany przez stagflację kryzys gospodarczy w latach 70. sprawił, że tradycyjna teoria ekonomii Keynesa popadła w niełaskę, stowarzyszenie stanęło przed niepowtarzalną szansą. Do roku 1985, gdy u władzy znajdowali się Ronald Reagan i Margaret Thatcher, oboje będący wychowankami szkoły wolnorynkowej, udało mu się uruchomić kampanię na rzecz systematycznej transformacji niemal wszystkich aspektów życia w kierunku nieskrępowanego ograniczeniami rynku, na którym wszystko mogło zostać bez skrupułów kupione lub sprzedane temu, kto zaproponuje najwyższą stawkę. Wyznawcy tej idei sparaliżowali działanie związków zawodowych, niszczyli siatki zabezpieczeń społecznych, obniżyli stawki podatkowe dla najbogatszych, znosili regulacje i zapoczątkowali transfer bogactwa od ogółu społeczeństwa do superelity.

Za każdym razem, kiedy za ich sprawą dochodziło do nowego kryzysu, na przykład zapaści z 2008 roku, wykorzystywali powstały zamęt, by zwiększyć swoją władzę i wpływy, wprowadzając ideologię wolnorynkową do kolejnych obszarów, które wcześniej uchodziły za nietykalne, takich jak edukacja, wymiar sprawiedliwości czy ochrona przyrody. Neoliberalny spisek skutecznie doprowadził w ten sposób do przekazania olbrzymiego majątku superelitom.

Business Insider / Andy Kiersz, dane z World Top Incomes Database

Wraz z nastaniem pandemii COVID-19 nadarzyła się kolejna okazja, aby zabrać pieniądze większości społeczeństwa i oddać w ręce nielicznych. Od początku pandemii w Stanach Zjednoczonych, gdzie 250 tys. osób zmarło już z powodu koronawirusa, a 50 mln straciło pracę, majątek amerykańskich miliarderów poszybował o 29 proc. w górę, do łącznej wysokości 3,8 bln dolarów. Sam Jeff Bezos mógłby podarować każdemu pracownikowi Amazona 105 tys. dolarów i nadal byłby tak samo bogaty jak przed uderzeniem pandemii.

Machinacje międzynarodowych korporacji, aby uzależnić miliony ludzi od swoich produktów

W latach 20. ubiegłego wieku dwóch bezwzględnych mężczyzn ułożyło diabelski plan, aby przejąć kontrolę nad umysłami Amerykanów. Na czym polegał? Na zidentyfikowaniu głęboko ukrytych ludzkich potrzeb i wykorzystaniu subtelnych komunikatów, aby wymusić na nich określone zachowanie, którego nie będą świadomi – nawet za cenę ich zdrowia i samopoczucia. Jeden z tych mężczyzn, Edward Bernays, był siostrzeńcem Freuda i wykorzystał jego spostrzeżenia na temat podświadomości do stworzenia własnych metod. Celem tej dwójki było przeistoczenie przeciętnego, pracującego Amerykanina w maniakalnego konsumenta poprzez zaprogramowanie jego umysłu tak, by pożądał rosnącej liczby towarów. Co oczywiście przekułoby jego życiowy wysiłek w zysk dla amerykańskich korporacji.

„Musimy zmienić Amerykę, przejść od kultury potrzeb do kultury pragnień”, deklarował partner Bernaysa, Paul Mazur. „Trzeba nauczyć ludzi pożądać nowych rzeczy, jeszcze zanim stare całkowicie się zużyją. Musimy ukształtować nową mentalność. Ludzkie pragnienia muszą górować nad potrzebami”. W 1928 roku Bernays z dumą opisywał, jak jego techniki psychologicznej manipulacji już wtedy pozwalały wąskiemu gronu kontrolować umysły amerykańskiego społeczeństwa:

Świadoma i inteligentna manipulacja zwyczajami i poglądami mas jest istotnym elementem demokratycznego społeczeństwa. Ci, którzy manipulują tym ukrytym mechanizmem społecznym, tworzą niewidzialny rząd, który sprawuje rzeczywistą władzę w tym kraju.

Kształtuje się nasze umysły, formuje gusta, podsuwa pomysły, a my sami w dużym stopniu podlegamy ludziom, o których nigdy nie słyszeliśmy… W prawie każdej z codziennych czynności […] ma nad nami władzę stosunkowa niewielka liczba osób […], która pociąga za sznurki kontrolujące umysł ogółu.

Od tamtej pory sukces manipulacji przeszedł najśmielsze oczekiwania jej inicjatorów. Korporacje opanowały technikę kontroli umysłu do perfekcji, wykorzystując do swoich niecnych celów podstawowe ludzkie instynkty. Te same, które pierwotnie pomagały naszym przodkom w prowadzeniu zbieracko-łowieckiego trybu życia, jak pragnienie posiadania wysokiego statusu lub obawa przed wykluczeniem.

Ken Loach: Jeśli nie rozumiemy walki klas, nie rozumiemy zupełnie nic

Drapieżne korporacje wkrótce zrozumiały, że tą grupą społeczną, którą najbardziej opłaca się omotać, są dzieci. „Jeśli chodzi o dziecięcego konsumenta, w General Mills wyznajemy zasadę, że należy pozyskać go wcześnie i zatrzymać przy sobie na całe życie” – w tych złowieszczych słowach politykę swojej firmy, międzynarodowej korporacji spożywczej, podsumował dyrektor generalny Wayne Chilicki. Z tą samą bezdusznością i wzgardą, z jaką farmy przemysłowe przerabiają kurczaki na nuggetsy, dzieci na Globalnym Południu zamienia się w nałogowców uzależnionych od śmieciowego jedzenia. Połowa dzieci w południowej Azji jest niedożywiona albo ma nadwagę, a wszechobecna reklama sprawia, że mimo to wydają swoje skromne oszczędności na puste kalorie.

Obecnie nowe pokolenie władców umysłów korzysta z wyrafinowanych technologii eksploracji danych, aby sprawować nad nami władzę na jeszcze głębszym poziomie. W instytucji o złowrogo brzmiącej nazwie Stanfordzkie Laboratorium Technologii Perswazyjnych (Stanford Persuasive Technology Lab), współczesne wcielenie Bernaysa, niejaki B.J. Fogg, uczy raczkujących przedsiębiorców, jak wykorzystywać tzw. hot triggers, czyli m.in. lajki i statystyki polubień, aby aktywować zastrzyk dopaminy w mózgu. To właśnie on sprawia, że nie możemy się oderwać od ekranu. Odkąd media społecznościowe przeniknęły do każdej dziedziny życia wielu nastolatków, siła agresywnej korporacyjnej reklamy, która dla zysku panuje nad ich umysłami, stała się jeszcze groźniejsza. W 2017 roku na jaw wyszedł dokument, w którym Facebook zapewniał reklamodawców, że jest w stanie ocenić w czasie rzeczywistym, kiedy nastolatek czuje się „zakompleksiony” lub „bezwartościowy” i jest najbardziej podatny na „zastrzyk pewności siebie”.

„Dylemat społeczny” − film o tym, jak media społecznościowe zjedzą nasze mózgi

Tajny układ polegający na plądrowaniu Globalnego Południa przez Globalną Północ

Odkąd w XV wieku Portugalczycy i Hiszpanie wyruszyli w morską podróż po władzę i bogactwo, nieliczna populacja białych Europejczyków sprzysięgła się, by wykorzystać swoją przewagę technologiczną do grabienia, plądrowania i wyzyskiwania zasobów reszty świata dla własnych korzyści. Układ z Saragossy z 1529 roku, w którym Hiszpania i Portugalia wykroiły dla siebie po kawałku pozostałych kontynentów, przypieczętował podział łupów i podbojów. Po rewolucji przemysłowej z kolei kraje Europy Północnej przejęły pałeczkę w dążeniu do światowej dominacji, bezlitośnie depcząc przy tym dziesiątki milionów istnień ludzkich, zakuwając Afrykańczyków w łańcuchy i wysyłając jako niewolników do kolonii.

Największa kradzież w historii, czyli jak Francja wycisnęła miliony od Haiti

Brutalny wyzysk nie zniknął też wraz ze zniesieniem niewolnictwa, lecz trwał pod postacią międzynarodowego procederu przymusowej pracy. Europejscy potentaci przetransportowali ponad 60 mln zdesperowanych robotników z Indii, Chin i wysp na Pacyfiku na tereny, gdzie było na nich zapotrzebowanie po tym, jak doprowadzili do fatalnych warunków życiowych w krajach ich pochodzenia. Zjawisko to zasłużyło sobie na miano „nowej formy niewolnictwa”. Orędownikami tego zakrojonego na olbrzymią skalę systemu handlu ludźmi byli kolonialni magnaci pokroju Cecila Rhodesa, który miał powiedzieć: „Musimy znaleźć nowe terytoria, z których można łatwo pozyskiwać surowce i jednocześnie wykorzystywać tanią pracę niewolniczą, której dostarczą nam rdzenni mieszkańcy kolonii. Oprócz tego kolonie posłużą nam za rynek zbytu dla nadprogramowych towarów produkowanych w naszych fabrykach”.

W ostatnich czasach machinacje te przybierają różne postacie. Przez dziesiątki lat po II wojnie światowej przywódcy Globalnego Południa, którzy domagali się sprawiedliwego udziału w systemie gospodarczym, byli regularnie odsuwani od władzy w zamachach stanu aranżowanych przez służby amerykańskie, brytyjskie i francuskie. Poprzez system wysoko oprocentowanych pożyczek zubożałe na skutek kolonializmu państwa zadłużały się też na potęgę w bankach Globalnej Północy. Kiedy nie były w stanie ich spłacić bez doprowadzania przy tym swojego narodu do bankructwa, zmuszano je do uczestniczenia w tak zwanych „programach strukturalnego dostosowania”, które umożliwiały międzynarodowym korporacjom Północy dalsze grabienie ich zasobów naturalnych i siły roboczej.

Uciekają do nas, bo są biedni. Są biedni, bo my jesteśmy bogaci

Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Światowa Organizacja Handlu są zarządzane przez kilka zamożnych państw, które ustalają zasady handlu międzynarodowego. W konsekwencji, poprzez kombinację nielegalnych przepływów finansowych, spłat odsetek zadłużenia i wyprowadzania dochodów, bogactwo nadal płynie z Południa na Północ na poziomie około 3 bln dolarów rocznie. Od 1960 roku różnica w poziomie dochodów Globalnej Północy i Południa zwiększyła się aż czterokrotnie.

Grafika autora na podstawie danych Banku Światowego

Spisek, w ramach którego tuszuje się efekty kryzysu klimatycznego w imię korporacyjnych zysków

Przez ponad 50 lat kierownictwa firm z branży paliwowej znały prawdę na temat zmian klimatycznych wywołanych przez działanie człowieka. Większość tego czasu firmy te poświęciły jednak na celowe tuszowanie tej wiedzy i utrudnianie prowadzenia publicznych dyskusji na ten temat, dzięki czemu mogły dalej zgarniać biliony dolarów dochodu. W 1968 roku ośrodek badawczy na Uniwersytecie Stanforda, Stanford Research Institute, zaalarmował Amerykański Instytut Naftowy – krajowe stowarzyszenie handlowe reprezentujące amerykańską branżę naftownictwa i gazownictwa – że emisje dwutlenku węgla gromadzą się w atmosferze i do 2000 roku mogą osiągnąć liczbę 400 cząsteczek na milion.

Raport ostrzegał przed wzrastającymi poziomami CO2, które prowadzą do topnienia pokrywy lodowej, wzrostu poziomu mórz i poważnych szkód dla środowiska naturalnego na całym świecie. Związany z Exxonem zespół naukowców zbadał ten problem i w 1977 roku poinformował kierownictwo o „przytłaczającej” zgodzie co do tego, że za wzrost stężenia CO2 w atmosferze odpowiadają paliwa kopalne. W wewnętrznej notatce z 1981 roku naukowcy podnieśli alarm w związku z planem spółki na kolejne 50 lat, który „doprowadzi do powstania skutków, które będą naprawdę katastrofalne (przynajmniej dla znaczącego ułamka populacji Ziemi)”.

Tragedii nie ma, czyli wszyscy żyjemy w Czarnobylu

Exxon, a wraz z nim inne spółki paliwowe wiedzieli zatem, że ich działania doprowadzą do zapaści klimatycznej, lecz zamiast próbować rozwiązać ten problem, okłamywali opinię publiczną, aby ukryć swoje wykroczenia. Idąc w ślady przemysłu tytoniowego, którego cyniczne oszustwa skazały miliony ludzi na przedwczesną śmierć, branża paliwowa przyjęła wspólną strategię, która polegała na manipulowaniu opinią publiczną poprzez opłacanie publikacji badań fałszywych ekspertów, wybiórcze podejście do danych, aby potwierdzały nieprawdziwe wnioski, wreszcie tworzenie podstaw własnych, niedorzecznych teorii spiskowych, które miały za zadanie odwrócić uwagę od ich przestępstw.

Na skutek wszystkich tych intryg świat mierzy się teraz z poważnym kryzysem klimatycznym. Gdyby przedsiębiorstwa sektora paliwowego od początku uczciwie zmierzyły się z problemem, już od dziesięcioleci bylibyśmy w trakcie przechodzenia na odnawialne źródła energii, niedogodności byłyby zminimalizowane, a przy tym ocalilibyśmy miliony istnień dzięki zmniejszeniu zanieczyszczenia. Tymczasem dziś potrzebna jest natychmiastowa globalna mobilizacja, aby uniknąć podwyższenia temperatury o 2°C ponad poziom sprzed rewolucji przemysłowej. W tej chwili świat jest bowiem na drodze do wzrostu temperatury o ponad 3°C w tym stuleciu, przy dużym prawdopodobieństwie osiągnięcia punktu krytycznego, który nieuchronnie doprowadzi do podwyższenia temperatury o 3 lub 4 stopnie. Taki świat gwałtownie zmieni się nie do poznania – lasy deszczowe w Amazonii staną się pustynią, nadmorskie miasta znikną pod wodą, a megahuragany będą tak silne, że z wieżowców powypadają okna. Do tego dochodzą uporczywe susze i głód na świecie oraz setki milionów zdesperowanych uchodźców klimatycznych.

W tym samym czasie, od początku swojej kampanii kłamstw w 1990 roku, cztery największe koncerny paliwowe – ExxonMobil, Royal Dutch Shell, Chevron i BP – uzyskały przychód w wysokości 2 bln dolarów, stawiając na szali życie miliardów ludzi.

Zmowa w celu podtrzymania niekończącego się wzrostu gospodarczego, który wyniszcza życie na Ziemi i grozi zapaścią cywilizacji

W niemal niedostrzeżonym publicznie, a wstrząsającym raporcie organizacja World Wildlife Fund alarmowała niedawno, że w ciągu ostatnich 50 lat populacja zwierząt na świecie spadła aż o 68 proc. Za nawet tak ponurą wiadomością kryją się jeszcze bardziej koszmarne dane: spadek populacji płazów, gadów i ryb o 84 proc. oraz 94-procentowy spadek liczebności zwierząt w Ameryce Południowej.

To tylko ostatni jak dotąd przegląd doniesień z dziejów upadku świata przyrody pod naporem działalności gospodarczej człowieka. Ludzie zagarnęli dla siebie już trzy czwarte powierzchni wszystkich lądów, zmieniając je w pastwiska i pola uprawne, zalewając betonem albo wodą. Trzy czwarte rzek i jezior całego świata używa się dziś do podtrzymania upraw rolnych i hodowli zwierząt. Niektóre z największych rzek świata – Ganges, Jangcy, Nil – nie docierają już nawet do morza. Zniknęła połowa światowych lasów i mokradeł. Sama tylko Puszcza Amazońska niknie w tempie niemal pół hektara na sekundę.

Bolsonaro wydziera się na ekologów, a USA i Chiny po cichu rabują Amazonię

Tymczasem światowe PKB ma się niemal potroić do połowy stulecia. Szacuje się, że do tego czasu 5 mld ludzi będzie się zmagać z niedoborem wody, 95 proc. gruntów rolnych na planecie ulegnie degradacji, a w oceanach będzie pływać więcej plastiku niż ryb. Naukowcy przewidują również, że o ile ludzkość nie zmieni kursu, do końca bieżącego stulecia wyginie lub znajdzie się na skraju wyginięcia połowa z 8 mln gatunków zamieszkujących (według obecnych szacunków) świat. Coraz więcej ekspertów jest przekonanych, że w połączeniu z załamaniem klimatu taka skala i szybkość wymierania zwiastują prawdopodobną zapaść współczesnej cywilizacji.

Pędzimy zatem na złamanie karku prosto w przepaść, a pcha nas do tego obsesja na punkcie wzrostu gospodarczego, który stał się praktycznie jedyną miarą dobrobytu. Rozpowszechniany przez technooptymistów szkodliwy mit „zielonego wzrostu” zakłada, że dzięki wynalazkom technicznym uda się „odkleić” PKB od emisji gazów cieplarnianych i eksploatacji zasobów naturalnych, a wtedy gospodarka będzie mogła dalej rosnąć w nieskończoność, choćby i na skończonej planecie. Wiemy już, że to kompletna bujda. Jak dotąd żadne takie wynalazki nie istnieją, a nawet najbardziej ekstatyczne założenia o możliwym wzroście wydajności i tak prowadzą do takiej konsumpcji zasobów, jakiej nie da się na dłuższą metę utrzymać.

PKB: wygodny i zawodny [wyjaśniamy]

A kto w tym przypadku spiskuje? Jeśli mieszkasz w jednym z bogatszych krajów, spójrz w lustro. Kraje grupy OECD [w tym Polska – red.], chociaż mieszka w nich zaledwie 18 proc. ludności świata, odpowiadają za 74 proc. globalnego PKB, a najbogatsze 10 proc. ludzi na Ziemi wytwarza ponad połowę światowych emisji gazów cieplarnianych.

Jeśli za sprawą tej globalnej niesprawiedliwości żyje nam się nieco wygodniej i jeśli nie staramy się jej aktywnie przeciwdziałać, przypominamy garstkę rozbitków na luksusowej tratwie ratunkowej, kopniakiem spychających do oceanu tych, którzy rozpaczliwie walczą z falami o życie. Może nie wyłamujemy nikomu palców u rąk, ale jeśli pozwalamy, by ten karkołomny pęd wzrostu trwał i przyspieszał, robimy coś bardzo podobnego.

Socjalizm albo reptilianie. Wybieraj

czytaj także

Kiedy następnym razem usłyszysz od kogoś, że masz „doczytać i się poinformować” w sprawie ulubionej teorii spiskowej tej osoby, możesz jej wskazać szereg całkiem realnych spisków, które nastają na życie tej pięknej, niespokojnej planety. Otuchy powinien jednak dodać fakt, że skoro te spiski są prawdziwe, a nie wymyślone, to możemy coś w ich sprawie zrobić. Możemy głosować na tych, którzy obiecują przerwać neoliberalny koszmar. Możemy zabiegać o ukrócenie agresywnych zakusów wielkich koncernów. Możemy wspierać kraje Globalnego Południa, gdy próbują zmienić reguły międzynarodowego handlu. Możemy ogłosić w naszym mieście alarm klimatyczny i wymusić redukcję emisji na szczeblu lokalnym. Możemy wreszcie aktywnie działać w ruchu, który próbuje przekształcić globalne społeczeństwo w cywilizację ekologiczną – opartą na afirmacji życia, a nie wzrostu i bogactwa.

**
Jeremy Lent jest autorem książki The Patterning Instinct: A Cultural History of Humanity’s Search for Meaning, w której bada, jak różne kultury tłumaczyły sobie wszechświat i jak zmieniały się nadrzędne w tych kulturach wartości. Jego nowa książka, The Web of Meaning, ukaże się wiosną 2021 roku.

Artykuł opublikowany w magazynie openDemocracy na licencji Creative Commons. Z angielskiego przełożyli Anna Opara i Marek Jedliński.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij