Świat

Morozov: Socjalizm cyfrowy, czyli nowa socjaldemokracja na XXI wiek

Długa historia społecznych innowacji, które przyniosła socjaldemokracja, odchodzi w niepamięć. Zamiast szukać nowych rozwiązań, socjaldemokracja uznaje, że jej głównym zadaniem jest obrona tych resztek instytucji, które ostały się po szturmie neoliberalizmu. I to właśnie neoliberalizm dyktuje nam „nowoczesność”.

Najpierw złe wiadomości. Pogubiliśmy się, straciliśmy wątek, jeśli chodzi o Big Tech – wielkie firmy z branży technologicznej. Mówiąc „my” mam na myśli tych, którzy w ten czy inny sposób, czują związek z koncepcją socjaldemokracji lub socjalizmu. A mówiąc o „wątku” myślę nie tylko o tym, jak pojmujemy dynamikę cyfrowej gospodarki i cyfrowego kapitalizmu, ale także – jak rozumiemy sam kapitalizm oraz rolę, jaką w kontrze do kapitalizmu lub w roli jego przeciwwagi powinny w społeczeństwie odgrywać socjaldemokracja i socjalizm.


Socjaldemokratom i socjalistom łatwo jest wyrobić sobie fałszywe poczucie priorytetów, zwłaszcza w kwestii Big Tech i Doliny Krzemowej. Bo choć prawdą jest, że socjaldemokraci i socjaliści w historii zajmowali się zagadnieniami władzy, praworządności i czy legalizmu, to tego rodzaju sprawy nigdy nie zajmowały czołowych miejsc w ich programach reform. Wartościami, które naprawdę ciągną do przodu projekty socjaldemokratyczne i socjalistyczne są i były od zawsze: egalitaryzm, sprawiedliwość społeczna a także – moim zdaniem – innowacyjność instytucjonalna.

Tej ostatniej nie rozumieją do końca nawet ci, którzy byli w samym sercu procesów reform socjalistycznych i socjaldemokratycznych. Ale to przecież dzięki wynajdowaniu nowych instytucji i nowych praktyk socjaldemokracja zdołała tak wiele osiągnąć. Do jej innowacji należy państwo opiekuńcze, reprezentacja interesów pracowniczych oraz instytucje, które funkcjonują gdzieś pomiędzy kapitalizmem a sektorem publicznym.

Jak rozwój sztucznej inteligencji zmieni świat w latach dwudziestych

Spójrzmy na przykład na system bibliotek. To instytucja funkcjonująca w oparciu o inny etos i logikę niż zasady rynkowe. Nie staramy się pobudzać konkurencji między pięćdziesięcioma różnymi bibliotekami po to, by osiągać najlepsze wyniki. Dostrzegamy, że wypożyczalnie książek są przykładem dobra publicznego, które wymaga infrastruktury i adekwatnego finansowania. Korzystamy z tego dobra, by promować pewien zestaw wartości, które mają jakiś związek z solidarnością, współpracą i egalitaryzmem. Zakładamy wreszcie, że nasze pochodzenie albo klasa społeczna nie powinny być przeszkodami w dostępie do określonych zasobów.

Ale wiele z tych innowacji – od państwa opiekuńczego, przez reprezentację interesów pracowniczych aż po instytucje działające tak jak wspomniane biblioteki – zostało wymyślonych nie tylko po to, by szerzyć egalitaryzm i solidarności. Chodziło także o to, by społeczeństwo działało sprawniej. Innowacje instytucjonalne uruchomiły znaczącą ilość innowacji społecznych i ekonomicznych. Państwo opiekuńcze stworzono nie tylko w tym celu, by wyrównać szanse; jego założyciele wierzyli także, że to najbardziej sprawny i skuteczny sposób nadania struktury relacjom w społeczeństwie. Ludzie, którzy mogli dołożyć się jakoś do jego rozwoju, dzięki wprowadzonym innowacjom mieli możliwość w pełni korzystać z dostępnych środków i wpływać na kierowanie społeczeństwem oraz jego kształtowanie.

Długa historia społecznych innowacji, za które odpowiadała socjaldemokracja, jest już prawie całkowicie zapomniana. Od kilku dekad, zamiast szukać nowych rozwiązań, socjaldemokracja uznaje, że jej głównym zadaniem jest obrona tych resztek instytucji, które ostały się po szturmie neoliberalizmu. I chociaż takie działania są i były konieczne, to ograniczają one zdolność sił socjaldemokratycznych i socjalistycznych do refleksji nad niezbędnymi przemianami technologicznymi oraz innowacjami instytucjonalnymi. Takimi, które stworzą ramy niezbędne, by obecna dynamika ekonomiczna rozwinęła się w kierunku nie tylko większego egalitaryzmu, ale także poprawy sprawności i produktywności. Co w przeszłości, dodajmy, socjaldemokracji się udawało.

Dziś wiele czynników nie pozwala nam użyć wszystkich środków na rzecz instytucjonalnych i społecznych innowacji, które umożliwiłyby utrwalenie socjaldemokratycznych wartości w społeczeństwie. Innymi słowy, warunki możliwości zaistnienia projektu socjaldemokratycznego są podkopywane, a zagrożenia płyną z wielu źródeł.

Jednym z nich jest tempo i struktura globalnego kapitalizmu jako takiego. Od czasu kryzysu finansowego na całym świecie leży bezczynnie zbyt dużo kapitału, który szuka jakiegoś ujścia, mogącego gwarantować właścicielowi zwrot z inwestycji na poziomie przynajmniej 6-7 procent rocznie. Co ciekawe, duża część tego kapitału wcale nie jest w rękach agresywnych funduszy hedgingowych, lecz dysponują nim socjaldemokratyczne rządy i organizacje.

Ten sam kapitał, który służy do inwestycji w firmy takie jak Facebook, Google i Amazon, stanowi bowiem gwarancję emerytur wielu Europejczyków. I o ile nie pojawi się jakieś szybkie rozwiązanie dla problemów światowej gospodarki, to owo strukturalne uwarunkowanie samo z siebie nie zniknie. W dającej się przewidzieć przyszłości wielu ludzi nie będzie mogło uzyskać oczekiwanych pieniędzy z innego źródła niż start-upy technologiczne czy platformy internetowe. Realia są zatem takie, że jakieś 200 miliardów dolarów tylko czeka na to, by zostać zainwestowane w coś, co przyniesie zyski. To strukturalne, podkreślmy, uwarunkowanie, z którym musimy się jakoś zmierzyć.

Frase: Odległy horyzont lewicy

czytaj także

Nie możemy ignorować przestróg, że wspólny, europejski fundusz technologiczny byłby tworem hierarchicznym lub autorytarnym. Ale jeśli nie zmierzymy się z rzeczywistością twarzą w twarz, to całemu europejskiemu sektorowi technologicznemu – od start-upów po wielkie firmy – grozi, że zostanie przejęty przez kapitał chiński, arabski, amerykański, japoński i tak dalej. To jest coś, co obserwujemy już od kilku lat.

Nie próbuję tu apelować o gospodarczy nacjonalizm. Nie sugeruję, że powinniśmy kontrolować tę branżę, bo jest branżą niemiecką lub francuską. Wskazuję tylko, że zanim zaczniemy tworzyć bardziej skomplikowane innowacje instytucjonalne musimy mieć najpierw możliwość kształtowania ścieżki i kierunków rozwoju naszej cyfrowej infrastruktury. Obecnie ta infrastruktura pozostaje w przeważającym stopniu w rękach prywatnych. Odnosi się to do sektora masowego przetwarzania danych, sztucznej inteligencji i do robotyki. Bez jakiejś interwencji strukturalnej na ogromną skalę (która może nam się nie spodobać, bo śmierdzi korporacjonizmem i nie wiadomo czym jeszcze) nie będziemy w ogóle panować nad sytuacją.

Sztuczna inteligencja – nie tylko cyfrowy kapitalizm

Powtórzmy, istnieje wiele uwarunkowań utrudniających innowacje instytucjonalne, a wśród nich szczególnie ważne są trudności państw europejskich z koordynowaniem polityki przemysłowej i fiskalnej. Ale jeśli nie zrobi się niczego w tej sprawie, to nie będzie też żadnej szansy na pojawienie się bardziej radykalnych innowacji strukturalnych i społecznych. A to oznaczałoby, że projekt neoliberalny osiągnął swój ostateczny cel: zapobiegł przeniesieniu na większą skalę wszystkich innych form pozarynkowej koordynacji. Bez posługiwania się metodami rynkowymi możesz sobie do woli koordynować działania różnych ludzi w kontekście twojej rodziny, parafii lub innych temu podobnych jednostek społecznej organizacji. Ale kiedy tylko zaczynasz stanowić zagrożenie dla kapitalistycznej akumulacji kapitału, zostajesz wyłączony z gry.

Kiedy tylko zaczynasz stanowić zagrożenie dla kapitalistycznej akumulacji kapitału, zostajesz wyłączony z gry.

Dla mnie właśnie w tym wyraża się istota neoliberalizmu. W tym projekcie chodzi o powstrzymanie form społecznej koordynacji, które nie mają nic wspólnego z rynkiem albo konkurencyjnością, przed zajęciem takiego miejsca w społeczeństwie, jakie obecnie zajmują instytucje w stylu bibliotek. Proszę sobie wyobrazić neoliberalną wersję biblioteki, gdzie czytelnicy otrzymują czytniki dwudziestu pięciu różnych firm i muszą płacić za każde słowo, a nie (tak jak teraz) uiszczać roczną opłatę pozwalającą wypożyczać dowolną liczbę książek albo płacić za to poprzez system podatkowy. W projekcie neoliberalnym chodzi ostatecznie, o to, żeby ograniczyć naszą bardzo szeroką paletę działań do jednego: konkurencji między różnymi podmiotami. Jest problem, to co robimy? Wprowadzamy większą konkurencję.

Nie chcę przez to powiedzieć, że konkurencja jest zła per se albo że nie może stanowić jednego z możliwych rozwiązań. Ale bardzo często traktuje się ją jako rozwiązanie domyślne. A kiedy chodzi o wielkie firmy technologiczne, to prowadzona obecnie debata jest w dużej mierze głęboko zakorzeniona w takiej właśnie neoliberalnej episteme. Za rozwiązywanie problemów biorą się albo wielkie firmy z branży technologicznej, albo start-upy. Bardzo wąski jest natomiast obszar dla wymyślania alternatywnych konfiguracji sił społecznych – związków zawodowych, kooperatyw pracowniczych, samorządów czy władz państwowych. Mało kto próbuje wyobrazić sobie taką infrastrukturę prawną, polityczną i/lub technologiczną, która pozwoliłaby nam wspólnie tworzyć projekty w rodzaju państwa opiekuńczego lub wielu związanych z nim instytucji. To może zdawać się abstrakcyjne, ale właśnie abstrakcji potrzebujemy, żeby w pełni ocenić zasięg hegemonii neoliberalizmu.

Korporacja to czarujący psychopata [rozmowa]

czytaj także

Neoliberalizm zdołał ograniczyć naszą wyobraźnię i związać nam ręce. Wyzwanie, przed którym teraz stoimy, polega na tym, by dokonać inspekcji nowego, cyfrowego ekosystemu i stworzyć jakiś bardzo podstawowy i mglisty ogólny zarys, jak mógłby wyglądać nowy zestaw instytucji. Powinniśmy wypracować pewną koncepcję tego, gdzie będziemy współpracować, gdzie będziemy wytwarzać wiedzę, gdzie będziemy umieszczać nowy rodzaj dóbr publicznych. Nie tylko po to, żeby promować solidarność, sprawiedliwość i egalitaryzm, ale także, by społeczeństwo działało sprawniej i skuteczniej.

Pomyślmy tylko o sztucznej inteligencji. To branża, gdzie dziesięć firm – pięć chińskich i pięć amerykańskich – co roku wrzuca regularnie po 10-12 miliardów dolarów w badania. Taka koncentracja gospodarcza jest istotnie problematyczna. Ale czy naprawdę bardziej sensownie byłby przejść na model, w którym sto firm wrzuca w AI po 2 miliardy każda? Oczywiście, że nie. Powinniśmy zamiast tego zadać sobie pytanie jak duża część obecnych wydatków wiąże się z całkowitą stratą pieniędzy. Odpowiedź brzmi: około 90 procent.

Sztuczna inteligencja jest nieomal klasycznym przykładem dobra wspólnego; czegoś, co trzeba wytworzyć raz, a później należy udostępnić innym. Takie podejście do AI nie tylko radykalnie obniżyłoby koszty technologii, ale także potencjalnie poprawiłoby jej jakość, bo można byłoby wykorzystać efekty sieciowe. Dziś dziesięć firm z branży rozwija dla algorytmów i uczenia maszynowego prawie identyczne umiejętności. Wszystkie ćwiczą swoje systemy w odróżnianiu na zdjęciach kotów od psów, świateł ulicznych od samochodów, mężczyzn od kobiet, ludzi o ciemnej skórze od tych o jasnej karnacji. Replikują te same zestawy funkcji. Nie ma lepszego argumentu wskazującego marnotrawstwo kapitalizmu niż toczący się właśnie wyścig w branży AI.

Sytuacja nie poprawi się przez to, że zwiększymy liczbę firm z dziesięciu do stu. Zamiast tego potrzeba scentralizowanego podejścia, w którym sztuczna inteligencja będzie traktowana jako infrastruktura oparta na pewnej ekonomii politycznej. Trzeba wdrożyć dobrze zaplanowany mechanizm finansowania i rozwijania AI, a także znaleźć jakiś sposób udostępnienia tej technologii rozmaitym graczom w gospodarce – być może różnicując warunki. Wielkie firmy mogłyby uiszczać wyższe opłaty, mniejsze – stosownie niższe, a NGO-sy, aktywiści i start-upy mogłyby korzystać z całkowicie darmowego dostępu. To wszystko stałoby się możliwe w jednej chwili, gdybyśmy tylko zdołali wykonać ten jeden wielki krok w stronę prawnej, politycznej i finansowej instytucjonalizacji. Właśnie takie instytucjonalne innowacje powinny się nam kojarzyć z projektami socjaldemokratycznymi i socjalistycznymi.

Niestety nasze myślenie tak bardzo zdominowane jest przez codzienne grzechy firm Big Tech – unikanie opodatkowania, mieszanie się do procesów legislacyjnych, inwigilacja aktywistów i krytyków – że niezwykle ciężko nam zdobyć się na jakąkolwiek refleksję na bardziej abstrakcyjnym poziomie. Tym bardziej, na powiązanie naszych rozważań z podstawowymi celami i funkcjami socjaldemokracji. Nie mam absolutnie żadnych wątpliwości, że każdy socjaldemokratyczny albo socjalistyczny projekt, jaki zbudujemy na ruinach Big Tech i Doliny Krzemowej będzie musiał rozwiązać jedną podstawową kwestię: problem własności i kontroli infrastruktury, którą można wykorzystywać do różnych projektów.

Warufakis: Google – a co my z tego mamy?

Państwo opiekuńcze zbudowaliśmy kiedyś w oparciu o pewne bardzo ważne założenie: że określone usługi są tak istotne dla dobra ludzi i społeczeństwa, że powinny zostać zdekomodyfikowane, a więc uniezależnione od rynku i nie traktowane jako towar. Dlatego właśnie zdekomodyfikowaliśmy opiekę zdrowotną, edukację, transport i kilka innych obszarów. Niestety, kapitalizm znalazł sposoby, by przeniknąć nawet do najbardziej intymnych obszarów naszego istnienia. Posługując się wyrażeniem często używanym w niemieckiej filozofii, „skolonizował świat życia”. Nie wydaje mi się, by w takim stwierdzeniu było wiele przesady. Od dłuższego czasu trwają systematyczne wysiłki na rzecz komodyfikacji, a więc utowarowienia każdego elementu naszego życia, każdej poszczególnej interakcji – czy to z podobnie myślącymi ludźmi, czy z grupami politycznymi lub instytucjami. Już dawno powinniśmy byli dać tym wysiłkom odpór. Cyfrowo zapośredniczone stosunki społeczne nie mogą być traktowane jak towar – by mogły tworzyć i promować relacje oparte na solidarności i równości.

Wyzwanie dla socjaldemokracji

Niezależnie od tego w co przerodzi się projekt socjaldemokratyczny i socjalistyczny, to nie sposób będzie już dalej ignorować kluczowego znaczenia kwestii kontroli nad tą infrastrukturą. Biorąc jednak pod uwagę obecny skład Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego oraz powszechny kryzys wielu partii socjaldemokratycznych, musimy trzeźwo oceniać sytuację. W tym momencie wyzwanie polega na tym, by ocalić choćby szansę na odbicie infrastruktury. Trzeba też sobie jasno powiedzieć, że socjaldemokratyczny i socjalistyczny impuls do społecznych i instytucjonalnych innowacji na razie znalazł ujście w majstrowaniu przy różnych przepisach.

Kapitalizm znalazł sposoby, by przeniknąć nawet do najbardziej intymnych obszarów naszego istnienia.

Myślę, że jeśli chodzi o regulacje, to radzimy sobie bardzo dobrze. Cała Komisja Europejska działa w duchu koncepcji, że mamy pewne przepisy, których należy przestrzegać. Za każdym razem, kiedy politycy związani z jakąś partią socjaldemokratyczną mówią o regulacjach, powinniśmy im przyklaskiwać. Ale powinniśmy też pytać: co jeszcze planują zrobić wobec gigantycznego polityczno-ekonomicznego i kulturowego wyzwania digitalizacji? Czy myślą o jakimś konkretnym programie infrastrukturalnym lub gospodarczym? Ja mam poczucie, że nie myślą– po części dlatego, że pocieszają się wieloma możliwościami, jakie dają im europejskie regulacje.

Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem przeciw regulacjom. Ale pomysł, że z tego bałaganu wyciągnie nas jakiś technokratyczny program oparty na nowych przepisach, to mrzonka. Brakuje nam ambitniejszego projektu politycznego, który mógłby całkowicie na nowo zdefiniować to, czym będzie socjaldemokracja w XXI wieku. I właśnie zderzenie z technologiami cyfrowymi to szansa, która może nas ocalić, ponieważ koniec końców pozwala nam od nowa zastanowić się, czym – oprócz obrony zdobyczy XX wieku – powinno być podejście socjaldemokratyczne.

Nadchodzi technologiczne trzęsienie ziemi, a lewica rozgrywa wojny sprzed wieku

Taki program nie wyklucza rozbicia na mniejsze wielkich firm technologicznych. Ale podzielenie Big Tech na Small Tech nie jest tym najważniejszym celem, o którym mowa. To może być cel dla liberałów, ale na pewno się dla socjaldemokratów. Powinniśmy starać się osiągnąć coś innego, przy czym osłabienie potęgi Google i Facebooka może być do tego przydatne lub wręcz niezbędne. Taktyczny sojusz między socjalistami i liberałami jest zatem możliwy, osiągalny, a może nawet konieczny.

Jednak jeśli socjaldemokraci i socjaliści wejdą w taki sojusz, nie rozumiejąc w pełni politycznej i filozoficznej dynamiki sytuacji, to zostaną po prostu połknięci.

Nigdy bowiem nie będą bardziej przekonująco mówić o konkurencji niż liberałowie. A jeśli będą przy tym obstawać, to pojawi się pytanie, po co w ogóle istnieje socjaldemokracja. Sojusz można wykorzystać taktycznie i strategicznie, by popchnąć do przodu realizację swojego programu i swoich celów, ale trzeba bardzo jasno powiedzieć, czym są te cele. To gigantyczna wyrwa, która zionie w programach partii socjaldemokratycznych. Potrzeba może trzech albo czterech lat, żeby ją zapełnić. Ale też nie więcej, bo jeśli ta wyrwa nie zostanie zapełniona, to szansę na ocalenie zaprzepaścimy.


Na poziomie praktycznym są dwa zadania, które trzeba zrealizować w ciągu najbliższych kilku lat. Po pierwsze, musimy precyzyjnie wyszczególnić warunki konieczne do tego, by nowy socjaldemokratyczny projekt był wykonalny. To może oznaczać zupełnie inną politykę w temacie własności danych albo np. próby wprowadzania prototypowych systemów w miastach, gdzie mogłaby działać zupełnie inna cyfrowa gospodarka, oparta na solidarności i partycypacji obywateli. Te projekty muszą być bardzo anty-hierarchiczne i sprzyjać autentycznej przedsiębiorczości. Oczywiście, start-upy bywają różne. Niektóre są z gruntu nastawione na zysk kosztem innych. Ale są też takie, które działają ze szlachetniejszych pobudek i w godniejszy sposób.

Trzeba testować pomysły i zachęcać do podsuwania nowych. Bo bez działających prototypów nowej infrastruktury cyfrowej, które będą zapewniać wartości, jakie chcielibyśmy zobaczyć w dużej skali, możemy zapomnieć o tym, że przekonamy kogokolwiek do wypróbowania takich rozwiązań na poziomie krajowym lub europejskim. Do tego potrzeba też finansowania i polityków, którzy będą gotowi podjąć ryzyko w obliczu sprzeciwu ze strony branży nieruchomości, Ubera, Googla, Amazona i całej reszty. Rzecz jasna, opór będzie duży. To bardzo potężne firmy i wiedzą, czego chcą. Ich projekt jest prawie doskonale dopasowany do neoliberalnego programu zapobiegania skalowaniu wszystkich innych nierynkowych form społecznej koordynacji.

Mazzucato: Precz z cyfrowym feudalizmem!

czytaj także

Drugie zadanie, obok tych dwóch lub trzech lat cyfrowych, nieneoliberalnych eksperymentów, polega na tym, by wyruszyć w ambitną intelektualną podróż. Spróbujmy przemyśleć na nowo, co może oznaczać w XXI wieku socjaldemokracja. Nie udało się to dobrze żadnej z socjaldemokratycznych partii w Europie, Ameryce Północnej ani Łacińskiej. Zamiast tego opanowała je ideologiczna i intelektualna inercja. Jest ona przeszkodą dla wynalezienia takich form instytucjonalnego i społecznego zrzeszania się, które pozwoliłyby nam przeformułować wizję socjaldemokracji w XXI wieku.

Sprzeczność neoliberalizmu

Jeśli uda nam się osiągnąć jakieś postępy na obu tych frontach, to jest duża szansa, że socjaldemokracja nie tylko nie przejdzie do historii, ale będzie się znakomicie rozwijać. Bo chociaż na razie wszystko układa się dla neoliberalizmu pomyślnie, chociaż firmy takie jak Uber, Airbnb, Google i cała reszta tak bardzo wspierają idee przedsiębiorczości i konkurencyjności, to koszty utrzymywania obecnego systemu są wysokie. Tak wysokie, że neoliberałowie nie wiedzą już, co z nimi zrobić. Rynki nie potrafią już rozwiązywać problemów, nawet jeśli kiedyś były w stanie to robić. Nie można stworzyć rynku potrzebnych rozwiązań, a potem kolejnego zestawu rynków dla innych rozwiązań. To regres w nieskończoność – problemy nie tylko pozostają nierozwiązane, ale wręcz się kumulują.

Morozov: Neoliberalizm na google’owskich sterydach

Dlatego – chociaż nie powinniśmy lekceważyć wytrzymałości przeciwnika – w przyszłości pojawią się niewątpliwie taktyczne okazje do tego, by zrobić krok do przodu. Ale dopóki nie będzie jasno wyrażonej koncepcji tego, czego socjaldemokraci i socjaliści właściwie chcą, to nie można oczekiwać żadnych postępów. Nasze problemy nie wynikają z dezorientacji zjawiskiem Big Tech. Brakuje nam jasności, co do znaczenia i przyszłości socjaldemokracji jako takiej. To, że branża cyfrowa wywołuje u nas dezorientację jest konsekwencją, a nie przyczyną problemów. Jeśli chcemy mieć w tej sprawie pełną jasność, to musimy mieć też jasność, jakie znaczenie ma socjaldemokracja w warunkach kapitalizmu XXI wieku.

**
Artykuł jest rozwinięciem wystąpienia autora wygłoszonego 30 października 2019 roku na konferencji Digital Capitalism Congress 2019, zorganizowanej przez Fundację Friedricha Eberta.

Artykuł powstał w ramach serii „Eurozine Focal Point”. Ukazał się po raz pierwszy w języku angielskim w serwisie Eurozine w lutym 2020 r. Copyright © Evgeny Morozov / Eurozine. Z angielskiego przełożył Maciej Domagała.

 

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Evgeny Morozov

| Publicysta
Publicysta zajmujący się politycznymi i społecznymi implikacjami nowych technologii.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.