Świat

Komu jeszcze potrzebna jest ONZ?

Fot. serena_tang/flickr.com

W młodszym, gniewniejszym i coraz bardziej niecierpliwym świecie spotykający się gdzieś, daleko klub panów w ciemnych garniturach skazany jest na postępującą marginalizację.

LONDYN – Przez większość swojego istnienia Organizacja Narodów Zjednoczonych kryła się za wygodnym hasłem, które głosiło, że „gdyby ONZ nie istniała, trzeba by ją było wymyślić”. Dziś, jako szacowna 75-latka, organizacja ta nadal cieszy się szerokim poparciem w ogólnoświatowych sondażach.

Pod powierzchnią jednak gromadzą się trudności, których nie można pomijać. Patrząc na to, co dzieje się w mediach tradycyjnych i społecznościowych, sprawy podnoszone przez ONZ niespecjalnie znajdują oddźwięk. Co gorsza, w kwestii utrzymywania pokoju i bezpieczeństwa ONZ często potyka się o własną, dysfunkcyjną Radę Bezpieczeństwa, która sama w sobie odzwierciedla coraz bardziej podzielony świat. Czy to w Syrii, Jemenie, czy w Libii przywracanie pokoju odbywa się w żółwim tempie, przy czym o wiele bardziej decydujące niż ustalenia Rady Bezpieczeństwa okazują się wydarzenia na polu walki. Te same podziały hamują pracę nad przestrzeganiem praw człowieka, której nie przysłużyły się również ostatnie wybory, gdy miejsca w Radzie Praw Człowieka przypadły Rosji, Kubie i Chinom.

Sachs: W obronie ONZ

ONZ z pewnością zawsze odzwierciedlała świat, którego przedstawiciele w niej zasiadają. Jedynie w początkowych latach istnienia samej organizacji oraz w późnych latach 90., na początku kadencji Sekretarza Generalnego ONZ Kofiego Annana, jej członkowie na szeroką skalę popierali ideę silnej ONZ. Poza tymi okresami ONZ zazwyczaj działała przy silnych niesprzyjających wiatrach. Na dodatek, bardzo wiele zmian politycznych i demograficznych sprawia, że oenzetowski świat podlega szybkim zmianom.

Dzisiejszy świat jest ogólnie młodszy. Potęga Stanów Zjednoczonych, jak się wydaje, swój szczytowy moment ma już za sobą, a obecny rozkład sił wskazuje na rosnące znaczenie Chin i innych państw. Jednocześnie pandemia COVID-19 sprawiła, że świat ubożeje, zaś cyfryzacja uczyniła go bardziej nierównym.

Świat już nie zazdrości Ameryce, ale jej współczuje

ONZ, oparta na karcie składającej się właściwie w całości z liberalno-demokratycznych wartości wyznawanych przez zwycięzców II wojny światowej, z trudem radzi sobie ze zmianami światowego porządku. Pod przewodnictwem obecnego Sekretarza Generalnego Antónia Guterresa organizacja ta kontynuuje działania na rzecz parytetu płci i większego zróżnicowania wśród swoich pracowników, co trzeba docenić. Nadal jednak zbyt wiele najwyższych stanowisk przypada państwom założycielskim. Co ważniejsze, ONZ wydaje się nie nadążać za światem znajdującym się tuż za jej drzwiami.

Chiny, według szacunków drugie co do wielkości wkładu w oenzetowski budżet państwo członkowskie, coraz wyraźniej próbują narzucić swoje przywództwo w sprawach związanych ze zmianą klimatu i innymi kwestiami, zwłaszcza po abdykacji Stanów Zjednoczonych pod rządami odchodzącego prezydenta Donalda Trumpa. Na wrześniowym posiedzeniu Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych prezydent Xi Jinping uczynił brzemienny w skutkach krok, deklarując, że Chiny do roku 2060 osiągną neutralny poziom emisji dwutlenku węgla. Jednak ten sam reżim, który teraz zobowiązuje się do zrównoważonej gospodarki środowiskowej, jednocześnie brutalnie represjonuje chińską mniejszość ujgurską.

„Placówki reedukacyjne” dla Ujgurów

czytaj także

To zaś pokazuje główny dylemat ONZ. Większość ludności świata żyje dziś albo pod rządami autorytarnymi, sprawowanymi przez despotów, którzy nawet nie starają się zachować pozorów demokratycznego umocowania, albo pod rządami wyłonionych w wyborach autokratów demolujących demokratyczne instytucje i organy, których zadaniem jest patrzenie władzy na ręce.

Nie mając innego wyjścia, jak tylko ułożyć się z tym coraz bardziej niedemokratycznym światem, ONZ stanęła przed wyzwaniem polegającym na wypracowaniu praktycznego, możliwego do realizacji programu działań, bez sprzeniewierzania się leżącej u podstawy organizacji Karcie Narodów Zjednoczonych ani zobowiązaniu do stania na straży praw człowieka i innych swobód. Instytucja ta będzie musiała wykorzystać swoje mocne strony. Jako przedstawicielstwo „praw zbiorowości”, ONZ ma wyjątkową pozycję, umożliwiającą jej mobilizację działań w kwestiach takich jak zmiana klimatu, stanowiących zagrożenie zarówno dla ubogich rolników w krajach rozwijających się, jak i dla zamożnych mieszkańców nowojorskiego Manhattanu, również narażonych na podnoszący się poziom mórz.

Podobnie rzecz się ma z Celami Zrównoważonego Rozwoju do roku 2030, które mają zapobiec nierównościom i wykluczeniu w skali całego świata, a które stanowią przykład działania ONZ w jej najlepszym wydaniu, podobnie zresztą jak apel Guterresa o „nową umowę społeczną dla nowej ery”. ONZ bez wątpienia wnosi ważny w skali świata wkład przez publikację statystyk i rankingów dotyczących rozwoju ludzkości oraz organizowanie szeroko zakrojonych koalicji, mających na celu stałe postępy w zakresie kluczowych wskaźników dobrobytu i dobrostanu.

Koniec głodu, nędzy i wyzysku? Ktoś w ONZ zapomniał, że żyjemy w kapitalizmie

Jednak samo to, że ONZ jest wiodącym głosem w sprawach sprawiedliwości społecznej, gospodarczej i środowiskowej, nie oznacza jeszcze, że może odpuścić sobie ochronę praw człowieka. Organizacja ta zobowiązana jest do informowania o wszelkich przypadkach łamania tych praw. Mimo że powinna zachować ostrożność w udostępnianiu dowodów takich nadużyć innym stronom i kierowaniu oskarżeń, musi jednak pozostać niezłomna w pełnieniu powierzonej jej roli. W tym obszarze jej największymi sojusznikami są organizacje społeczeństwa obywatelskiego i nieliczne państwa, które mają odwagę postawić na szali wąsko pojmowane interesy handlowe czy polityczne i sprzeciwić się krajom pokroju Chin, Indii czy Arabii Saudyjskiej.

Z drugiej strony, ONZ będzie jednak zapewne musiała się nagiąć do logiki zimnej wojny XXI wieku. Rada Bezpieczeństwa pozostanie dysfunkcyjna do czasu reform, na co na razie się nie zanosi. Istnieją jednak sposoby na ominięcie miejsc objętych paraliżem. Podczas pierwszej zimnej wojny ONZ, nie konsultując się z Radą Bezpieczeństwa, zainicjowała istotne działania w celu rozwiązywania kryzysów humanitarnych i wspierania nowych członków, wychodzących właśnie spod kolonialnego jarzma. Oenzetowskie agencje ds. rozwoju i pomocy humanitarnej, tam gdzie wymagały tego okoliczności, często podejmowały działania na podstawie własnych, odrębnych uprawnień i przepisów międzynarodowych.

Autorytaryzm może trwać dłużej niż pandemia

czytaj także

Dziś Specjalni Przedstawiciele ONZ w rejonach objętych konfliktem oraz oenzetowscy koordynatorzy w innych obszarach wykonują mnóstwo dobrej roboty, niestrudzenie podejmując kuluarowe działania w celu zapobieżenia miejscowym konfliktom, ochrony społeczeństwa obywatelskiego i rozwiązania problemu nierówności i innych przyczyn politycznej niestabilności. Owa „terenowa” ONZ świetnie sobie radzi, pozostając poza polem widzenia i uwagi, w bezpiecznej odległości od najeżonej szykanami polityki państw zasiadających w nowojorskiej siedzibie Rady Bezpieczeństwa.

Odmowa dostępu do legalnej aborcji może być torturą − ocenił Komitet ONZ

To tutaj właśnie zdecydują się przyszłe losy ONZ. W młodszym, gniewniejszym i coraz bardziej niecierpliwym świecie spotykający się gdzieś daleko klub panów w ciemnych garniturach skazany jest na postępującą marginalizację. ONZ liczy się w terenie, bo to tam wykonuje najważniejszą powierzoną jej pracę na rzecz tych, którzy najbardziej jej potrzebują.

**
Mark Malloch-Brown – były zastępca Sekretarza Generalnego ONZ, współprzewodniczący Fundacji ONZ.

Tekst stanowi nieco zmieniony zapis wygłoszonego przez niego dorocznego wykładu w ramach UNU-WIDER.

Copyright: Project Syndicate, 2020. www.project-syndicate.org. Z angielskiego przełożyła Katarzyna Byłów.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij