Świat

„Placówki reedukacyjne” dla Ujgurów

Bez komór gazowych i krematoriów, za to z warsztatami plastycznymi i boiskami do koszykówki – tak Chińczycy przedstawiają światu swoje „placówki reedukacyjne”, będące w rzeczywistości obozami koncentracyjnymi dla Ujgurów. Państwo Środka nie prowadzi aktywnej eksterminacji tej muzułmańskiej mniejszości, ale to nadal ludobójstwo. Kiedy za kilkanaście, kilkadziesiąt lat cały proces dobiegnie końca, Ujgurów już w Chinach nie będzie.

Ujgurzy z położonego na wschodzie regionu Sinciang tańczą, malują obrazy, grają w koszykówkę i śpiewają piosenki. Gdy dziennikarze brytyjskiego BBC pytają, czy cieszą się z pobytu w placówkach edukacyjnych, mówią, że oczywiście: poznają język i prawo, wyuczają się zawodu, pozbywają skłonności do religijnego ekstremizmu. Sielankę burzy widok drutów kolczastych na murach, krat w oknach i oficjeli przysłuchujących się każdemu słowu.

Wszystko to jednak dla wyższego dobra: do „placówek reedukacyjnych” trafiają muzułmańscy Ujgurzy, terroryści, a nawet jeśli nie terroryści, to przynajmniej potencjalni groźni separatyści – a wychodzą przykładni obywatele Chińskiej Republiki Ludowej.

Takich placówek jest już w Sinciangu co najmniej 380. Jednak w rzeczywistości nie są to żadne placówki reedukacyjne, ale obozy koncentracyjne, choć nie takie, jakie znamy z europejskiej historii, z dymiącymi kominami krematoriów. Ludobójstwo odbywa się tu na pograniczu prawnej definicji tego terminu; z tego, co wiemy, Chińczycy nie głodzą więźniów, nie dokonują masowych egzekucji i systemowo nie mordują ujgurskich elit. Nie łudźmy się jednak: gdy cały proces dobiegnie końca, w Sinciangu nie będzie już Ujgurów.

Obóz reedukacyjny w prefekturze Hotan, kwiecień 2017. Fot. WeChat/Xinjiang Judicial Administration

Wszystkie trzy zła

Ta mniejszość od dawna była dla Chińskiej Republiki Ludowej problematyczna. Ujgurzy mówią własnym językiem, wywodzącym się z rodziny tureckiej i zapisywanym alfabetem arabskim. W zdecydowanej większości wyznają islam, mają także długą historię regionalnego separatyzmu. W pierwszej połowie XX wieku na zamieszkiwanych przez ujgurską ludność terytoriach dwukrotnie proklamowano Republikę Wschodniego Turkiestanu i choć żadna z nich nie przetrwała dłużej niż dwa lata, niepodległościowe dążenia nadal istnieją.

2020 – straszny nowy rok Chin?

czytaj także

Aby im przeciwdziałać, władze przeprowadziły kampanię Wielkiego Skoku na Zachód, mającą wyrównać różnice pomiędzy regionem autonomicznym Sinciang a znacznie bogatszym wschodem. Ale pod pretekstem rozwoju gospodarczego zaczęła tam ściągać ludność Han, największa grupa etniczna Chińskiej Republiki Ludowej. Chińczycy Han osadzili się przede wszystkim na bogatszej północy regionu i przejęli dobrze płatne posady, zostawiając Ujgurom gorzej rozwinięte południe. Napięcia pomiędzy obiema grupami zaczęły wzrastać, co w ciągu ostatnich lat doprowadziło do kilku zamachów terrorystycznych, a w 2009 roku także do zamieszek, w których według oficjalnych danych zginęło prawie 200 osób.

W regionie działa także parę grup fundamentalistycznych, w tym Islamistyczna Partia Turkiestanu, która przyznała się do współpracy z Al-Kaidą. Dla Chińskiej Republiki Ludowej, walczącej z „trzema złami” – terroryzmem, separatyzmem i religijnym ekstremizmem – to dostateczne usprawiedliwienie dla organizowania kolejnych „placówek reedukacyjnych”.

Uliczne święto w ujgurskiej prowincji Sinciang. Fot. Sergio Tittarini

Półtora miliona „potencjalnych separatystów”

Problem w tym, że nie trafiają do nich wyłącznie osoby podejrzane o terroryzm czy separatyzm. Niemiecki antropolog Adrian Zenz szacuje, że w obozach może być przetrzymywanych nawet półtora miliona muzułmanów – nie tylko Ujgurów, ale także Kazachów czy Kirgizów – i nawet jeśli mocno się myli, to nadal pozostawia nas z liczbami idącymi w setki tysięcy. Nie buduje się 380 sporej wielkości ośrodków, gdzie w niewielkich pokojach stłacza się po kilka osób, dla niewielkiego marginesu z separatystycznymi ciągotami. A dla chińskich władz pretekstem do zatrzymania może być chociażby posiadanie na telefonie komunikatora umożliwiającego szyfrowanie wysyłanych wiadomości, np. WhatsAppa.

Ci, którzy wyszli z obozów i udali się na emigrację, opowiadają o nieustającej indoktrynacji. „Placówki reedukacyjne” zmuszają osadzonych do śpiewania chińskich pieśni i wysłuchiwania przemów politycznych liderów, zakazują natomiast używania ojczystego języka oraz modlitw. Ujgurom pod przykrywką „rugowania religijnego ekstremizmu” odbiera się fundamenty ich etnicznej tożsamości, zastępując ją ślepą lojalnością wobec państwa.

Warunki życia także diametralnie różnią się od tego, co władze chcą przedstawiać zagranicznym dziennikarzom. Zdjęcia satelitarne pokazują, że placówki, do których wpuszczano BBC, były poddawane poważnym modyfikacjom tuż przed przyjazdem dziennikarzy: demontowano wieże strażnicze, stawiano boiska do koszykówki i piłki nożnej. Można się tylko domyślać, jakich zmian dokonano wewnątrz.
A to przecież jedynie te obozy, które rzeczywiście zaprezentowano światu.

Według tych, którzy przetrwali swój „kurs reedukacyjny”, w zdecydowanej większości obozów warunki wyglądają zdecydowanie gorzej. Tłok w niewielkich pomieszczeniach, pobicia, wreszcie przymusowa praca są tam na porządku dziennym.

Australian Strategic Policy Institute odkryło, że od 2017 roku co najmniej 80 tysięcy Ujgurów było zmuszanych do pracy w fabrykach nieopodal obozów. Co gorsza, z procederu tego korzystały co najmniej 83 globalne marki, giganci branży samochodowej, odzieżowej czy technologicznej. Owocem przymusowej pracy były również maseczki, które Chiny za sprawą pandemii zaczęły produkować na potęgę. Jest więc prawdopodobne, że każdy z nas miał w ostatnich miesiącach styczność z towarami okupionymi wolnością Ujgurów.

Scenka uliczna z ujgurskiej prowincji Sinciang. Fot. llee-vu/flickr.com

Turkiestan pod okiem Wielkiego Brata

Nie tylko obozy koncentracyjne są problemem. Nawet jak na standardy Chin, przodujących w sposobach inwigilacji własnych obywateli i tłamszenia wszelkiego obywatelskiego nieposłuszeństwa w zarodku, Sinciang mocno się wyróżnia. Według relacji tych, którzy odwiedzili region, kamery są wszędzie, a każde „podejrzane” zachowanie (lista takowych jest długa i momentami absurdalna – znajduje się na niej m.in. przechowywanie zapasów żywności) może poskutkować wizytą policji.

Big Brother spotyka Big Data. Oto najbardziej totalna technologia władzy w historii ludzkości

W regionie metodycznie burzy się meczety, muzułmańskie cmentarze czy kaplice. The Xinjiang Data Project, inicjatywa Australian Strategic Policy Institute, monitorująca destrukcję ujgurskiej kultury w Sinciangu za pomocą zdjęć satelitarnych, wskazuje prawie 400 miejsc kultu i ponad 200 obiektów o naturze religijnej, które w ciągu ostatnich lat zostały w jakimś stopniu naruszone lub całkowicie zniszczone.

Proces sinizacji w szczególny sposób dotyka kobiety. Choć Pekin oficjalnie temu zaprzecza, doniesienia z Sinciangu mówią o zmuszaniu Ujgurek do korzystania ze środków antykoncepcyjnych, wymuszonej sterylizacji czy nawet przymusowej aborcji. W rozmowie z Radio Free Asia jeden z doktorów pracujących w regionie wyznał, że w szpitalach niekiedy zabijano noworodki.

Oczywiście dygnitarze ChRL tym doniesieniom zaprzeczają – jednocześnie potwierdzając jednak gwałtowny spadek wskaźników narodzin wśród muzułmańskiej mniejszości. Władze intensywnie promują małżeństwa pomiędzy Chińczykami Han a Ujgurkami (nigdy na odwrót), często nie dając kobietom wyboru. Odmówienie wyjścia za „porządnego obywatela” może poskutkować wysłaniem kobiet, często wraz z najbliższymi, do „placówki reedukacyjnej”.

Chińska policja na ulicach Urumczi w prowincji Sinciang. Fot. Sasha India/flickr.com

Ludobójstwo w białych rękawiczkach

Polityka Chińskiej Republiki Ludowej w Sinciangu spotkała się oczywiście z potępieniem wielu krajów, ale na arenie międzynarodowej o uznaniu jej za ludobójstwo raczej się nie mówi. Czy jednak słusznie? Rafał Lemkin, który wprowadził termin „ludobójstwo”, twierdził, że nie musi ono oznaczać bezpośredniego wymordowania narodu. Można je przeprowadzić za pomocą niszczenia instytucji politycznych, społecznych i religijnych, rugowania języka i uczuć narodowych, odbierania bezpieczeństwa, wolności i godności. Chiny tymczasem nie mają żadnego powodu, by działać w pośpiechu.

Nijakowski: Ludobójstwo nasze powszednie

Według definicji ludobójstwa przyjętej przez Organizację Narodów Zjednoczonych sinizacja Sinciangu spełnia przynajmniej trzy z pięciu punktów: spowodowanie poważnego uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia psychicznego członków grupy, stosowanie środków, które mają na celu wstrzymanie urodzin w obrębie grupy, oraz przymusowe przekazywanie dzieci członków grupy do innej grupy. Chińska Republika Ludowa przeprowadza unicestwienie Ujgurów w sposób, który wzbudza poruszenie, ale nie szokuje na tyle, by ktokolwiek chciał podjąć zdecydowane akcje. Są drugą gospodarką i największym eksporterem świata, mogą więc liczyć na to, że nikt zbyt stanowczo nie zażąda od nich poszanowania swoich mniejszości.

Wspólnicy

Gdy w lipcu ubiegłego roku osiemnaście państw Unii Europejskiej wraz z Australią, Kanadą, Japonią i Nową Zelandią wezwało Chiny do zaprzestania przymusowego osadzania muzułmanów w obozach koncentracyjnych, 50 krajów – m.in. Rosja, Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Iran wystosowało własny list, popierający chińską politykę w Sinciangu. Dla wielu krajów to główny partner handlowy, do którego eksportuje się gros sprzedawanych za granicę towarów, dla innych – stałe źródło pożyczek. W 2020 roku dwanaście państw w Afryce i Azji było u Chin zadłużonych na ponad 20 proc. swojego nominalnego PKB.

Krzyżowcy z Ameryki szykują się przeciwko Chinom

Aktywiści, którzy w ubiegłym miesiącu wezwali Radę Praw Człowieka ONZ do uznania tego, co dzieje się w Sinciangu, za ludobójstwo, są na straconej pozycji. Niewiele da również bojkotowanie firm, które wykorzystują przymusową pracę Ujgurów, bo ze względu na złożony łańcuch dostaw trudno być pewnym, jakie produkty wyszły z fabryk „zatrudniających” więźniów obozów koncentracyjnych.

Ale już teraz lista marek oskarżonych o pośrednie czerpanie korzyści z nieludzkich praktyk Pekinu jest długa i zawiera parę globalnych gigantów: BMW, Nike, Apple, Samsung czy Puma. Ostatnio PR-owy koszmar przeżywa również Disney, który nakręcił aktorską wersję Mulan w Sinciangu, umieścił w napisach końcowych podziękowania dla miejscowego biura bezpieczeństwa publicznego, a na zarzuty o bagatelizowanie prześladowań mniejszości odpowiedział stwierdzeniem, że „w tych sprawach stara się być apolityczny”.

Los Ujgurów wydaje się przypieczętowany: nie mogą liczyć na społeczność międzynarodową, a globalne korporacje szastające hasłami o inkluzywności i szacunku czerpią profity z ich cierpienia. Trudno się łudzić, że organizacje pozarządowe monitorujące naruszenia praw człowieka mogłyby ten stan zmienić. Dla wielu krajów głośne krytykowanie poczynań Komunistycznej Partii Chin to podcinanie gałęzi, na której same siedzą. Ujgurom pozostaje nadzieja, że przynajmniej niezależni aktywiści nie pozwolą na spowszednienie wiadomości z Sinciangu, nie odwrócą wzroku i nadal będą walczyć, chociażby petycjami i protestami pod ambasadami.

**
Jakub Mirowski – z wykształcenia magister filologii tureckiej, z zamiłowania dziennikarz. Od ponad ośmiu lat związany z serwisem GRYOnline.pl, jego teksty ukazywały się także w czasopiśmie internetowym „Europa dla aktywnych” i kwartalniku naukowym „Fritillaria Kurdica”. Obecnie skupiony przede wszystkim na wpływie globalnych zmian klimatycznych na najbardziej zagrożone społeczności, w tym uchodźców i mniejszości.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij