Świat

Chiński gambit Europy

– Nie powinniśmy oceniać CAI na podstawie tego, czy pozwala Europie eksportować jej system i wartości. Powinniśmy patrzeć na to, czy pozwala Europie pozostać im wierną u siebie – o umowie o inwestycjach, zawartej między UE i Chinami, pisze Dani Rodrik.

CAMBRIDGE – Tuż pod koniec 2020 roku Unia Europejska i Chiny ogłosiły finalizację kompleksowej umowy o inwestycjach (CAI) pomiędzy obydwiema potęgami gospodarczymi. To będzie „jak do tej pory najbardziej ambitne porozumienie zawarte przez Chiny z państwem trzecim” – pochwaliła się w oficjalnym komunikacie Komisja Europejska.

Porozumienie to daje europejskim firmom większy dostęp do chińskich rynków, usuwa (lub zmniejsza) wymogi chińskich władz w kwestii przedsięwzięć typu joint venture i transferu technologii w niektórych sektorach. Poza tym obiecuje przedsiębiorcom z UE traktowanie na równi z chińskimi firmami państwowymi oraz większą przejrzystość regulacji wprowadzanych przez władze w Pekinie. Ponadto chiński rząd podjął pewne zobowiązania w zakresie zrównoważonego ekologicznie rozwoju oraz prawa pracy, zgadzając się przy tym – warto podkreślić – na „podejmowanie stałych wysiłków” na rzecz ratyfikacji konwencji dotyczącej pracy przymusowej.

W teorii to sukces nie tylko dla europejskiego przemysłu, ale także dla praw człowieka. Jednak umowa CAI nie cieszy się powszechnym uznaniem. W USA reakcje wahały się od rozczarowania do otwartej wrogości. Jej najbardziej nieprzejednani krytycy, w tym urzędnicy administracji odchodzącego prezydenta Donalda Trumpa, uznali decyzję Europy za ugięcie się pod naporem chińskiej potęgi gospodarczej i podarowane Pekinowi ważne zwycięstwo dyplomatyczne.

„Placówki reedukacyjne” dla Ujgurów

czytaj także

Umowa rozczarowała także wielu ludzi o umiarkowanych poglądach, w tym doradcę ds. bezpieczeństwa narodowego mianowanego przez prezydenta elekta Joe Bidena. Nowa administracja wolałaby raczej stworzyć wspólny front przeciwko Chinom, podpisując najpierw umowę gospodarczą z Europą.

Innych wzburzyła naiwność – zdawać by się mogło – Unii Europejskiej względem obietnic Pekinu dotyczących praw człowieka. Guy Verhofstadt, były premier Belgii i europarlamentarzysta, napisał na Twitterze, że „wszystkie chińskie podpisy dotyczące kwestii praw człowieka nie są warte papieru, na którym je złożono”.

Umowa między Europą i Chinami uwypukla zatem fundamentalne pytanie, jakie trzeba sobie zadać w świecie po pandemii: w jaki sposób urządzić strategiczne i gospodarcze stosunki między światowymi potęgami, które są zupełnie inaczej zorganizowane pod względem struktury instytucjonalnej i politycznej? A zwłaszcza: czy demokracje mogą pozostać wierne swoim wartościom, handlując i inwestując w Chinach?

By odpowiedzieć na to pytanie, trzeba najpierw uznać dwa fakty. Po pierwsze, że niewyobrażalne jest takie znaczące rozłączenie gospodarek chińskiej i zachodnich, które nie spowodowałoby gospodarczej katastrofy. Po drugie, że państwa Zachodu – i razem, i osobno – nie mogą uczynić niemal nic, żeby wpłynąć na kształt chińskiego modelu gospodarki kierowanej przez państwo ani też zmienić obowiązującego tam represyjnego podejścia do praw człowieka i praw pracowniczych.

Umowy handlowe oraz inwestycyjne nie doprowadzą zatem do transformacji Chin w gospodarkę rynkową na wzór zachodni lub w demokrację. Najlepsze, na co możemy liczyć, to stworzenie takiego nowego porządku globalnego, który uwzględniałby różnorodność warunków gospodarczych i politycznych, w których działamy bez poważnego uszczuplenia korzyści, jakie płyną z międzynarodowego handlu i inwestycji.

Przełomowa końcówka roku dla Europy i Chin

Żadne z powyższych stwierdzeń nie prowadzi jednak do wniosku, że wchodząc z Chinami w relacje na płaszczyźnie gospodarczej, kraje zachodnie powinny odsunąć na bok takie kwestie jak troska nad poszanowaniem praw człowieka czy kalkulacje polityczne. Oznacza to po prostu, że Ameryka i Europa powinny dążyć do realizacji bardziej ograniczonych, możliwych do osiągnięcia i łatwiejszych do obrony celów.

Spośród nich największe są dwa. Po pierwsze, zasady handlu i inwestycji powinny gwarantować, że zachodnie firmy i konsumenci nie będą bezpośrednio uczestniczyć w łamaniu praw człowieka w Chinach. Po drugie, takie zasady powinny również osłaniać państwa demokratyczne przed tymi praktykami Chin, które mogą osłabić ich krajowe instytucje w zakresie prawa pracy, ochrony środowiska, technologii i bezpieczeństwa narodowego. Celem polityki powinno być zatem umacnianie i chronienie wartości Zachodu, a nie ich eksport.

Tak więc najważniejsze pytanie w związku z CAI nie brzmi wcale, czy Unia Europejska zdoła zmienić chiński system gospodarczy albo wpłynąć na poszanowanie praw człowieka i praw pracowniczych przez władze w Pekinie. Nawet bowiem jeśli los (głównie muzułmańskiej) ludności ujgurskiej się poprawi, to nadal stosowane będą represje przeciwko dysydentom oraz ograniczana będzie wolność słowa. I nawet jeśli Chiny ratyfikują konwencję dotyczącą pracy przymusowej i wprowadzą w życie jej zapisy – co jest bardzo wątpliwe – to tamtejsi przywódcy nie mają w planach legalizacji niezależnych związków zawodowych. Należy więc postawić w tym momencie inne pytanie: czy Unia nie zrzekła się aby swego prawa do realizowania polityki służącej ograniczeniu współudziału w łamaniu praw człowieka oraz praw pracowniczych, a także ochrony europejskich standardów pracy i bezpieczeństwa narodowego?

Komisja Europejska utrzymuje, że CAI pozwala Unii utrzymywać swoją „przestrzeń do prowadzenia polityki”, zwłaszcza we „wrażliwych” sektorach, takich jak energetyka, infrastruktura, rolnictwo czy usługi publiczne. W pozostałych obszarach UE już jest stosunkowo otwarta na chińskie inwestycje. Nasuwa się więc pytanie, na co dzięki tej umowie mogą liczyć władze Chin.

Otóż wydaje się, że Chiny kupują w ten sposób polisę ubezpieczeniową na wypadek przyszłych restrykcji ze strony unijnej. W ramach umowy uruchomiony ma bowiem zostać mechanizm rozstrzygania sporów, który obydwu stronom pozwala składać przeciwko sobie wnioski w sprawie domniemanych naruszeń ustalonych zasad. Jeśli konsultacje nie zakończą się porozumieniem, wówczas spory będą rozpatrywane przez panele arbitrażowe w ramach odpowiednich procedur zgodności. I o ile Komisja Europejska uważa to za mechanizm mający zapobiec naruszaniu przez Chińczyków złożonych zobowiązań, o tyle może on równie dobrze służyć władzom w Pekinie do kwestionowania poszczególnych barier dla chińskich firm chcących wejść na rynek europejski.

Mechanizm rozstrzygania sporów jest niezbędny do stworzenia jakiegokolwiek funkcjonalnego układu globalnego. Ale co, jeśli – powiedzmy – jakieś państwo członkowskie UE będzie chciało wykluczyć z rynku jakąś chińską firmę, która źle traktuje pracowników albo choćby prowadzi działalność w regionie autonomicznym Sinciangu? Francja już teraz wymaga od dużych francuskich przedsiębiorstw, by funkcjonując za granicą, przestrzegały międzynarodowych standardów praw człowieka oraz norm ochrony środowiska.

A co będzie, jeśli europejskie państwa przyjmą bardziej surowe przepisy blokujące działanie w Unii Europejskie firm chińskich, które lekceważą prawa pracy lub kwestie ochrony środowiska? Czy mechanizm rozstrzygania sporów wykaże, że takie przepisy są zgodne z CAI? W tym samym duchu można zapytać, czy panele arbitrażowe uszanują wybiórcze udzielanie dostępu do rynków, podyktowane względami „bezpieczeństwa narodowego”?

Na te pytania nie można udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Wiele zależeć będzie od ostatecznego tekstu umowy CAI, a także od tego, jak wysoko panele arbitrażowe przedkładać będą dostęp do rynku nad „cele publiczne” wyznaczane sobie przez państwa.

Niemniej jednak ani amerykańskie pragnienie utworzenia wspólnego frontu przeciwko Pekinowi, ani fakt, że dzięki CAI Chiny nie staną się bardziej otwarte na wolności obywatelskie i wolnorynkowe, nie rozstrzygają przeciwko podpisywaniu umowy oraz podobnych porozumień dotyczących handlu i inwestycji. Nie powinniśmy oceniać CAI na podstawie tego, czy pozwala Europie eksportować jej system i wartości. Powinniśmy patrzeć na to, czy pozwala Europie pozostać im wierną u siebie.

**
Copyright: Project Syndicate, 2021. www.project-syndicate.org. Z angielskiego przełożył Maciej Domagała.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Dani Rodrik
Dani Rodrik
Uniwersytet Harvarda
Profesor Międzynarodowej Ekonomii Politycznej w John F. Kennedy School of Government na Uniwersytecie Harvarda, jest autorem książki „Straight Talk on Trade: Ideas for a Sane World Economy”.
Zamknij