Psychologia, Świat

Dimitrova: Nie da się przygotować ludzkiej psychiki na wojnę

Kiedy scrollujemy feedy o wojnie, nie robimy tego tylko po to, żeby zgromadzić informacje. Chcemy też zobaczyć, czym wojna jest. Ale po przekroczeniu pewnej granicy nasz umysł broni się przed intensywnymi uczuciami wywoływanymi przez kolejne drastyczne wiadomości czy tragiczne obrazy. Dryfujemy na cienkiej tratwie między zaangażowaniem emocjonalnym i współodczuwaniem a pogrążaniem się w jakiejś odmianie apatii. 

Sławek Blich: Ludzie przynoszą wojnę do gabinetu? 

Cveta Dimitrova: Oczywiście.

A ty? 

W jakimś stopniu, jak każde z nas.

To znaczy?

Noszę ją w myślach, próbuję ugruntować się na nowo w rzeczywistości. Nie byłabym człowiekiem, gdybym nie odczuwała także trudniejszych emocji z nią związanych.

Psychoterapeutce łatwiej się kontrolować i nie wpadać w panikę?

Żaden rodzaj profesjonalnego treningu nie może przygotować ludzkiej psychiki na wojnę.

Skrywasz przed pacjentami, że sama się boisz?

Nie odsłaniam zanadto swoich uczuć, bo nie moje uczucia są przedmiotem pracy terapeutycznej. Zarazem nie jest możliwe, żeby coś tak masywnego nie wtargnęło w nasze życie psychiczne. I pacjent, i terapeuta współdzielą rzeczywistość, a ten lęk jest realny i towarzyszy niemal wszystkim w naszej części Europy. Nie chodzi jednak o to, żeby się w tym stanie zakleszczyć razem z pacjentem. Bo przeżywamy teraz całe spektrum trudnych emocji, myślenie jest natomiast w takich chwilach trudniejsze.

Znajoma dziennikarka: „nie przypuszczałam, że na terapii nie będę mówić o swojej matce, tylko o Putinie”.

Doświadczamy głębokiej ingerencji wojny w psychikę, w nasze emocje i intymność, na poziomie indywidualnym i zbiorowym. To jak z covidem – wszyscy w tym jesteśmy, uczestniczymy w jednej rzeczywistości społecznej, która bardzo na nas wpływa i modeluje nasze życie, czy tego chcemy, czy nie. Możemy ją różnie interpretować, różnie przeżywać, inaczej rozkładać akcenty, ale tak silne doświadczenie jak wojna niemal w każdym uruchomi historię opowieści rodzinnych, obrazów, skojarzeń i przeżyć.

A do tego dzieje się coś jeszcze innego – oddala się czy też zupełnie znika z horyzontu pewna część starej rzeczywistości. Ta, która wydawała nam się czytelna i przewidywalna. Nasze plany zawodowe, inwestycje, podjęte decyzje osobiste, postanowienia czy zobowiązania stają nagle pod wielkim znakiem zapytania.

Boimy się o siebie, o swoje mieszkania, o przyszłość?

Boimy, ale jesteśmy jeszcze na bardzo wczesnym etapie przetwarzania tego, co się wokół nas dzieje.

Dzieje się wojna, tuż za polską granicą.

Tak. Jednym z najwcześniejszych mechanizmów obronnych, jakie tu stosowaliśmy, był pewien rodzaj zaprzeczenia: niby zdawaliśmy sobie sprawę, że to się może wydarzyć, rozmawialiśmy o tym od dawna, śledziliśmy media, ale jednak nie wierzyliśmy, że wojna w końcu wybuchnie, że wybuchnie tak blisko nas. Wydawało się to niemożliwe.

To, co dzieje się z nami w tej chwili, jest więc rodzajem szoku, próbą przebicia się umysłem do tego, co realne. To balansowanie między poczuciem realności i nierealności.

Žižek: Zimna wojna i gorący pokój

Niedawno w nocy obudził mnie sen: jedynka brytyjskiego tabloidu zapowiedziała „doomsday”, zagładę, był nawet licznik do końca świata. Obudziłem się, sięgnąłem po telefon komórkowy na stoliku i przeczytałem nagłówek o płonącej elektrowni atomowej w Ukrainie. Moje zdolności do jasnowidzenia są jednak marne i niepoparte większymi sukcesami. Ile więc nam, ludziom, potrzeba: czasu, scrollowania, ekspozycji, repetycji, żeby uwikłać w wojnę swój mózg?

Tego się oczywiście nie da zmierzyć. Na każdego może zadziałać zupełnie inna dawka i intensywność takich bodźców. To zależy od indywidualnych predyspozycji. W jednych lęk będzie narastać, w innych pojawi się osobliwy rodzaj ulgi, że to, czego się bali, nie jest ich wymysłem.

Nasza konstrukcja psychiczna może różnie odpowiadać na wyzwania jej rzucane: jedni mogli na przykład nie przejąć się pandemią koronawirusa, wierząc w swoje zdrowie i nieprzezwyciężoną odporność, a już z kolei wojna może w nich ewokować zupełnie inny rodzaj reakcji. Na przykład wielkie, paraliżujące poczucie zagrożenia.

To, co mówisz – że rzeczywistość zewnętrzna tak wtargnęła do twojego życia wewnętrznego i że zaczyna tam żyć swoim życiem, choćby w snach, pokazuje, że wojna jest doświadczeniem skrajnym, trudnym, które wchłaniamy nawet wbrew naszej woli, na poziomie niekoniecznie jawnym i przetworzonym. Wojna przenika do nas czy to w formie obrazu, czy tekstu, czy wpisu w mediach społecznościowych. Wszystkiego, co przychodzi ze świata zewnętrznego i co wchodzi potem w interakcje z naszym życiem wewnętrznym.

Podobnie jak w przypadku covidu, teraz też towarzyszy nam ta kompulsywna potrzeba nadążania za wydarzeniami, bycia na bieżąco, scrollowania wszystkich dostępnych live blogów. Ja tak robię, choć oszukuję się, że tylko ze względu na pracę.

Wojna to zawsze straszliwa destrukcja. Ale naturalnym sposobem radzenia sobie z nią, jakimś wybiegiem naszego umysłu, będzie próba nadania tej destrukcji sensu. Scrollowanie i czytanie wszystkiego to w pewnym sensie próba zbierania umysłu, który się kawałkuje w doświadczeniu wtargnięcia czegoś tak szokującego jak wojna. Próba konsolidowania go. Ale to, że w tak nałogowy, kompulsywny sposób obcujemy z informacjami o wojnie, może być też czynnikiem wzmacniającym trudne objawy i emocje. W gruncie rzeczy wiemy, że sobie w ten sposób nie pomagamy, że niczego nowego się już nie dowiemy. Ale wciąż to robimy.

I co chcemy znaleźć? Czego szukamy?

Ja bym powiedziała, że jakiejś pewności. Nawet jeśli komunikat, który znajdziemy, przyniesie informację przerażającą, to paradoksalnie wywoła stan w pewnym sensie bardziej możliwy do wytrzymania dla psychiki niż trwała, pełna napięcia niepewność. Taka, w której nie wiesz, co się wydarzy, nerwowo oczekujesz rozwiązania, które nie nadchodzi, a liczba możliwych scenariuszy pozostaje nieskończona.

Fake newsy o wojnie w Ukrainie zalewają sieć [rozmowa z weryfikatorką treści]

I chłoniemy to wszystko na żywo, jakby to był mecz, a każda sekunda mogła przesądzić o porażce lub zwycięstwie któregoś z zespołów.

Bo w tej chwili nie dysponujemy niczym na poziomie zbiorowym, instytucjonalnym, co dawałoby nam poczucie, że jest ktoś lub coś, co nad tym wszystkim panuje i doprowadzi do bezpiecznego zakończenia. W pewnym sensie każdy z nas staje się w takiej chwili prywatnym centrum dowodzenia. To ty możesz swoimi poszukiwaniami zdobyć tę najwłaściwszą informację. To ty możesz poskładać puzzle, poskładać to wszystko i zanalizować w taki sposób, żeby mieć to pod kontrolą i podjąć właściwe decyzje.

Możesz?

Oczywiście, że nie. Od tego, że będziemy co minutę odświeżać wiadomości w telefonie, niewiele się zmieni. To ujawnia drugi ważny poziom tego wspólnego doświadczenia: naszą bezradność. Poszukiwanie i gromadzenie zasobów – choćby tylko informacyjnych – przynosi złudne poczucie odzyskiwania kontroli nad sytuacją, nad którą w rzeczywistości niemal żadnej kontroli się nie ma.

Próbujemy, czasem desperacko, nadać jakieś rozumienie tej rzeczywistości, bardziej czy mniej świadomie oczekując, że odkryjemy w niej coś, co potwierdzi nasze dotychczasowe przeczucia, przekonania, lęki czy obawy. To tak zwany confirmation bias, czyli stan, w którym mamy już w umyśle wykute pewne przekonania, wieszczymy coś, czegoś się spodziewamy i szukamy wszędzie skrawków informacji czy dowodów, które nam to potwierdzą. Siedzimy więc przyssani do informacji, które do nas płyną, bo chcemy wiedzieć, co będzie dalej, ale też czy sprawdzą się te nasze własne lęki i fantazje.

Spotkałem niedawno w metrze w Pradze mężczyznę w masce bojowej mp5. Bo sam się przekonał i znalazł dowody, że wojna zaraz się zacznie i u nas? 

Myślę, że to jest w dużej mierze jego odpowiedź na poczucie zagrożenia i lęk właśnie. Taka próba samoobrony psychiki działa trochę na podobnej zasadzie i na podobnym mechanizmie co uzależnienie. Wpadasz w pewną spiralę, szukasz kolejnych informacji i bodźców potwierdzających powzięte już przekonania, ale nic z tego ci nie pomaga, nic cię nie gruntuje. Brniesz więc dalej. Ten sam mechanizm działa także w przypadku teorii spiskowych.

Tylko że teraz nikt nawet nie udaje, że coś z tego rozumie. Nie ma żadnego zestawu reguł, podręcznika powrotu do normalności. Nie jest jak z covidem, nie pomogą i nie uspokoją żadni eksperci od epidemiologii.

W przypadku pandemii COVID-19 też mieliśmy do czynienia z ogromną ilością niewiadomych. Ale tu różnica jest jeszcze inna – jasno możemy źródła naszego lęku i napięcia ukierunkować, a nawet połączyć z działaniem konkretnych osób czy agresorów. Wróg jest uchwytny i widoczny. Jesteśmy w stanie jasno zdefiniować rzeczywistość, przepisać ją na czerń i biel, a następnie przełożyć to na środki zaradcze, jakie wydają się nam w danej chwili adekwatne.

To, co z tym zrobimy, zależy oczywiście od dyspozycji osobistej i konstrukcji wewnętrznej. Jedni będą gromadzić zasoby, kupować maski i się zabezpieczać, innym pogłębią się lęki i zaburzenia. Wielu zaangażuje się w pomoc, bo to daje poczucie realnego i namacalnego wpływu, niezwykle teraz potrzebnego, ale czasem mogącego iść w parze z poczuciem winy, że samemu jest się w uprzywilejowanej sytuacji.

Dla wielu z nas jest coś bardzo trudnego w tym dysonansie, w nieprzystawalności funkcjonowania w tym, co jest nadal naszą codziennością i co pozostało w jakimś stopniu nienaruszone. Oczywiście nie absolutnie, bo wojna jest faktem, ale nasze życie się nadal toczy: chodzimy do pracy, spotykamy ze znajomymi, opiekujemy się dziećmi. Według rytmu, który obowiązywał do tej pory.

To źle?

Nie, przeciwnie, to jest bardzo ważne i gruntujące, bo nie chodzi o to, żeby teraz ten rytm odwrócić do góry nogami. Ale wpływa na nas to poczucie nieprzystawalności – tego, że my tu żyjemy, a zaraz obok dzieje się coś upiornego, wojna, która całą strukturę codzienności Ukraińców kompletnie wywróciła. Dlatego usiłujemy się w jakiś sposób psychicznie dostosować. Przezwyciężyć to nagłe zakwestionowanie starego porządku świata, rzeczywistości, która przecież wydawała się czytelna i jasna.

Raport o stanie ludzkich serc

czytaj także

Jak mówią o wojnie pacjenci w twoim gabinecie?

Wydaje mi się, że zajmowanie się przeżyciem wojny jest już dosyć zaawansowanym etapem. Teraz dla większości ludzi rzeczą dość priorytetową jest odzyskanie jakiegoś poczucia bezpieczeństwa i stabilności, horyzontu, kierunku.

Media w tym pomagają czy przeszkadzają? Na feedach mamy nie tylko fake newsy i dezinformację, ale też bardzo drastyczne filmy, zwłoki, rozszarpane ciała, ofiary cywilne – często w dodatku podawane przez polskich komentatorów z triumfalnymi, wiwatującymi komentarzami, jeśli to akurat wróg pada. Co to robi z odbiorcami?

Paradoksalnie przez to medialne zapośredniczenie możemy wojnę przeżywać jako coś nierzeczywistego.

Ale co to dokładnie znaczy? Oglądać jak film?

Kiedy scrollujemy feedy, nie robimy tego tylko po to, żeby zgromadzić informacje. Szukamy też obrazów, żeby lepiej zrozumieć, czym jest wojna. Ale po przekroczeniu pewnej granicy znów – indywidualnej dla każdego, coraz trudniej jest umysłowi reagować z podobną wrażliwością, uważnością i empatią.

Kiedy konsumujemy kolejne i kolejne wiadomości – bo to właśnie nieustannie robimy – stajemy się biernymi obserwatorami i konsumentami w morzu informacji. Dryfujemy na cienkiej tratwie między zaangażowaniem emocjonalnym i współodczuwaniem a pogrążaniem się w jakiejś odmianie apatii.

Czemu apatii?

Bo prędzej czy później nasz umysł zacznie bronić się przed intensywnymi uczuciami wywoływanymi przez kolejne drastyczne czy tragiczne obrazy. Żadna psychika nie jest w stanie tego na dłuższą metę wytrzymać.

I co z tym zrobić? Wyłączyć social media?

Nie chciałabym na to odpowiadać w trybie moralistycznym czy nakazującym. Wielu z nas zdaje sobie sprawę z tego, jak social media na nas oddziałują. W takich chwilach jak ta człowiek funkcjonuje bardzo atawistycznie. Internet jest źródłem mnóstwa gotowych narracji, a wiele z nich jest nierzetelnych, pełno tam dezinformacji.

Dlaczego śmierć i wojna są nadmiarowo eksponowane i nawet przez rozsądnych ludzi komentowane w sposób triumfalistyczny? Być może stoi za tym właśnie potrzeba sprawiedliwego odwetu, chęć wzmocnienia ofiar, kibicowania im, opiewania ich triumfów nad agresorem. Ten triumfalizm jest zarazem jakimś rodzajem przejęcia kontroli, wywoływaniem w sobie wrażenia, że się w ten sposób chronimy przed przemocą.

Jak to?

To, że mamy do czynienia z przemocą, jesteśmy jej świadkami czy ofiarami, głęboko na nas oddziałuje. Dopóki czujemy, że pozostał nam jakiś obszar sprawstwa, nie pogrążamy się w spirali lękowo-depresyjnej. Kiedy przestajemy na przemoc reagować, zaczynamy być apatyczni, być może dlatego, że nie jesteśmy już w stanie zmobilizować własnych zasobów.

Pewna część ludzi w Polsce odnajduje sprawstwo w komentowaniu, a inni, ogromna część, w pomocy ludziom uciekającym z Ukrainy. Ten zryw jest też, w jakimś sensie, naszą reakcją na wewnętrzne potrzeby – reakcją bardzo zdrową, dodajmy. Tylko pytanie, na jak długo starczą te zasoby. Człowiek nie może funkcjonować zbyt długo w stanie takiego wzmożenia. Zacznie się to w końcu domagać pewnego usystematyzowania: jakiegoś rytmu, trybu i struktury, w ramach których to się odbywa. Żeby nie było to robione tylko kosztem osobistej energii, nawet jeśli jest to zbiorowa mobilizacja.

Jak pomagać bezpiecznie i skutecznie

Od covidu scrollowanie wojny różni się jeszcze tym, że od razu wiadomo, gdzie jest wróg, a gdzie przyjaciel, gdzie dobro, gdzie zło. To pomaga ludziom organizować się poznawczo?

To bardzo naturalne. Na całym Zachodzie panuje konsensus co do tego, kto w tej wojnie jest agresorem, a kto ofiarą. Nie mogę i nie chcę udawać, że nie mam tu jasnego stanowiska, że nie sprzeciwiam się całą sobą czemuś, co jest w moim przekonaniu jawną przemocą ze strony Putina.

Można się ludziom dziwić, że domagają się pociągnięcia do odpowiedzialności Rosji i Rosjan?

Istnieje teraz taka bardzo głęboka potrzeba. Choć kierowanie jej na wszystkich Rosjan czy ogólnie na Rosję jawi mi się jako coś szalenie niebezpiecznego. Czujemy, że przemoc domaga się zdecydowanego zadośćuczynienia. Ale może to usuwać pytanie o jego formę etyczną: co jest sprawiedliwe? W jaki sposób możemy oddać sprawiedliwość, nie osuwając się jednak w tę samą przemocową logikę?

Silne emocje bardzo strukturyzują rzeczywistość. Pytanie teraz, jak je zagospodarować na poziomie symbolicznym i wpuścić w przestrzeń społeczną w sposób rozsądny, nieeskalujący napięć i podziałów, nie destrukcyjny i nie negatywny. Nie pozwolić, by w cyniczny sposób zostały wkrótce zaprzęgnięte do tego, żeby budować czyjś kapitał polityczny.

Bezkrwawy rewolucjonista poszedł na terapię

czytaj także

Przykładem takiego efektu jest rally ’round the flag, czyli gwałtowny wzrost popularności przywódców i liderów politycznych w czasach konfliktów zbrojnych.

W czasach zagrożenia, braku poczucia bezpieczeństwa, braku orientacji, niepewności jest to dość podstawowy odruch. W momencie, w którym jest potrzeba odzyskania jakiegoś poczucia pewności, pojawia się duża skłonność do tego, żeby się skonsolidować wokół tego, kto dostarczy spójną narrację i wystarczająco wiarygodnie obieca nam zwrot utraconego bezpieczeństwa.

Ale nie możemy tracić z oczu, że psychicznie cofamy się w takich chwilach do poziomu podstawowego i dość prymitywnego strukturyzowania i organizowania świata. Co też może nieść zagrożenia.

Jakie?

Bardzo łatwo przychodzi wtedy tworzenie prostych podziałów. W takiej chwili może nam się wydawać, że nawet w drobnym niuansie, geście czy przypadku ktoś ujawni przynależność do obozu naszych wrogów, na przykład mówiąc po rosyjsku. Przestajemy wtedy widzieć w nim człowieka. Po rozmowie być może mogłoby się okazać, że jest przeciwny polityce Putina i niechętny Rosji, ale do takiej rozmowy może wcale nie dojść, bo my automatycznie zaliczymy tę osobę do grupy nieprzyjaciół. To właśnie wymaga pewnego dystansu, zachowania zdolności do refleksji czy też, jak mówią psychoterapeuci, mentalizowania.

W stanie bezpośredniego zagrożenia nie ma miejsca na takie niuansowanie czy zagłębianie się w różne subtelności. Jeśli doznajemy przemocy, to potrzebujemy się bronić. Kiedy toczy się wojna i jesteśmy w stanie zagrożenia, bardzo trudno być refleksyjnym, a nie impulsywnym, czasem odwetowym. I znów, jest to ogromna przestrzeń do zagospodarowania przez złowrogie siły polityczne i teorie spiskowe.

Rosja to nie ja! Jak się dziś czują Rosjanki i Rosjanie w Polsce

Doświadczenie wojny, terroryzmu czy klęski żywiołowej odgrywa ważną rolę w konstruowaniu tożsamości grupowej i definiowaniu konfliktów z innymi. Na polskiej lewicy pojawił się spór w duchu westsplainingu, odcięcie się od zachodnich intelektualistów tak zapatrzonych w krytykę amerykańskiego imperializmu, że niedostrzegających rosyjskich bomb w Ukrainie. Lewicowcy Europy Środkowo-Wschodniej na nowo definiują swoją tożsamość. Będzie tego więcej?

W gruncie rzeczy nie ma innej możliwości. Jakiś rodzaj nowych tożsamości będzie się konstytuował, bo to, co było do tej pory, się skończyło. Weszliśmy w całkiem nową rzeczywistość, nie będąc na nią przygotowanymi.

Doświadczenie tak wstrząsające jak wojna zawsze coś rekonstruuje. Takie urealnienie, taka konfrontacja z rzeczywistością bez pewnych zasłon, bez przykrywek, tworzy szansę, żeby siebie na nowo obejrzeć i zredefiniować.

Razem odcina się od zachodnich lewicowych międzynarodówek. Przez Rosję

Wraz z napływem ogromnej liczby uchodźców zmieni się tkanka społeczna w Polsce. Nie wiemy dziś oczywiście, w jakim stopniu i jak szybko. Ale uchodzą ludzie, którzy przy wszystkich podobieństwach mają też inną kulturę, inne przekonania, mogą wyznawać różne wartości. I niosą bagaż ciężkich, traumatycznych doświadczeń. W jaki sposób wejdą oni w Polsce w interakcję z tym, co tu zastaną? 

To oczywiście pytanie, na które nie ma w tej chwili odpowiedzi. Starą, dobrą zasadą Krytyki Politycznej jest to, że się coś wykuwa przez działanie. I wydaje mi się, że takiego zbiorowego, dobrego działania, które nie organizuje się wokół jakichś partykularyzmów, jest dzisiaj w Polsce wiele. Takiej skali koordynacji i kooperacji w solidarności z innymi nie byliśmy tu świadkami od bardzo dawna.

Jak dalece to będzie długofalowe? 

Nie wiem tego oczywiście.

Doświadczenie z początku pandemii COVID-19 też było takie, że wielu się wydawało, że ona musi zredefiniować naszą rzeczywistość społeczną, że coś się teraz głęboko zmieni, że musi nas prowadzić na jakieś nowe tory. Mam poważne wątpliwości, czy to się naprawdę stało. I czy cena, jaką zapłaciliśmy, jednak nie przewyższa wniosków, które z niej wyciągnęliśmy.

**
Cveta Dimitrova – psychoterapeutka i filozofka. Założycielka ośrodka Znaczenia. Psychoterapia w Warszawie. Wraz z Tomaszem Stawiszyńskim prowadzi podcast terapeutyczno-filozoficzny Nasze wewnętrzne konflikty w radiu Tok FM.

__
Dobry, bo przeczytany do końca, tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Wesprzyj nas.

Zamknij

20kp-logo-white-500px