Psychologia

Bezkrwawy rewolucjonista poszedł na terapię

Od 50 lat trwa debata na temat tego, czy psychoterapia jest nauką, czy też, cytując biologa i noblistę Petera Medawara, „najwspanialszą intelektualną sztuczką budowania zaufania w XX wieku”. Jaki jest stan tego sporu na 2021 rok? Rozmawiamy z psycholożką, psychoterapeutką i superwizorką Anną Król-Kuczkowską.

Sławek Blich: Jak bardzo stracę w pani oczach, jeśli Freud pojawi się już w pierwszym pytaniu?

Anna Król-Kuczkowska: Niech pan ryzykuje.

Prawdopodobnie żaden inny luminarz nowoczesnej nauki nie mylił się równie często, w co drugim fundamentalnym założeniu, jak Zygmunt Freud. Chłopcy nie pożądają swoich matek i nie boją się, że ojcowie ich wykastrują. Dziewczynki nie zazdroszczą nikomu penisów, a orgazm osiągnięty poza waginą jest całkiem realny. Dziś to już wiemy, ale wielu leżących na kozetkach pacjentów przez lata musiało tego wysłuchiwać.

Ale też nieprawdą jest, że Freud mylił się we wszystkim – był odważnym i nietuzinkowym myślicielem, intelektualnym rewolucjonistą. Jest ojcem psychoterapii, co nie oznacza, że dzisiaj ktokolwiek ma pracować i myśleć dokładnie tak samo jak on. Z drugiej strony Mark Solms, jeden z gigantów neuronauki, udowadnia na poziomie biologicznym, że wiele idei Freuda dotyczących aparatu mentalnego człowieka było naprawdę dalekowzrocznych.

Czym jest współczesna psychoterapia? Sztuką leczniczej rozmowy czy nauką w twardym sensie tego słowa?

Nancy McWilliams, jedna z najwybitniejszych współczesnych psychoanalityczek, pisała, że psychologia to nauka, a psychoterapia to sztuka. Ja rozwinę to tak: współczesna psychoterapia, np. psychodynamiczna, którą praktykuję, to jest sztuka, która się wywodzi z nauki, bazuje i mocno się na niej opiera. Ciągle się rozwija pod wpływem dziesięcioleci badań naukowych, zwłaszcza z obszaru wczesnych relacji i rozwoju dzieci oraz neuronauki.

Nauką są więc współczesna teoria i wiedza, które rzetelny klinicysta powinien mieć w głowie. Sztuką zaś to, w jaki sposób ją aplikuje. Psychoterapia jest leczeniem szytym na miarę, dopasowanym do człowieka.

Przecież nadal są terapeuci, którzy praktykują psychoterapię po freudowsku, nawet w Warszawie.

Tak, to jest interesujące zjawisko. Skłaniające nas, terapeutów, do pilnowania w naszym środowisku dyscypliny umysłowej, która nakazuje regularnie zadawać pytanie: czy to, co robimy, działa? Czy jest spójne z współczesna wiedzą o człowieku, jego mózgu, układzie nerwowym i prawidłowościach rozwojowych? Budzi niepokój, że do dnia dzisiejszego są środowiska, w których stosuje się metody sprzed niemal stu lat – jak na przykład głównie interpretacyjna praca wycofanego z kontaktu terapeuty. O kładzeniu na kozetkę bardziej zaburzonych pacjentów nawet nie wspomnę.

Nie ma jednej psychoterapii. I inaczej niż w medycynie czy biologii, nie ma nawet jednego modelu myśli stojącego za dyscypliną. Mamy psychoterapię psychodynamiczną, a na jej obrzeżach freudowskich czy lacanowskich psychoanalityków. Do tego kilkaset tzw. modalności, czyli odłamów współczesnej psychoterapii. Obok tego jest psychoterapia poznawczo-behawioralna, która ma całkiem inne założenia niż psychodynamiczna. I dalej: terapie systemowe, humanistyczne i tzw. terapie integracyjne, czyli dość dowolne remiksy nurtów i odłamów. Często słyszymy od środowisk psychoterapeutycznych dość ogólne zapewnienie, że „psychoterapia działa”. Ale tak naprawdę nie mamy pojęcia, co konkretnie działa i na kogo.

To nie do końca prawda. Są już badania pokazujące wskazania i optymalne style pracy terapeutycznej przy konkretnych zaburzeniach osobowości. Wiemy na przykład, że w grupie bardzo cierpiących pacjentów o złożonych zaburzeniach osobowości dobre wyniki daje psychoterapia oparta na mentalizacji, która jest jednym z odłamów współczesnej psychodynamiki. Mamy dowody na jej skuteczność, również polegającą na zmniejszeniu ryzyka samouszkodzeń czy podejmowania prób samobójczych. Takim pacjentom poleca się głębszą pracę, która nie bazuje na jednym tylko objawie, lecz zajmuje się wewnętrznym funkcjonowaniem człowieka, strukturą jego osobowości. Dokonuje zmian na głębokim poziomie.

Z kolei pacjentom, którzy mają dość dobrze wyodrębniony i nietrwający od dawna problem, pomoże skoncentrowane, krótkoterminowe oddziaływanie terapeutyczne nad objawem i praca nad lepszą kontrolą zachowań. Słowem, jeśli ktoś jest zdrowszy, boryka się z pojedynczym objawem, np. prostym zespołem stresu pourazowego (PTSD), i nie towarzyszą mu inne dolegliwości, wtedy pomoże mu w zasadzie każda potwierdzona naukowo, profesjonalnie stosowana psychoterapia. Osoby ze spektrum zaburzeń osobowości, o powikłanym obrazie klinicznym, potrzebują bardziej specjalistycznego leczenia. Ktoś, kto nie potrafi tego robić, może im zaszkodzić.

A jest coś, co te wszystkie nurty łączy?

Wszystkie odłamy profesjonalnej psychoterapii łączy to, że nie łudzi się człowieka osiągnięciem stanu apogeum szczęśliwości, lecz dąży do możliwie konkretnej, trwałej zmiany w życiu. Żeby człowiek poczuł się dobrze we własnej skórze, twórczo korzystał w życiu z tego, kim jest. Budował dobre relacje z sobą i z innymi.

Czy lekarstwo leczy chorobę? Zależy jakie i zależy jaką. O psychoterapii ciąg dalszy

Tylko że człowiek nie jest zwykle w stanie rozeznać się we własnych emocjach, a co dopiero dobrać do nich odpowiednią i skuteczną metodę terapeutyczną. W życiu nie słyszałem, żeby jakiś terapeuta powiedział: „ja się na pani zaburzeniu nie znam, proszę pójść do kogoś innego”. W przeciwieństwie do krajów Europy Zachodniej, w Polsce nie istnieje centralny, bazujący na danych o skuteczności rejestr wyjaśniający, jakiego rodzaju pomocy powinien szukać człowiek z takim lub innym zaburzeniem. W tym sensie polski pacjent skazany jest na łaskę i niełaskę terapeuty, do którego trafia, i najczęściej pozostaje mu pracować w jego bądź jej nurcie.

Zacznę od tego, że ukryta w tym pytaniu chęć rozdzielania ludzkich emocji od zachowań ma źródła szlachetne, bo znajdziemy ją już u Kartezjusza, jednak na płaszczyźnie terapii bywa ryzykowna. Są to bowiem nierozłączne, połączone w człowieku wymiary.

Osobiście jestem bardzo ostrożna w pomyśle tworzenia wąskich specjalizacji w psychoterapii – uważam, że będą szkodziły pacjentom, samej dyscyplinie i terapeutom. Jeśli opowiedziałabym panu o różnych pacjentach z diagnozą depresji, których konsultowałam w ostatnim tygodniu, ukazałby się nam obraz frapujący i ciekawy.

Proszę opowiedzieć.

Załóżmy, że to cztery osoby. Każda z diagnozą depresji. Czyli teoretycznie kwalifikująca się do jednej „szuflady” w takim centralnym manualu. Tyle tylko, że jedna z tych osób będzie miała reakcję depresyjną na ważną stratę w życiu, druga depresję jako objaw towarzyszący przy zaburzeniach osobowości typu borderline, trzecia to samo, tylko że jeszcze z zaburzeniami odżywiania i stanami lękowymi, a czwarta reakcję depresyjną na skutek porażki w kontekście narcystycznych zaburzeń osobowości.

Żeby pokazać złudną iluzję wąskich specjalizacji – każda z powyższych osób, jeśli terapia ma jej pomóc, będzie wymagała innego stylu pracy. Nie poradzi sobie z tym terapeuta, który leczy objaw, a nie całą osobę.

„Cały czas tylko masz depresję” − czy rozumiemy, czym są zaburzenia osobowości?

Protest podnieśliby terapeuci poznawczo-behawioralni. Ten nurt chlubi się tym, że jest najprostszy i najtańszy dla pacjentów. Uosabia jednak zupełnie inny pogląd na ludzkie emocje niż ten, o którym pani mówi. Tam emocje są czymś, co należy okiełznać, usunąć te niechciane, a w najgorszym razie uczynić je znośnymi. W tym sensie zła emocja jest jak brodawka: może i warto dowiedzieć się, skąd się wzięła, ale najważniejsze, żeby się jej pozbyć. Z kolei psychoterapeuci psychodynamiczni, jak pani, twierdzą, że sprawy są bardziej skomplikowane. Że nie należy szybko eliminować bólu psychicznego, lecz zrozumieć jego źródło, przepracować i przeżyć pod czujnym okiem terapeuty. No a w zanadrzu jest jeszcze psychiatria, która o złych emocjach mówi jeszcze inaczej, jako o chorobie mózgu, którą da się wyleczyć przez farmakologię, czasem wspomaganą terapią. No to wracam do pytania: jak ma się w tym odnaleźć pacjent?

Zacznę od tego, że w pytaniu zawarł pan kolejny nieprawdziwy, choć rozpowszechniony mit na temat długości trwania psychoterapii psychodynamicznej. Czyli, w domyśle, że to proces rozciągnięty na lata, często o niejasnym obszarze pracy terapeutycznej. Jeden z najwybitniejszych współczesnych klinicystów Peter Fonagy, od którego miałam szczęście się uczyć, mawia, że terapia powinna trwać tak krótko, jak to możliwe, choć czasem to oznacza dosyć długo. Ta myśl jest mi bardzo bliska.

A konkretniej to ile?

Współcześni terapeuci psychodynamiczni coraz częściej decydują się pracować w ograniczonym czasie. Terapia oparta na mentalizacji, która specjalizuje się w leczeniu zaburzeń osobowości, proponuje nawet 18-miesięczne okresy leczenia. To jest naprawdę krótki czas, żeby skutecznie pomóc człowiekowi z poważnym i utrwalonym kłopotem. Oczywiście wszystko zależy od zaburzeń i stanu pacjenta.

Ale wracając do poprzedniego pytania, to nawet w krajach, gdzie istnieją centralne i uporządkowane rejestry pomocy terapeutycznej, pacjenci i tak najczęściej trafiają do terapeutów tak jak do lekarzy specjalistów: po rekomendacjach i wrażeniach kogoś, kto się u nich leczył i ma to już za sobą. Dobry, sensowny terapeuta potrafi korzystać z różnych technik i różnego stylu budowania relacji z pacjentami. Najsłabsze rezultaty osiągnie ten, kto wszystkich leczy tak samo. Dlatego ważne wydaje mi się nie tworzenie wąskich specjalizacji, ale popularyzowanie wiedzy o zdrowiu psychicznym i samej psychoterapii. I oczywiście tworzenie dobrych, nowoczesnych, opartych na nauce programów szkoleniowych dla terapeutów.

No właśnie, szkolenia. Dlaczego środowiska psychoterapeutyczne nie chcą, żeby psychoterapeuci musieli obowiązkowo kształcić się na uniwersytetach? Dziś psychoterapeutą może być niemal każdy, z dowolnym wykształceniem, starczy, że machnie jakiś kurs, otworzy gabinet i nabierze pacjentów. Zawód od lat jest nieuregulowany.

Oczywiście, że powinien być uregulowany. Ale dopóki nie dzieje się to na poziomie państwowych regulacji prawnych, na które czekamy od kilkudziesięciu lat, nasze środowisko wypracowało konkretne wewnętrzne regulacje, które mówią, kim jest psychoterapeuta.

Kim jest?

To osoba z wyższym wykształceniem w stopniu magistra, po podyplomowym, czteroletnim szkoleniu (to nie całkiem „machnięcie jakiegoś kursu”) akredytowanym przez m.in. Polskie Towarzystwo Psychologiczne lub Psychiatryczne, która ma odpowiednią liczbę godzin stażu klinicznego, terapii własnej, a także uzyskała certyfikat przyznawany przez uznaną, zewnętrzną instytucję, inną niż ta szkoląca.

Ale skoro ustawy o zawodzie psychoterapeuty nie ma, to ciężar sprawdzenia, do kogo się trafia na terapię i jakie kwalifikacje ma ta osoba, spada na pacjentów.

Dlatego tak istotne jest popularyzowanie wiedzy o profesjonalnej psychoterapii – żeby pacjenci wiedzieli, czego szukać, a na co uważać. Natomiast wyższe studia magisterskie (lub podyplomowe, ale na uczelni) z dziedziny psychoterapii musiałyby zainicjować same uczelnie. My jesteśmy gotowi do współpracy.

Wróćmy do psychoterapii. Mówi pani, że różne jej nurty łączy to, że dążą do wywołania pożądanej zmiany w życiu pacjentów. „Zmiana” jest jednak skomplikowanym i nieuchwytnym procesem. Czy w ogóle da się z jakąś pewnością powiedzieć, że w procesie rozciągniętym na miesiące czy lata to akurat terapeuta pomógł, a nie przypadek lub zrządzenie losu?

Argument, że pomogło coś obok, a nie my, jest w zasadzie nie do obalenia. Ale są pewne wskaźniki, które pokazują korelację dobrej pracy terapeutycznej z pożądaną zmianą w życiu pacjenta.

Powiedzmy, że dana osoba była dość impulsywna, miała tendencję do gwałtownego, wywołującego szereg powikłań emocjonalnych i społecznych zrywania związków albo robiła krzywdę sobie lub innym. Taka osoba przychodzi na terapię. W jej trakcie uczy się mentalizować emocje, wyhamować, nim znów zrobi to samo. Czyli dokona tego, co było dotąd niemożliwe. Prawdopodobieństwo, że stała się do tego zdolna dzięki oddziaływaniu terapeutycznemu, będzie dość wysokie.

Mentalizować?

Mentalizować to – w dużym uproszczeniu – rozumieć, co czuję samemu i co być może czują inni obok mnie. W takich sytuacjach uaktywniają się inne regiony mózgu niż przedtem. Jest też sporo badań psychologicznych, tzw. follow-upów po ukończeniu kontaktu terapeutycznego, które pokazują długoterminową i pozytywną zmianę w stylu funkcjonowania osobowościowego pacjentów. W przypadku badań nad współczesną psychodynamiką widzimy, że jej skuteczność jest wysoka w momencie ukończenia terapii i rośnie dalej, osiągając swój punkt maksymalny po około sześciu miesiącach do roku od ukończenia. I pozostaje raczej trwała.

Lęk nasz powszedni

Pomówmy o wczesnodziecięcej traumie – jednym z fundamentalnych i najstarszych założeń w psychoanalizie. Różne współczesne nurty psychodynamiczne łączy przekonanie, że tak naprawdę nie znamy swoich umysłów i nie rozumiemy swoich przeżyć. Patrzymy na życie przez pryzmat najwcześniejszych relacji i doświadczeń, choć zwykle nie zdajemy sobie z tego sprawy. W życiu dorosłym często chcemy rzeczy sprzecznych, a zmiana blokowana jest przez nasze ukryte motywy. Mam z tym jeden problem – wszystko to jest absolutnie niefalsyfikowalne. Nie ma sposobu, żeby dowieść prawdziwości którejkolwiek z tych tez. To dlatego praktyka pobierania od klientów opłat za rozwodzenie się o ich dzieciństwie przez długie miesiące czy lata jest pożywką dla krytyków psychoterapii, którzy traktują to jak zwykłe oszustwo.

Cóż, jeżeli ktoś latami rozmawia o swoim dzieciństwie i nie nastąpiła w tym czasie realna zmiana w jego lub jej życiu, to rzeczywiście taka osoba ma poważny powód, żeby zastanowić się nad sensem takiego procesu. Z tym że żadna profesjonalna, współczesna terapia nie powinna tak przebiegać. To kolejny mit.

Rozmowa o dzieciństwie jest przydatna, owszem, ale w takim stopniu, w jakim jest niezbędna do zrozumienia dzisiejszych trudności w funkcjonowaniu, do zrozumienia pewnych schematów czy tzw. patogennych przekonań. Omawianie tego obszaru życia pacjenta jest jednym z narzędzi stosowanych podczas psychoterapii, nie jej celem.

Nie jest również prawdą, że nie da się udowodnić, że wczesnodziecięca trauma nie wpływa na późniejsze kłopoty. Jest szereg odkryć z dziedziny psychotraumatologii, które pokazują, że doświadczenie traumy rozwojowej uszkadza funkcjonowanie mózgu. Nasz mózg przechodzi czas najbardziej intensywnego rozwoju przez pierwsze dwa lata życia – urazy emocjonalne w tym czasie wpływają na funkcjonowanie mózgu w dorosłości. Późniejsze traumy również.

Ale jednocześnie naukowcy badający mózg co rusz zadziwiają się jego plastycznością. Badacze z University of California San Diego School of Medicine opublikowali niedawno artykuł w „Nature”, w którym dowodzą, że dorosłe komórki mózgowe po urazach cofają się do stanu embrionalnego, czyli „resetują się”, żeby znów budować nowe połączenia neuronalne, a w sprzyjających okolicznościach nawet przywracać utracone funkcje. Dlaczego utrzymujecie, że doświadczenia z dzieciństwa są tak trwałe?

Założenie, że dzieciństwo miałoby nie mieć na nas wpływu, jest samo w sobie trochę dziwaczne. Chciałabym, żeby ktoś spróbował udowodnić, że to w ogóle możliwe. Że doświadczenia, które kształtują nasz układ nerwowy podczas pierwszych lat życia, w czasie jego najintensywniejszego rozwoju, miałyby nie warunkować jego późniejszego funkcjonowania.

Ale to już spór wierzących z ateistami: jak ktoś w Boga nie wierzy, to niech mi udowodni, że go nie ma!

Argumentujemy więc rzeczowo. Skąd się biorą głębokie zaburzenia osobowości u ludzi? Skąd u nich tak duże problemy z regulacją emocji? Jak to się ma nie łączyć z tym, że ich droga rozwojowa była pełna ważnych dorosłych, którzy byli jednocześnie źródłem więzi, jak i zagrożenia? Naprawdę nie wiem, jak można z punktu naukowego bronić założenia, że wczesne doświadczenia czy traumy rozwojowe mogłyby na nas w ogóle nie wpływać.

Istnieje niestety mało w Polsce rozpowszechniony kwestionariusz ACE, czyli niekorzystnych doświadczeń rozwojowych, które mogą mieć miejsce przed ukończeniem przez daną osobę 18. roku jej życia. Zawiera on 10 punktów, każdy opisujący jedno z możliwych doświadczeń, np. przemoc, zaniedbanie, nadużycie, chorobę psychiczną jednego z rodziców, problem uzależnieniowy jednego z rodziców itd. Jest wiele badań pokazujących jasną korelację tych doświadczeń z późniejszymi zaburzeniami osobowości, depresją, uzależnieniami, podjęciem próby samobójczej, stworzeniem przemocowego domu itd.

Istnieje wreszcie coś takiego jak socjostaza, czyli funkcjonowanie człowieka w społeczeństwie i w relacjach z innymi ludźmi. Człowiek jest istotą społeczną, składa się ze swoich doświadczeń, buduje z nich sposób przeżywania świata. Każdy na siebie w jakiś sposób wpływa. To buduje, ale i rozregulowuje ludzkie emocje.

Pana uwaga o elastyczności mózgu jest trafna – na szczęście dla psychoterapii. My nie grzebiemy przecież ludziom dosłownie skalpelem w głowach. A jednak efekty psychoterapii są dostrzegalne w badaniach neuronaukowych. Jest wiele badań, które pokazują konkretne zmiany w funkcjonowaniu ludzkiego układu nerwowego pod wpływem nowoczesnej psychoterapii (czyli sprzyjającego środowiska). Dotyczą one głównie zmian w metabolizmie i przepływie krwi w różnych rejonach mózgu pod wpływem oddziaływań terapeutycznych. Wiemy również, że dobra psychoterapia stymuluje przyrost neuronów i jakość połączeń pomiędzy nimi. Już noblista Eric Kandel pisał, że psychoterapia zostawia w mózgu konkretne, obserwowalne ślady, podobnie jak proces uczenia się.

Zbombardowani konfliktem

Porozmawiajmy o relacji pacjenta z terapeutą. Podstawową przesłanką psychoterapii jest to, że naszym życiem rządzą nieświadome siły, które przemawiają do nas tylko pośrednio i nie mamy do nich wglądu. Naszym przewodnikiem po nich jest terapeuta. To on rozdaje karty. Niezgoda z jego interpretacją czy metodami zawsze może być obrócona przeciwko nam i zostać uznana za opór w terapii. Zaprotestujmy, że nasza relacja z matką nie ma tu nic do rzeczy, a to tylko pokaże, jak bardzo musimy być zdesperowani, żeby się do tego nie przyznać. W relacji terapeutycznej pacjent nie może mieć racji.

Absolutnie się z tym nie zgadzam. Jest to przekonanie błędne i bardzo szkodzące współczesnej psychoterapii, jej pacjentom i terapeutom. Dominujący pogląd w nowoczesnej terapii jest dokładnie odwrotny. Prowadząc zajęcia dla szkolących się terapeutów, wielokrotnie im powtarzam to samo, czego – na szczęście dla mnie – sama byłam uczona. To pacjent jest najlepszym superwizorem.

Co to znaczy?

Że nikt tak dobrze jak pacjent nie odzwierciedli tego, czy terapia idzie dobrze, czy źle. To reakcja pacjenta na to, co mówi terapeuta, jest najlepszym miernikiem tego, czy dana interwencja była dobrze i celnie sformułowana. Nie chodzi o to, że zawsze mają to być interwencje łatwe do przyjęcia (jak np. kwestia matki), ale powinny być na danym etapie możliwe do przyjęcia, nie nadwerężać zaufania, budować poczucie współdziałania w terapii. Jeśli pacjent mówi, że poczuł się niezrozumiany, to znaczy, że się poczuł niezrozumiany. W jaki sposób do tego doszło i dlaczego – tego psychoterapeuta musi się dowiedzieć.

Dobra relacja terapeutyczna opiera się z jednej strony na twardej, rzetelnej, współczesnej wiedzy klinicznej psychoterapeuty, a z drugiej na tym, że my, psychoterapeuci, musimy pozostawać w pozycji niewiedzenia, czyli mentalizowania.

Proszę mi to wyjaśnić.

To znaczy, że o doświadczeniach pacjenta nie możemy wiedzieć niczego na pewno. Nie mamy bezpośredniego dostępu do umysłu drugiego człowieka, a on do naszego. Mamy wiedzę kliniczną, ale nie mamy uniwersalnego klucza czy wzorca, jak ją przyłożyć do konkretnej osoby. Objaw – depresja, lęk czy zaburzenia odżywiania – nazywany często diagnozą psychiatryczną, mówi, na co cierpi dany człowiek, ale już nie, jak dokładnie cierpi i z jakiego powodu. Tego musimy dowiadywać się wspólnie z pacjentem.

Kilka lat temu odbyły się badania dotyczące klinicystów, których w literaturze kolokwialnie nazywa się super shrinks, czyli superterapeuci. Barry Duncan i Scott Miller zainteresowali się tym, co sprawia, że tylko część terapeutów – podobnie jak w niemal każdym innym zawodzie – jest tak bardzo skuteczna, a części idzie znacznie gorzej. Postanowili zbadać tę przepaść, sprawdzić, co konkretnie robią terapeuci z różnych nurtów osiągający najlepsze wyniki.

Okazało się, że ci najlepsi mają ze sobą wiele wspólnego, niezależnie od paradygmatu. Są przede wszystkim dobrzy w przyjmowaniu informacji zwrotnych od pacjentów. Nie są nastawieni obronnie, nie odbijają piłeczki, nie interpretują od razu. Są gotowi wspólnie rozmawiać o tym, co się wydarzyło i jak moglibyśmy rozumieć się lepiej. Do tego niezbędne jest nam zaciekawienie drugim człowiekiem, a nie forsowanie swojej racji. I to taka relacja jest podstawą nowoczesnej, skutecznej psychoterapii. Ktoś, kto myśli, że wie wszystko o pacjencie bez wcześniejszego dowiedzenia się tego, nigdy nie będzie dobrym psychoterapeutą.

Do człowieka wydajnego

czytaj także

Czy psychoterapia może interesować się polityką? W świecie zachodnim, zdominowanym przez indywidualistyczne ideologie, psychologia stała się atrakcyjna dla polityków, bo obiecała, że wie i potrafi zmieniać to, co dzieje się w ludzkich głowach. Że potrafi przywracać zaburzone jednostki do produktywnej pracy w kapitalistycznym porządku. Że to, co dzieje się z człowiekiem, ma źródło w nim samym. Że to, co czujemy i jak czujemy, jest kształtowane przez nas, a nie przez to, jak urządzone jest społeczeństwo, polityka czy relacje władzy. Psychoterapia ma więc „naprawić” jednostkę, kiedy do naprawy jest świat dookoła: w pracy mobbing, niskie płace i śmieciowe zatrudnienie, w mieszkaniu ciasnota i kredyt na całe życie, w kuchni byle jakie żarcie, za oknem ekstremalne zjawiska pogodowe, brzydka architektura i brak zieleni.

Udaje się nam w tej rozmowie stworzyć ciekawą listę mitów do sprostowania. Teraz zarzuca pan psychoterapii, że świat zewnętrzny się dla niej nie liczy i że wedle niej nie wpływa na funkcjonowanie człowieka. To nie jest prawda.

Mówiłam wcześniej o socjostazie, o tym, że wszyscy jesteśmy częścią większej całości, że mózg jest organem społecznym. Trudno o wyraźniejszy przykład tego niż ostatnie wydarzenia związane z kryzysem praw człowieka czy pandemią COVID-19. Kiedy w ostatnich miesiącach przychodzą do mnie moi homoseksualni pacjenci z nasileniem stanów lękowych, to nie będę interpretowała tego w kategoriach przeżyć wczesnodziecięcych czy wieku dorastania. W każdym razie nie tylko w tych kategoriach. Rozmawiamy również o tym, że taka jest w Polsce realność.

Jaka jest?

Bardzo trudna dla nich. I dla wielu innych grup społecznych.

Lekarstwem jest polityka, nie terapia.

Nie wylewajmy dziecka z kąpielą. Jest oczywiście prawdą, że ludzkie problemy mają swoje źródło także w systemie. Ale przesunięcie się nadmierne w jakąkolwiek ze stron, czyli że to tylko polityka i społeczeństwo albo że tylko doświadczenia wczesnodziecięce, sprowadzi nas na manowce.

Nowoczesna psychoterapia kładzie duży nacisk na społeczny wymiar funkcjonowania człowieka. Dysponujemy wieloma badaniami, które mówią, jak w społeczeństwach o np. dużym rozwarstwieniu i nierównościach ekonomicznych zwiększa się częstotliwość zaburzeń osobowości. Tutaj nie ma czego interpretować i nad czym dyskutować, tak po prostu jest. W trudnych warunkach bytowych, emocjonalnych, ludzie są bardziej chorzy. Już teraz wiemy, że pandemia COVID-19 pociągnie za sobą pandemię poważnych problemów psychicznych.

Jak poprawić zdrowie psychiczne w XXI wieku?

Lewicowi teoretycy od lat przekonują, że „leczenie depresji” powinno przybrać zbiorową, polityczną formę. Zamiast indywidualizować problem zaburzeń psychicznych, zwalać wszystko na problemy osobiste zaburzonych jednostek, konieczne jest przyjrzenie się systemowi, który te choroby wywołuje. Psychoterapia nie kastruje buntowników?

Każdy człowiek radzi sobie (lub nie) z systemem społecznym i politycznym na swój sposób. Trzeba mieć zdrowie i siły, żeby w nim funkcjonować i żeby go zmieniać. Psychoterapia wyposaża człowieka nie tylko w lepsze zdrowie psychiczne, ale także w przytomność, odwagę i zdolność do wielowymiarowego widzenia świata. Mnie nie kojarzy się to z wykastrowanym buntownikiem, ale raczej ze sprawczym człowiekiem, który jest zdolny do inicjowania zmian, poczynając od siebie i swojego najbliższego otoczenia. Niezły portret bezkrwawego rewolucjonisty, jeśli taki akurat jest potrzebny.

Dlaczego pani zdaniem państwo tak mało obchodzi zdrowie psychiczne? Rynek usług psychologicznych jest nieuregulowany i totalnie zdominowany przez prywatne gabinety. W przeciwieństwie np. do medycyny to prywatne, a nie publiczne poradnie zdrowia psychicznego są domyślną ścieżką kariery dla ludzi kończących studia czy kursy psychoterapeutyczne. Jednocześnie zarówno krytycy, jak i same środowiska psychoterapeutyczne zgadzają się w jednym – kryzys zdrowia psychicznego już jest w Polsce katastrofą.

To w dużej mierze pytanie do funkcjonariuszy państwowych i polityków. Mój ogląd sytuacji opiera się na trzech podstawowych tezach. Pierwsza, że cały czas za mało rozumiemy znaczenie dbania o zdrowie psychiczne, chociażby w porównaniu ze świadomością znaczenia zdrowia fizycznego. W związku z tym – to druga teza – jest to obszar, na którym pozornie najłatwiej zaoszczędzić. Bo niby coś tam wiemy o tym, że nieleczona depresja jest śmiertelna, ale jednak może minie sama, bezkosztowo… Powtarzam „pozornie”, bo koszty zaniedbania zdrowia psychicznego są katastrofalne. Kilka dni temu czytałam wpis lekarza, który ratował dziecko po poważnej próbie samobójczej. Pisał, ile godzin, ilu specjalistów i ile ciężkiego sprzętu było potrzebne przy tej akcji. Nie wspomnę o późniejszej rehabilitacji czy emocjonalnej nieodwracalności tego wydarzenia w przeżyciu zarówno dziecka, jak i jego rodziny. A być może rok wcześniej skorzystanie z powszechnie dostępnej pomocy psychologicznej sporo by zmieniło. Niech nikt nie opowiada bzdur, że profilaktyka kosztuje zbyt wiele.

Szramy. Jak niszczymy nasze dzieci

czytaj także

A trzecia teza?

Jest bardziej mroczna. Otóż w interesie niektórych ludzi u władzy nie jest, żeby na ręce patrzyli im refleksyjni, empatyczni, nieusatysfakcjonowani czarno-białą wizją świata, stroniący od nienawiści i stawiający trudne pytania obywatele.

Dobra psychoterapia, polegająca nie tylko na zniesieniu objawu, ale również lepszym rozumieniu siebie i innych, powinna tego właśnie uczyć. Zdolność do takiej postawy wobec siebie i świata jest jednym z podstawowych filarów zdrowia psychicznego.

**
Anna Król-Kuczkowska – psycholożka, psychoterapeutka, superwizorka certyfikowana przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne i Anna Freud Centre w Londynie. Szefowa Pracowni Psychoterapii HUMANI w Poznaniu. Szkoli terapeutów i współtworzy nowoczesne programy treningowe w zakresie psychoterapii psychodynamicznej. Wykłada w ramach Studium Psychoterapii przy Laboratorium Psychoedukacji oraz w Zaawansowanej Szkole Współczesnej Psychoterapii Psychodynamicznej. Przewodnicząca Zarządu Głównego Naukowego Towarzystwa Psychoterapii Psychodynamicznej.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij