Świat

Bliskowschodnia puszka Pandory

W dziennikarskim śledztwie Pandora Papers nie brakuje nazwisk przywódców krajów bliskowschodnich – bajecznie bogatych polityków rządzących skrajnie biednymi społeczeństwami, które często trwają dzięki pomocy finansowej Unii i USA.

Mogłoby się wydawać, że gdy co rusz wychodzą na jaw kolejne afery dotyczące zatajania majątku przez znanych i bogatych, politycy nauczą się, że swoje źródła dochodów muszą deklarować, a podatki płacić. W końcu o tym, jak bogaci umykają przed obowiązkami nakładanymi na wszystkich obywateli, dobitnie przypomniały już afery Lux Leaks w 2014 roku i Panama Papers w 2016. Ta ostatnia zaowocowała nawet nałożonym na premiera Pakistanu Nawaza Szarifa dożywotnim sądowym zakazem pełnienia funkcji publicznych, gdy się okazało, że w oświadczeniu majątkowym zataił fakt swojego zatrudnienia w zarejestrowanej w Dubaju firmie Capital FZE.

Mimo to przez ostatnie pięć lat niewiele się w tej materii zmieniło. Międzynarodowe Konsorcjum Dziennikarzy Śledczych (ICIJ), które analizowało i opisało dwa poprzednie wycieki danych, 3 października opublikowało efekt prac największej ich zdaniem współpracy dziennikarskiej w historii. Śledztwo nazwane Pandora Papers pokazało, jak za pośrednictwem rejestrowanych w rajach podatkowych fasadowych spółek politycy i milionerzy nabywali luksusowe posiadłości na całym świecie, często nie płacąc przy tym podatków.

Gorzki sukces globalizacji

czytaj także

Gorzki sukces globalizacji

Matthew, Andrew i Paul Caruana Galizia

Tym razem na listach pojawiły się nazwiska 35 obecnych i byłych światowych przywódców, wraz z ponad 330 politykami i funkcjonariuszami publicznymi z 91 krajów.

Obok byłego brytyjskiego premiera Tony’ego Blaira, walczącego o reelekcję w Czechach premiera Andreja Babiša, ukraińskiego prezydenta Wołodymyra Zełenskiego czy postaci z najbliższego otoczenia Władimira Putina niechlubnymi gwiazdami Pandora Papers zostali także przywódcy z Bliskiego Wschodu, ukazując ciążącą na krajach regionu korupcję.

Jednym z takich przypadków jest emir Kataru, szejk Tamim ibn Hamad Al Sani. Według dokumentów, do których dotarli dziennikarze, emir jest powiązany z co najmniej dwiema firmami zarejestrowanymi na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych. Dzięki skomplikowanej strukturze za pośrednictwem tych firm szejk Tamim nabył Cornwall Terrace, jedną z najdroższych nieruchomości w Londynie, płacąc za nią ponad 120 milionów funtów.

Sam zakup nieruchomości nie odbył się w sposób nielegalny, natomiast skonstruowany był tak, by uniknąć zapłacenia podatku. BBC donosi, że dzięki złożonej strukturze własnościowej szejkowi udało się oszczędzić nawet 18,5 miliona funtów, które musiałby zapłacić, gdyby Cornwall Terrace nabył bezpośrednio, a nie przez fasadowe spółki.

I choć na papierze wszystko wygląda legalnie, to wyciek tych informacji jest dla emira najwyraźniej na tyle niewygodny, że katarski publiczny konglomerat medialny Al-Dżazira pomija nazwisko szejka Tamima w swoich doniesieniach na temat Pandora Papers. Zdecydowanie chętniej informuje za to o dokonaniach jordańskiego króla Abdullaha II, który okazał się niechlubnym rekordzistą zestawienia.

Według rejestrów haszymidzki monarcha posiadał aż 36 spółek w Panamie i na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych, a wykorzystał je do nabycia przynajmniej 14 luksusowych domów w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Są wśród nich trzy rezydencje w Malibu, dom w Ascot (jednej z najdroższych angielskich miejscowości) i trzy apartamenty w waszyngtońskim kompleksie. Łączna ich wartość przekroczyła 100 milionów dolarów.

Pandora Papers a sprawiedliwość podatkowa

Tymczasem królewscy prawnicy w oświadczeniu wydanym w ubiegły poniedziałek utrzymują, że śledztwo nie ujawniło niczego zaskakującego. Posiadłości króla miały być wykorzystywane przede wszystkim przy okazji dyplomatycznych wizyt, a fakt ich posiadania miał być zatajony przed opinią publiczną „ze względów bezpieczeństwa”. Stanowczo odrzucono też wszelkie sugestie, jakoby Abdullah wykorzystywał do zakupów środki publiczne czy pochodzące z grantów i pożyczek udzielanych Jordanii przez zagranicznych partnerów.

Haszymidzkie Królestwo Jordanii jest jednym z najbiedniejszych krajów Bliskiego Wschodu, w dużej mierze dlatego, że nie posiada niemal żadnych surowców naturalnych i cierpi na deficyt wody. Te trudności owocują między innymi wysokim bezrobociem, które na początku 2021 roku sięgało nawet 25 proc. Po pierwszych miesiącach pandemii w ubiegłym roku wskaźnik ubóstwa w Jordanii poszybował do 26 proc.

Dramatyczna sytuacja gospodarcza przekłada się na niskie zaufanie do rządu, choć trudno ustalić, czy Jordańczycy winią za nią także króla i jego bliskich. To dlatego, że wszelkie badania opinii publicznej dotyczące rodziny królewskiej są w kraju zakazane. Doniesienia o luksusowych posiadłościach mogą natomiast wpłynąć na relacje ze Stanami Zjednoczonymi i Unią Europejską, które co roku przeznaczają miliony na pomoc rozwojową dla kraju, gdyby okazało się, że to właśnie te środki przeznaczone zostały na ściśle strzeżone zakupy.

Ile płacimy za raje podatkowe?

Trudną sytuację gospodarczą ma też niedaleki Liban, którego czołowi politycy też zostali wymienieni w raporcie Pandora Papers. Wśród nich Nadżib Mikati, który właśnie po raz trzeci został premierem Kraju Cedrów.

Mikati, jeden z najbogatszych Libańczyków o majątku wycenianym na 2,9 miliarda dolarów, jest współzałożycielem zarejestrowanej w Monako firmy inwestycyjnej M1 Management i właścicielem założonej w Panamie spółki Hessville Investment Inc. To właśnie za pomocą tych firm miał nabyć w 2008 roku w Monako nieruchomość wartą ponad 10 milionów dolarów.

Dziennikarze ICIJ zwrócili się do Mikatiego i jego syna Mahera, właściciela dwóch spółek zarejestrowanych na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych, z prośbą o komentarz na temat majątku. Według Mahera w posiadaniu nieruchomości za pośrednictwem firm nie ma nic nadzwyczajnego, a Libańczycy często korzystają ze spółek w Panamie czy na Wyspach Dziewiczych, ze względu na łatwość ich rejestrowania.

Epidemia i magnaci na PR-owej trampolinie

czytaj także

Inaczej mogą jednak uważać zwykli Libańczycy, których codziennością jest walka o przetrwanie. Podczas gdy wartość libańskiej waluty spadła w ostatnich latach o 90 proc., zagraniczne i ukrywane przed opinią publiczną firmy Mikatiego mogą być odbierane przede wszystkim jako narzędzie do wyprowadzania pieniędzy z kraju i uniknięcia opodatkowania.

Tak właśnie uważa Daraj, libańska platforma medialna będąca partnerem ICIJ, która także uczestniczy w projekcie Pandora Papers. Daraj stawia sprawę jasno i w swoim raporcie wprost pisze, że Mikati unikał płacenia podatków. Dziennikarze przypominają też, że Nadżib Mikati wraz z synem i bratem wzbogacili się na subsydiowanych przez państwo pożyczkach mieszkaniowych, dzięki którym udało im się nabyć „apartamenty w jednym z najbardziej luksusowych budynków w Bejrucie”, choć pożyczki te w założeniu miały wspomagać najuboższych.

Firmę na Wyspach Dziewiczych ma również były premier Libanu Hassan Diab, który 10 sierpnia ubiegłego roku podał się do dymisji w związku z eksplozją w bejruckim porcie. Diab, jak donosi raport Pandora Papers, jest współwłaścicielem założonej w 2015 roku spółki – wraz z prezesem piłkarskiego klubu Al-Ansar Bejrut Mohamedem Nabilem Badrem i Alim Haddarą, dyrektorem finansowym Chedid Capital Holding.

Liban po eksplozji: od Szwajcarii Bliskiego Wschodu do bankruta w szponach Hezbollahu

Były premier nie podał faktu istnienia spółki do publicznej wiadomości, nie wspomniał o niej choćby w swojej autobiografii, która opisywała sukcesy polityka. Nie uważał jej też za przeszkodę, kiedy przed złożeniem rezygnacji deklarował wojnę z niejasnymi praktykami podatkowymi. Daraj zwrócił się do Diaba z prośbą o komentarz na temat przeznaczenia spółki na Karaibach, lecz wciąż nie uzyskał odpowiedzi byłego premiera.

W samym Libanie Pandora Papers uwzględniają nazwiska setek polityków, bankierów i przedsiębiorców, którzy rejestrowali firmy w rajach podatkowych. Kolejne setki pojawiają się w innych krajach regionu. I choć takie praktyki nie są zwykle nielegalne, to podkopują zaufanie, zwłaszcza jeśli stosujący je politycy sami obiecują, że będą walczyć z nieszczelnym systemem podatkowym i korupcją.

Zaufanie do klasy politycznej w Libanie jest dramatycznie niskie, o czym świadczą nie tylko gwałtowne demonstracje, których nagrania obiegają cały świat. W 2019 roku aż 85 proc. obywateli kraju twierdziło, że nie ufa swoim politykom, o czym można się było dowiedzieć z wyników ankiety przeprowadzonej przez bejrucki think tank Information International.

Macie dość polityki? O to chodziło

czytaj także

Trudno jednak przewidywać, czy wyniki śledztwa zatrząsną społeczeństwem, które jest zmęczone polityką i z pewnością nawet się nie dziwi, kiedy nazwiska czołowych postaci wypływają w aferach. Reakcje polityków i niechęć do zmiany przyzwyczajeń pokazują natomiast wyraźnie, że prędzej czy później czeka nas kolejna afera na miarę Pandora Papers i jej poprzedniczek.

**
Jakub Katulski – politolog, orientalista, absolwent Instytutu Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ. Specjalizuje się w relacjach Izraela z sąsiadami i Europą. Współautor bloga Stosunkowo Bliski Wschód.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij