Gospodarka, Świat

Pandora Papers a sprawiedliwość podatkowa

Zwykłych śmiertelników obowiązuje wiele reguł: muszą płacić podatki, dzielić się z innymi, dokładać do systemu emerytalnego i utrzymania systemu opieki zdrowotnej. Ale jest też inny świat, świat bogaczy, a w nim sekretny system finansowy, gdzie panuje błogi stan podatkowo-składkowej nieważkości.

Dzięki Międzynarodowemu Konsorcjum Dziennikarstwa Śledczego do opinii publicznej dotarła kolejna porcja informacji, które zaglądają za kulisy rajów podatkowych i przepływających przez nie transakcji globalnej finansowej elity.

Dowiedzieliśmy się między innymi tego, jak przez łańcuszki spółek zarejestrowanych w takich miejscach, jak Brytyjskie Wyspy Dziewicze, liderzy polityczni – od czeskiego premiera oligarchy Andreja Babiša, przez afrykańskich dyktatorów i króla Jordanii, po rządzącą Azerbejdżanem twardą ręką dynastię Alijewów – skupują na całym świecie luksusowe nieruchomości o milionowej wartości. Jak również, że firma małżonki Tony’ego Blaira, Cherie, dzięki transakcji z udziałem spółki z BWD, uniknęła 300 tysięcy funtów podatku oraz że w luksusowym apartamencie w Monako zamieszkuje kobieta, która może być matką nieślubnej córki Władimira Putina.

Polscy dziennikarze opisali strategie optymalizacji podatkowej stosowane przez naszego rodzimego miliardera, założyciela InPostu, Rafała Brzoskę. Przedsiębiorca, odnotujmy dla porządku, piszącym o sprawie dziennikarzom zarzuca nierzetelność i tłumaczy, że podatków nie unikał.

Gra znaczonymi kartami…

Jakie będą polityczne skutki tych rewelacji? Co przeciętny obywatel zachodnich demokracji – czy ich bliskich peryferii, takich jak Polska – czuje, czytając materiały „Guardiana”, „Le Monde” czy „Gazety Wyborczej”?

Można zgadywać, że podstawowe emocje to złość i poczucie niesprawiedliwości. Ktoś, kto uczciwie pracuje czy prowadzi swój biznes, płaci wszystkie przewidziane prawem podatki i składki, dowiadując się o całym ukrytym przed wszystkimi fiskusami świata systemie finansowych przepływów między Bahamami, wyspą Jersey, Cyprem i podobnymi lokacjami, musi poczuć się jak idiota. Jak ktoś, kto po latach gry przy tym samym stole dowiaduje się, że karty, którymi grał, były znaczone.

W filmie Elizjum (2013) obserwujemy świat przyszłości, w którym bogaci mieszkają na luksusowej stacji orbitalnej, a reszta ludzkości tłoczy się w biedzie na Ziemi wyglądającej jak jeden wielki slums, objęty niekończącym się stanem wojennym. Cały system rajów finansowych, na którego skalę zwróciły po raz pierwszy Panama Papers z 2016 roku, jest jak unosząca się nad ziemią zwyczajnej gospodarki cudowna, lewitująca wyspa. Na ziemi śmiertelników obowiązuje wiele reguł: trzeba płacić podatki, dzielić się z fiskusem, dokładać się do systemu emerytalnego i utrzymania systemu opieki zdrowotnej. Nad ziemią, w całym sekretnym systemie finansowym dla bogaczy, panuje błogi stan podatkowo-składkowej nieważkości.

„Panama Papers” zaproszeniem do likwidacji rajów podatkowych?

Jak pokazują materiały Konsorcjum, nie tylko w podatkach, czy raczej ich braku, tkwi problem. Opisywane przez dziennikarzy kilku redakcji mechanizmy z udziałem łańcuchów spółek zarejestrowanych w egzotycznych lokacjach służą nie tylko unikaniu podatków, ale także ukrywaniu faktycznych rozmiarów majątku, zaciemnianiu jego źródeł. Często taka struktura ma po prostu umożliwiać pranie brudnych pieniędzy – dlatego tak chętnie sięgają po nią z jednej strony skorumpowani politycy, z drugiej mafijni bossowie, przez szereg transakcji na rynku nieruchomości w atrakcyjnych lokacjach, legitymizujących swoje miliony z narkobiznesu.

Czytając informacje z Pandora Papers, zadajemy sobie pytanie: w jakim stopniu oficjalny system finansowy – i cała gospodarka – zależne są od różnego rodzaju brudnych pieniędzy? Według tegorocznego raportu Global Initiative against Transnational Organized Crime pranie brudnych pieniędzy pochodzących z przestępczości może stanowić nawet około 2,7 proc. globalnego PKB.

…i bezradne państwa

Ten sam raport szacuje, że w 2020 roku w rajach podatkowych ulokowane mogły być aktywa wartości 10 proc. światowego PKB, kończy w nich nawet do 30 proc. zysków amerykańskich korporacji. Wszystkie te dane pokazują bezsilność współczesnych państw, niezdolnych wykonywać jednej ze swoich najbardziej podstawowej funkcji: efektywnie ściągać podatki. Wszystko to po dekadzie, gdy cały szereg rozwiniętych gospodarek został poddany drakońskiej, katastrofalnej społecznie i ostatecznie wcale nieefektywnej gospodarczo polityce austerity. Gdy ciągle najbogatsze na świecie Stany Zjednoczone nie są w stanie zapewnić swoim obywatelom darmowej opieki zdrowotnej, edukacji wyższej czy płatnego urlopu macierzyńskiego i ojcowskiego (choć to ostatnie może uda się wprowadzić w tym roku).

Fakt, że państwa nie potrafią opodatkować bogactwa globalnej elity, podważa ich legitymację, zwiększa nieufność do całego systemu polityczno-gospodarczego. Tym bardziej że czasem trudno oprzeć się wrażeniu, że nie tyle nie potrafią, ile po prostu nie chcą.

Raje podatkowe nie mieszczą się bowiem wyłącznie na karaibskich wyspach zależnych od Wielkiej Brytanii czy Holandii. Często znajdują się w samym środku największych, najbardziej rozwiniętych gospodarek. W Stanach Zjednoczonych kilka stanów – Wyoming, Nevada, a zwłaszcza Delaware (swoją drogą rodzinny stan obecnego prezydenta) – od lat funkcjonują jako raje podatkowe. W ostatnich latach dołączyła do nich Dakota Południowa. Zarejestrowane w kraju fundusze powiernicze mają się cieszyć wśród najbogatszych świetną opinią jako doskonałe zabezpieczenie aktywów przed podatkami, ewentualnymi wierzycielami czy po prostu ciekawskimi.

Oburzenie, jakie wywołała publikacja Panama Papers, wymusiło pewne zaostrzenie reguł w takich miejscach jak Brytyjskie Wyspy Dziewicze. Efektem była jednak nie tyle większa transparentność światowego obrotu gospodarczego, ile przemieszczenie się aktywów z rajskich wysp na Atlantyku do takich miejsc jak Sioux Falls. Także w Unii Europejskiej wiele państw funkcjonuje jako raje podatkowe, od najbardziej oczywistego Cypru, przez Luksemburg, po do pewnego stopnia Holandię i Irlandię.

Ile płacimy za raje podatkowe?

W momentach kryzysów politycznych, gdy społeczeństwo oburza się na nierówności, niedofinansowanie usług publicznych, ciężary podatkowe dla warstw średnich i niższych, politycy obiecują załatwić kwestię rajów podatkowych, przynajmniej tych z UE. Z tych obietnic ciągle nic nie chce się jednak zmaterializować.

Pandora Papers a polskie podatki

W jakim stopniu ten problem dotyczy Polski? Kto poza Rafałem Brzoską mógł uciekać przed podatkami? Jakie kwoty traci przez to budżet? Na razie tego nie wiemy. Interpelację w tej sprawie złożył do Ministerstwa Finansów Adrian Zandberg z Lewicy. Zdziwiłbym się jednak, gdyby ministerstwo potrafiło udzielić odpowiedzi na te pytania.

Skoro już przy lewicy jesteśmy: Pandora Papers wydają się dla niej wymarzonym prezentem. Dokumenty potwierdzają to, o czym mówi od dawna. Że system nie jest sprawiedliwy, że najbogatsi grają znaczonymi kartami, że pieniądze na sprawne usługi publiczne mogą się znaleźć, trzeba tylko sięgnąć do kieszeni najzamożniejszych.

Problem w tym, że informacje ujawnione przez grupę dziennikarzy śledczych wcale nie muszą się automatycznie przekładać na poparcie dla lewicowych postulatów.

To na podatkach bezpośrednich powinien opierać się system podatkowy

Zastanówmy się bowiem, jak informacje w nich podane wyglądają choćby na tle ostatniej dyskusji o progresji podatkowej w Polsce. Gdy czytamy o miliardach przepływających przez spółki, trusty i banki w mniej lub bardziej egzotycznych lokacjach, z dala od jakichkolwiek inspektorów podatkowych, wszystkie social mediowe szarże stronników lewicowych partii, przekonujące, że katastrofalne nierówności ekonomiczne w Polsce powodują osoby wyciągające trzy, cztery średnie krajowe i że to je trzeba docisnąć podatkowo, brzmią niespecjalnie mądrze.

Im więcej informacji o podobnych ekscesach bogaczy, ukrywających miliardy niewiadomego pochodzenia w rajach podatkowych, tym trudniej będzie przekonać trochę zamożniejszą część klasy średniej i bardzo szeroką grupę osób liczącą, że wkrótce może do tej grupy dołączyć, do tego, że to ona powinna zapłacić więcej za sprawne państwo.

Jeśli partie prospołeczne chcą realnie przekonać klasę średnią do większej solidarności, muszą też pokazać, że mają pomysł na to, jak sięgnąć głębiej do kieszeni tych naprawdę bogatych. Na to, jak poradzić sobie z patologiami systemu, który pozwala globalnej finansowej elicie ukrywać majątek, chronić go przed opodatkowaniem, legalizować ten pochodzący z wątpliwych lub wprost nielegalnych źródeł.

Oczywiście, nie jest tak, że w rajach podatkowych kryją się rozwiązania finansowych problemów każdego ze współczesnych państw rozwiniętych. Pieniądze wyciekają z budżetów nie tylko na Cypr, ale także przez niesprawiedliwe mechanizmy podatkowo-składkowe i nieuzasadnione podatkowe przywileje.

Zwłaszcza w takim kraju jak Polska, gdzie klasa superbogatych jest stosunkowo nieliczna i gdzie nie ma oligarchów na miarę krajów byłego ZSRR – czy choćby polskiego Babiša – najpewniej konieczne będzie większe dociążenie górnych warstw klasy średniej, by sensownie sfinansować działalność państwa na poziomie, jakiego mamy prawo oczekiwać.

Niemniej jednak, narracyjnie i politycznie to się nie zepnie, jeśli siły dążące do większej podatkowej progresji nie będą mówić o rajach podatkowych i prawdziwych bogaczach przynajmniej równie często, co o konieczności większego opodatkowania przysłowiowego informatyka zarabiającego jako jednoosobowa firma te niecałe 50 tysięcy euro rocznie.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) „Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.
Zamknij